wtorek, 31 sierpnia 2010

Nowomowa deszczowa. Kaczka ze śliwkami i porto.



- Czy słyszysz szept deszczu ? – zapytał wybudzony w szarości końca nocy.

Słyszałam. Zrozumiałam jednak, że deszcz nie chciał nas obudzić, jedynie dyskretnie przypominał, że oto wróciliśmy do siebie, do naszego domu. Kiedy jednak następnego dnia i w kolejną noc lało zdecydowanie i z rozmachem odebrałam to jako groźbę nadchodzącej i nieuniknionej tutaj jesiennej pluchy. Zazdroszczę tym, którzy mają przed sobą złotą polską jesień (lub choćby tylko nadzieję na nią) bo belgijska jesień jest naprawdę smutno-mokra.

Minęło czasu mało-wiele ( jak mawiał szewczyk Dratewka) ale w końcu wróciliśmy. Jeszcze bagaże nierozpakowane, wrażenia nie do końca poukładane w słupki wspomnień od ważnych do ważniejszych, jeszcze czas letni, bez świadomości dni tygodnia. Ale już jakby w blokach, czekając na sygnał startu.
Ciągle nie mamy w domu zegara. Trzeba było włączyć telefony i sprzęty RTV, żeby upewnić się co do czasu. Więc jeszcze tak trochę błąkamy się po naszym domu, odnajdując się na nowo.

Wczoraj była ważna rocznica. Ślubu. Kolejna, nasta. Przygotowałam kaczkę w śliwkach i porto, na uroczystą kolację. Smakowała wyśmienicie. Polecam.


Kaczka ze śliwkami

Składniki:
500 g piersi kaczki
300 g śliwek (węgierek)
1 czerwona cebula (35 g)
3 łyżki porto
sól, pieprz, majeranek, cynamon

Przygotowanie:
1. Mięso myjemy, osuszamy. Skórę kaczki nacinamy płytko w kratkę. Ucieramy grubą morską sól (2 łyżki) z majerankiem (1 łyżka). Nacieramy nimi mięso. Odstawiamy je na 1 h do lodówki.
2. Kaczkę umieszczamy w żaroodpornym naczyniu, którego dno smarujemy tluszczem. Pieczemy 50 minut w temperaturze 190°.
3. Śliwki drylujemy, kroimy na mniejsze cząstki.
4. Cebulę siekamy i łączymy ze śliwkami. Całość posypujemy lekko szczyptą cynamonu i podlewamy porto.
5. Kaczkę wyciągamy z piekarnika. Odlewamy część tłuszczu i obkładamy ją śliwkami. Pieczemy dalej jeszcze 30 minut.
6. Wyjmujemy mięso i kroimy je na plastry.
7. Sos śliwkowy, który powstał podczas pieczenia odstawiamy jeszcze na chwilę do piekarnika, aby lekko odparował. Miksujemy lub podajemy w formie niezmienionej. Doprawiamy solą i pieprzem.

Purée pietruszkowo-orzechowe

Składniki:
350 g ziemniaków
50 g korzenia pietruszki
25 g orzechów włoskich
sól, pieprz

Przygotowanie:
1. Ziemniaki gotujemy w osolonej wodzie razem z pietruszką.
2. Odcedzamy, ucieramy na purée, dodajemy potłuczone orzechy.
3. Lekko podlewamy tluszczem z pieczenia kaczki.

Smacznego! 


poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Kruche ciasto ze śliwkami cd.



cd.

Słowo się rzekło. Oto obiecana rano, lżejsza wersja ciasta ze śliwkami. Jest delikatne, kruche i lekkie. Ucieszyło drugą połowę rodziny. I tak wszyscy są zadowoleni.

Kruche ciasto ze śliwkami

Składniki :
3 żółtka
120 g masła
375 g mąki krupczatki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 cukier waniliowy
120 g cukru pudru
4 łyżki kwaśnej śmietany
szczypta soli
½ kg śliwek

Na kruszonkę:
100 g masła
100 g krupczatki
100 g posiekanych orzechów włoskich
75 g cukru

Przygotowanie:
1. Przesiewamy mąkę na stolnicę. Dodajemy wszystkie sypkie składniki, na końcu masło. Całość siekamy.
2. Dodajemy śmietanę i żółtka. Zagniatamy.
3. Ciasto wykładamy na foremkę (30x40 cm) wyłożoną wcześniej pergaminem. Układamy na nim połówki wydrylowanych śliwek (skórką do ciasta).
4. Łączymy wszystkie składniki kruszonki i rozkruszamy ja nad ciastem.
5. Wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 180° i pieczemy 30 minut.


Smacznego!

Ciasto ze śliwkami i humory lata.


Właśnie wróciliśmy. Jeszcze nie do domu,do poukładanej rzeczywistości i rygoru codzienności. Jeszcze nie. Ale za sobą już mamy Kaszuby, Zatokę Pucką i Malbork, o których napiszę Wam za kilka dni. Jeszcze chcemy nacieszyć się obecnością rodziców, dziadków i rodzeństwa, by w końcu spakować od nowa bagaże (choć zupełnie nie wiem czy to się uda...) i wrócić na dobre. Ale jeszcze nie teraz.

Wyprawa na działkę. Siedem osób, czternaście kół napędzanych energią opalonych kończyn. Słońce nad głową, radość w sercu i uśmiech z zamkniętymi ustami. Ledwie zdążyliśmy się nacieszyć widokiem starej śliwy, jej dzieci i wnucząt i prawnucząt, zachwycić dynią i podjeść malin, niebo przywołało nas do porządku, grzmotem srogim zwróciło na sobie uwagę wszystkich. Pierwsze krople deszczu poczuła babcia. Wciąż bez popłochu, nie dowierzając jeszcze, chowaliśmy się w domku. Tam też zjedliśmy obiad przy akompaniamencie rytmicznych uderzeń deszczu. Padało konsekwentnie, momentami zaciekle i z wielką pasją. Babcia opowiadała nam o burzach swojego dzieciństwa. Zainspirowane nimi dzieciaki biegały półnagie po deszczu, rozbrykane i szczęśliwe. Pachniało pełnią lata, śliwki wirowały w powietrzu na znak kapitulacji wobec nacisków burzy. Zgromadzeni przy stole, w bliskości, w hałaśliwym deszczu, z wybuchami śmiechu, szeroko otwartymi oczami, opowieściami z dawnych czasów, chcieliśmy przeczekać tę burzę. I udało się. Zebraliśmy cierpliwe cukinie i upadłe śliwki z gorącej wciąż ziemi i ruszyliśmy w drogę powrotną. W słońcu, mile zaskoczeni humorami lata. Owoce czarnego bzu posmutniały na widok tęczy. Spragniona łąka zieleniała z radości. Wracaliśmy. W lekkim pośpiechu. A nuż, niebo zmieni zdanie? Jeden za drugim. Gąski gąski do domu. Wjechałam w każdą możliwą kałużę. Bez podrywania nóg na boki. Ścigałam się z rodzicami. Jak dziecko. Przez krótka chwilę znów nim byłam.
- Było genialnie – powiedziała córcia pierwsza.
Podczas tych naszych wakacyjnych wojaży brakowało mi ciasta i chleba domowego wypieku. Niedających zastąpić się niczym. Chleb upiekła mama na nasz przyjazd a jeśli chodzi o ciasto – czekano na mój powrót. Żebym to ja upiekla. Jeden rzut oka na śliwki wystarczył. Pobiegłam do sklepu po marcepan. Dosypywałam składników w lekkim uniesieniu, może na takim głodzie nie powinno się piec ciasta? Może wyszło trochę za? Ale właśnie takie nas zachwyciło. Intensywnie czekoladowe i słodkie, przełamane smakiem owoców. Ja wpadłam jak śliwka w kompot. Ciekawa jestem Waszych opinii. Śliwek jeszcze troche zostało, powstanie z nich drugie ciasto, lżejsze nieco, wedle nacisków części rodziny przechodzącej na dietę, które zaprezentuję, mam nadzieję, jeszcze dzisiaj.


Ciasto ze śliwkami

Składniki:
200 g mąki tortowej
120 g masła
125 g drobnego cukru
150 g mielonych orzechów włoskich
4 żółtka
90 g gorzkiej czekolady
2 łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli
kilkanaście śliwek
140 g marcepana w czekoladzie

Przygotowanie:
1. Mąkę przesiewamy na stolnicę. Dosypujemy cukier, proszek do pieczenia, orzechy włoskie i sól oraz utartą na grubej tarce czekoladę.
2. Dodajemy masło, całość siekamy nożem. Formujemy dołek, do którego wbijamy żółtka. Szybko zagniatamy, formujemy kulę, zawijamy ją w folię i wstawiamy do lodówki.
3. Śliwki myjemy, osuszamy, pozbawiamy pestek, pozostawiamy w postaci połówek.
4. Ciasto wykładamy do foremki (20x30 cm) wyłożonej wcześniej pergaminem. Na jego powierzchni układamy blisko siebie połówki śliwek (skórką do ciasta).
5. Marcepan ścieramy na tarce o grubych oczkach i posypujemy nim powierzchnię ciasta.
6. Pieczemy 30 minut w temperaturze 180°.
7. Przed podaniem lekko schładzamy.

c.d.n.

wtorek, 17 sierpnia 2010

Męskie rozmowy. I sałatka: jabłko, mięta, indyk, feta.



- Nie wiesz, że przygotowanie jajecznicy jest jedną z najintymniejszych czynności wykonywanych przez mężczyznę?
Nie wiedziałam.
- A dlaczego? – spytałam.
- To nieistotne – usłyszałam.
A ja sądziłam, że musi istnieć jakiś konkretny powód.
- Wychodzisz do pracy i jeszcze robisz nam jajecznicę? – zapytał mój zdziwiony cud-mąż na widok swojego przyjaciela przygotowującego nam jajecznicę. - Nie, no wspaniały jest ten mężczyzna – dorzucił z uśmiechem.
- No, daleko mi jeszcze do cud-męża.
A jajecznica była z borowikiem, pomidorami, cebulką i kabanosem. I muszę przyznać, że spośród wszystkich przygotowanych przez mężczyzn jajecznic, jakie jadłam do tej pory ta była najlepsza.
- Stary, ale dobra – powiedział cud-mąż.
- Eeee tam – odparł skromnie Harry – moje jajka sadzone, to dopiero kunszt.
Tu nastąpił uzasadniony wybuch śmiechu.
- No co ty, przecież jajka sadzone to żadna filozofia, jajecznica to dopiero...
Siedziałam i słuchałam. Śmiałam się i jadłam.
A potem rozmowa na temat kulinariów ewaluowała następująco:
- To co jutro jemy na śniadanie?
- To może ja zrobię jajka po wiedeńsku – niepewnie zaproponował cud-mąż.
- Ale jak ty je przyrządzisz? Bo są tacy magicy co je wylewają do wrzątku...- spytał Harry.
- O właśnie tak je zrobię – przyznał cud-mąż.

To był przyjemnie spędzony poranek, z przyjacielem, jak za starych dobrych lat. Z wybuchami śmiechu, bez stresu i pośpiechu.
Tylko ten bałagan po mężczyznie pracującym w kuchni. Same wiecie...

Dziś będzie o sałatce dla mężczyzny. Cud-mąż and co. lubi to połączenie. Jabłko i mięta. I jeszcze feta. Indyk też musi być, bo to dla faceta.



Indyk, jabłko, mięta i feta. Sałatka.

Składniki: na 2 porcje
liście sałaty
150 g filetu z indyka
1 garść liści świeżej mięty
winne jabłko
½ małej czerwonej cebuli
słoiczek sera feta w zalewie ziołowej
sok jabłkowy niesłodzony, najlepiej bio
1 łyżka soku z cytryny
1 łyżeczka miodu

Przygotowanie:
1. Indyka myjemy, osuszamy, kroimy w kawałki (wielkość wedle uznania).
2. Odlewamy oliwę ze słoiczka z fetą. Oliwę mieszamy z sokiem jabłkowym. Zalewamy nią kawałki indyka, dorzucamy polowe liści mięty, doprawiamy solą i pieprzem, dokładnie mieszamy. Przykrywamy i odstawiamy do lodówki na minimum 1 godzinę, jeśli mamy więcej czasu - najlepiej na kilka godzin.
3. Po tym czasie całość, indyka i marynatę wylewamy na patelnię i smażymy.
4. Na talerzach rozkładamy sałatę. Układamy przestudzone lekko kawałki indyka. Wykładamy fetę ze słoiczka.
5. Kroimy jabłka w dość drobną kostkę, cebulę w cienkie plasterki. Posypujemy nimi sałatkę.
6. Przygotowujemy dressing. Pozostałą oliwę ze słoiczka mieszamy z sokiem z cytryny. Dodajemy miód, posiekane liście mięty, doprawiamy, wstrząsamy. Polewamy nim sałatkę. Podajemy z bagietką. I białym winem (nie tak jak na zdjęciu)...



Smacznego!

piątek, 13 sierpnia 2010

Julia Child. Moje życie we Francji. Kwiaty cukinii w malinowym cieście piwnym.



Chwile spędzone na lekturze tej książki były fascynujące. Leży przede mną „Moje życie we Francji” Julii Child, przeczytane już niestety, przekartkowane na wiele sposobów, intrygujące i inspirujące dzieło. Pozwaliło mi ono zupełnie inaczej spojrzeć na życie Julii Child. Inaczej niż zaprezentowali to twórcy filmu „Julie et Julia”. Prawdziwa Julia, której wyraźna postać i wyjątkowy charakter wyłaniają się z kart książki, to osoba niezwykle pracowita, ciekawa świata, pełna pasji i ciepła, niezwykle dociekliwa i skrupulatna. A nie - lekko niezrównoważona i szalona Amerykanka, zagrana skądinąd ciekawie przez Meryl Streep, lecz według nieprawdziwych założeń. „Doskonalenie się we francuskiej sztuce kulinarnej” , którego powstawanie śledzimy na kartach książki „Moje życie we Francji” było dziełem ogromnej pracy i wysiłku Julii Child, jej pasji i zaangażowania, trudnych do wyobrażenia, gdyby nie ta książka właśnie. Oto jeden z fragmentów:
„W tym wirze eksperymentów, szkiców, receptur i żywiołowych debat Judith Jones łagodnie, acz stanowczo zasugerowała, że jesteśmy winne czytelnikom przepis na francuskie pieczywo. (...) Tak oto rozpoczął się Wielki Eksperyment Bagietkowy, jedno z najtrudniejszych, najbardziej skomplikowanych, frustrujących, a zarazem satysfakcjonujących wyzwań, jakich się kiedykolwiek podjęłam. Byłam akurat pochłonięta rozdziałem o sosach, więc pierwsze eksperymenty zleciłam Paulowi. Za młodu piekł samodzielnie chleb i niebawem obrócił naszą kuchnię w Irving Street Boulangerie. Składniki pieczywa są niezmienne: drożdże, woda, sól – problem w tym, że można je połączyć na dziesięć tysięcy sposobów. Jak się przekonaliśmy, liczył się każdy szczegół: świeżość drożdży, typ mąki, czas rośnięcia, sposób ugniatania ciasta, temperatura, wilgotność pieca, nawet pogoda. Paul kładł rosnące wałki na ściereczkach, zawiazywał rogi płótna i wieszał je na uchwytach od szuflad, a efekt pary wodnej imitował, spryskując piekące się ciasto wodą z małej gumowej buteleczki z rozpylaczem. Jesienią 1967 roku codziennie oboje wypiekaliśmy bagietki (oraz inne specjały, na przykład croissanty) i częstowaliśmy nimi sąsiadów.(...) Wypróbowanie wszystkich domowych przepisów na bagietkę, jakie udało się nam znaleźć, zabrało nam ostatecznie jakieś dwa lata i 130 kilogramów mąki(...)”
Podobnie wyglądała praca nad każdym przepisem, rozpracowanym drobiazgowo, wielokrotnie i na wszystkie możliwe sposoby. Ileż w sobie trzeba mieć pasji, ciekawości, energii, motywacji? Nawet przy założeniu, że jak każda i ta książka jest kreacją lub autokreacją, brzmi ona prawdziwie i szczerze. Julia Child prawdopodobnie taka była, razem z Paulem stworzyli cudownie zgrany tandem twórczy. Paul był artystą, pisał pięknie o Julii i jej pracy, ich wspólnym życiu w licznych listach, cytowanych w książce, do swojego brata bliźniaka Charliego, którego wnuk – Alex Prud’homme współpracował i jak się domyślam, razem z Julią, już po śmierci Paula a potem i Julii, zredagował „Moje życie we Francji”.
Książka opowiada szczegółowo chwile, które Julia i Paul spędzili razem w Paryżu. Potem byly kolejne placówki dyplomatyczne i kolejne zmiany w ich życiu...
„-Na myśl o tym, że będziemy zaczynać wszystko od zera, w nowym miejscu, chce mi się wyć – jęczał Paul. – Nic dziwnego, że dzieci tak dużo płaczż po przyjściu na świat...Jeśli różnorodność nadaje życiu smak, to moje jest jednym z najlepiej przyprawionych na świecie. To prawdziwe życiowe curry.”
Ciężka praca i pasja oraz ludzie, których los stawiał na ich drodze zasadniczo przyczyniły się do sukcesu jakim było wydanie obu tomów „Doskonalenia...” opisanego w książce. Nic dziwnego, że mieli tak wielu przyjaciół, skoro kierowali się zawsze zasadą „(...) ludzie przede wszystkim! Innymi słowy, przyjaźń – a nie kariera, prace domowe czy zmęczenie – to rzecz najważniejsza, trzeba ją karmić i pielęgnować”.
Przez podnoszącą się po wojnie Francję, rozkwitającą pięknem Prowansję, po Amerykę , w czasach, gdy telewizja ledwie raczkowała, odbyc mozna na kartach tej książki ciekawą i nadzwyczaj smakowitą podróż.
I jeszcze ostatni fragment: „(…) doskonały posiłek wart jest zachodu.Dobre rezultaty wymagają poświęcenia czasu i uwagi. Jeśli nie użyjesz najświeższych składników albo nie przeczytasz najpierw całego przepisu i będziesz gotować na wyścigi, w efekcie otrzymasz pośledni smak i konsystencję – na przykład gumowy beef wellington. Pieczołowitość zaowocuje zaś wspaniałą feerią smaków, posiłkiem satysfakcjonującym pod każdym względem, a może nawet doświadczeniem, które zmieni twoje życie”.

Julia Child zmarła we śnie, zaledwie kilka dni przed swoimi 92 urodzinami, 13 sierpnia 2004 roku, dokładnie 6 lat temu.

Wzmiankę o kwiatach cukinii w cieście piwnym znalazłam właśnie u Julii. Składniki i sposób przygotowania to już mój pomysł. Sprawdził się a dodatek piwa malinowego zamiast jasnego wzbogacił delikatny smak kwiatów. Pyszności. Polecam.



Kwiaty cukinii w cieście piwnym

Składniki:
1 filiżanka (200 ml) mąki krupczatki
1 filiżanka piwa (u mnie malinowe)
1 żółtko
1 łyżka cukru
szczypta soli
kilka kropli cytryny

Przygotownie:
1. Do miseczki wsypujemy mąkę, wlewamy piwo i dodajemy żółtko. Wszystko mieszamy dokładnie widelcem lub lekko ubijamy trzepaczką. Dosypujemy cukier i sól. Odstawiamy na chwilę.
2. Oczyszczamy kwiaty cukinii z ewentualnych lokatorów, rozchylamy delikatnie płatki i urywamy pręcik w środku.
3. Rozgrzewamy olej na patelni.
4. Do masy wkrapiamy cytrynę. Mieszamy.
5. Kwiaty obtaczamy dokładnie w cieście i smażymy z obu stron.
6. Możemy je dodatkowo, dla smaku posypać jeszcze cukrem pudrem.


Przepis bierze udział w akcji:




Smacznego!

środa, 11 sierpnia 2010

Samotność. Kuchnia Franceski. Fritata z cukinią.


I znów na porannym spacerze. W prawie ciszy, kiedy prawie wszyscy wokół prawie śpią. Pozory cichości jednak wystarczą dla spokojnej lektury.
Nad jezioro. Widok jego zaspanej tafli kołysze we mnie resztki snu. Słowo po słowie rozpoczynam nowy dzień. Czytam „Kuchnię Franceski” Petera Pezzelli. Rozmyślam o samotności opisanej w książce. Powolnej, konsekwentnej, niewyczerpanej, odmierzanej miarką dzień po dniu.
Samotność, którą sami wybieramy jest naszą przyjaciółką. Znamy się dobrze i najlepiej czujemy w swoim towarzystwie. Samotność narzucona przez okoliczności lub ludzi, którzy od nas odchodzą, to oprawca. Brutalnie i z premedytacją pozbawiający nas tego wszystkiego, co jest nam najbardziej potrzebne. Bliskości, czyjejś obecności, rozmów o poranku i tuż przed zaśnięciem, codziennej troski i kojącego dotyku. Dla jednej osoby nie nakrywa się stołu, nie gotuje posiłków. Wystarczy talerz z kanapką trzymany w ręce, naprzeciw ściany obwieszonej fotografiami tych, którzy mogliby tu być, byli tu jeszcze tak niedawno. Kanapka z samotnością.

Jednym z kryteriów wyboru wakacyjnych lektur była beletrystyka kulinarna. Znajoma księgarka namówiła mnie między innymi na „Kuchnię Franceski” właśnie. Napisana momentami ciepłym, chwilami nudnym i niepotrzebnie drobiazgowym językiem, jest lekka i nieskomplikowana, takież prawdy, znane lub dopiero do odkrycia przez czytelnika, przekazuje. O wyjątkowej wartości posiłków przygotowywanych w domu i potem spożywanych wspólnie, przy jednym stole. O samotności i tęsknocie rodziców dorosłych dzieci. Jeśli lubicie letnie książki w obu znaczeniach tego słowa możecie po nią sięgnąć. Fabuła jest mocno przewidywalna, nie zaskakuje. Garść zawartych włoskich przepisów może nieco podnieść wartość tej książki. Choć to akurat można znaleźć gdzie indziej.
Zacytuję Wam pewien fragment, smutny, wzruszający, tak bardzo prawdziwy. „Oczyma wyobraźni widziała już posiłek na stole: na środku wspaniałe pieczyste, obok pieczone ziemniaki, półmisek smażonych chińskich brokułów i bochenek chleba prosto z pieca. Niemał czuła smak tych pyszności. Tylko z kim niby miałaby ten obiad zjeść? Mimo to wzięła mięso i włożyła je do koszyka razem z warzywami.
- Przystępna cena za polędwicę, prawda? – rzekł uśmiechnięty Tony, gdy podeszła z zakupami do kasy.
- Zbyt przystępna, by przepuścić taką okazję – zgodziła się Francesca.
- Jutro będzie rodzinny obiad? – spytał wkładając mięso do plastikowej torebki.
- Nie – odparła, kręcąc głową. – Tylko dla mnie.
- Sporo jak na jedną osobę – żartobliwie zauważył Tony.
- To prawda – przyznała Francesca. – Przechowam je w zamrażalniku na specjalną okazję, dla gościa. Kto wie na kiedy i dla kogo?
- Wobec tego co przygotuje pani dla siebie?
- Dla siebie? – Wzruszyła ramionami. – Dzisiaj wieczorem ugotuję sobie chyba zupę i ... będę czekała.”



Fritata z cukinią Sue
z książki „Kuchnia Franceski” Petera Pezzelli

Składniki:
12 jajek
¼ szklanki startego sera
2 pokrojone w plasterki cukinie
oliwa z oliwek
1 posiekana cebula
sól czosnkowa, pieprz

Przygotowanie:
1. Patelnię o grubym dnie spryskujemy oliwą.
2. Jajka i starty ser ubijamy razem.
3. Podsmażamy na półtwardo cukinię i cebulę. Doprawiamy solą i pieprzem.
4. Dodajemy jajka.
5. Sprawdzamy łopatką spód omletu. Kiedy się zrumieni, umieszczamy patelnię w piekarniku pod opiekaczem, by podpiec również górę.
6. Podajemy na gorąco lub w temperaturze pokojowej.


Smacznego!

sobota, 7 sierpnia 2010

Podróżuj, gotuj, bądź zdrowa. Świderki w sosie pietruszkowym z grzybami.



Światło dużego okna rozświetla białe ściany. Na półkach rozgościł się błękit, lubią się z sąsiadem niebieskim. W szufladach gadają talerze. Na ciasnotę narzekają sztućce. A deski do krojenia, indywidualistki, nie pozwalają się zamknąć w niskiej szufladzie. Wciąż organizują protesty, blokady. Ład tu czy nieład, ja jestem jego autorką. Jedyną osobą znającą położenie wszystkich zbędnych i niezbędnych utensyliów. Nawet jeśli nie mogę chwilowo czegoś odnaleźć, przeczuwam jego obecność, sama to tam umieściłam, w nadziei, że będę pamiętać. Często nie pamiętam. Ale to moja kuchnia. Moje miejsce. Serce mojego domu.
Dlatego tak bardzo nieswojo czuję się w nieswojej kuchni. Najgorzej zaś w niczyjej. W takiej jak ta, w której teraz przyszło mi przez chwilę gotować. Gotować to oczywiście wielkie słowo. Mam do dyspozycji 2, słownie dwa, małe garnuszki (spróbujcie w nich ugotować makaron), wysłużoną patelnię, kilka talerzy. Mama zabrała ze soba ostry nóż, na szczęście. Lista braków jest długa. Nie ma deski, tarki, sitka. Nie będę narzekać, ale to prawdziwe wyzwanie. Nasze dzieciaczki nie jadają na stołówkach i w restauracjach, tu także zgłosiły protest. Stąd problem. Kilka wypraw do wsi i można funkcjonować. O jednej takiej wyprawie chciałabym Wam napisać.
Potrzebny był korkociąg. Nie, żebym się tłumaczyła, ale mieliśmy do uczczenia zdanie ważnego egzaminu, o którym się właśnie dowiedziałam i zupę rybną chciałam ugotować... W miejscowym sklepiku liczba produktów upchniętych na jednym metrze kwadratowym wystarczyłaby do wyposażenia małego marketu.
- Czy ma Pani korkociąg? – spytałam najpierw (wina stały rzędem na najwyższej półce, więc to pytanie sobie darowałam).
- No właśnie nie... – odparla młoda dziewczyna. (Czyli ktoś już wcześniej o to pytał – pomyślałam).
- Czy może mi Pani polecić wino z zakrętką? (W Belgii to wcale nie rzadkość, a wino takie smakuje całkiem całkiem)
Dziewczyna ogarnia wzrokiem wszystkie butelki. Widać, że się stara, szuka, w końcu rzuca, w nadziei rozwiązania problemu:
- To może już lepiej wódkę?
Pośrod wielu rozwiązań, których oczekiwałam, to nie znalazło się na mojej top liście, ani na żadnej innej, też nie.
- Z zakrętkami to tylko jabole – dorzucił syn właścicielki, który właśnie dowiózł towar.
No tak. Ma chłopak rację. Mogłam, powinnam była, wyjść szybko i nigdy nie wracać, ale wina nam było trzeba. Zamówiłam korkociąg, kupiłam najdroższe wino jakie można było (wrażenia, że mam problem i wstydzę się do niego przyznać i tak już chyba nie zatrę),otworzyłam je korkociągiem pożyczonym od sąsiada. Aż boję się pomyśleć, co by było, gdybym zapytała o kieliszki. Do wina, oczywiście...



Pośród lektur, które zabrałam ze sobą na wakacje, znalazła się książka Sofii Brandon: „Podróżuj, gotuj, bądź zdrowa. Przygodowa książka kucharska”. Nie wiem, czy książka została tak napisana, czy tak przetłumaczona, mnie ten styl zupełnie nie odpowiada, ale będą ją polecać z kilku powodów. Ze względu na ciekawe podejście do gotowania, które prezentuje autorka, zawarte w niej wskazówki kulinarne, które się sprawdzają i miłość autorki do dobrej oliwy z oliwek, którą i ja podzielam i wreszcie – zdrowe gotowanie na bazie dobrych składników.
Książka zawiera również przepisy. Czy wartościowe? Zapewne zależy to od punktu widzenia i stanu wiedzy kulinarnej indywidualnego czytelnika. Umiejętności nie są wymagane, kuchnia polecana przez Sofie jest prosta i jak się okazało – bardzo smaczna. Czytając ją zapragnęłam wypróbować jeden z przepisów, w tej niczyjej kuchni bez sprzętów kuchennych. Wybór padł na makaron świderki w sosie pietruszkowym z grzybami. Przepis prosty, do zrealizowania praktycznie w każdych warunkach, z krótką i niewyszukaną listą składników. Sprawdziliśmy. Było pyszne. Musiałam zmodyfikować przepis ze względu na frakcję wielbicieli kremowych sosów w mojej rodzinie. Podzieliłam więc porcję składników na pół. Z pierwszej części przygotowałam świderki trzymając się przepisu Sofii, do drugiej porcji dodałam śmietanę 18% i lekko zagęściłam ją mąką, uzyskując sos cięższy acz kremowy w swej istocie.


Świderki w sosie pietruszkowym z grzybami

Składniki dla 4 osób:
450 g pełnoziarnistego makaronu świderki
450 g pieczarek, grubo pokrojonych
4 średniej wielkości ząbki czosnku
½ pęczka zielonej pietruszki
2-3 łyżki oliwy extra virgin
ćwiartka cytryny do poprawek
sól morska i tłuczony pieprz do smaku

Przygotowanie:
1. Siekamy pietruszkę i czosnek razem z grubą solą morską, odstawiamy.
2. Gotujemy makaron w osolonej wodzie z odrobiną oliwy.
3. Na patelni rozgrzewamy 1 łyżkę oliwy, dodajemy pieczarki, ¼ szklanki wody, szczyptę soli i pieprzu. Mieszamy dokładnie, przykrywamy i smażymy 5-7 minut.
4. Do pieczarek dodajemy mieszankę pietruszkową, mieszamy i zdejmujemy patelnię z ognia, doprawiamy.
5. Odcedzamy makaron, przekładamy go z powrotem do garnka, wlewamy 1 łyżkę oliwy, dodajemy sos pietruszkowy z grzybami, mieszamy i podajemy od razu.


Smacznego !

czwartek, 5 sierpnia 2010

O czym mówię, kiedy mówię o wakacjach...



Gdy tylko wraz ze światłem poranka umysł nabiera jasności i mocy w wyrażeniu woli zmiany, otwieram oczy. Wstaję niemal natychmiast.
Wychodzę nad jezioro. Cisza snuje się po jego tafli wygładzając najdrobniejszy grymas. Wiatr najwyraźniej jeszcze śpi. Cieszę się na ciepło promieni słońca, które jak wizażysta rozświetla moją twarz. Muska delikatnie policzki oszczędzając wrażliwe oczy, chronione lustrem okularów. Gdy po chwili czuję na twarzy chłód, a ramiona kurczą się w chłodnym cieniu, podnoszę głowę ku niebu. Słońce walczy o pierwsze miejsce na zachmurzonym niebie i wierzcie mi, przypomina to bardzo ostrą kampanię wyborczą. A co z moim prawem głosu?Ja chcę słońca. Ciepła, błękitu, jasności, upału nawet.
Chłonę tę ciszę przerywaną jedynie wołaniem czapli (zapewne na śniadanie) i czytam. Murakamiego. Szukam motywacji do realizacji projektu, który noszę w sobie od dawna. Zbieram myśli i słowa w przerwie między akapitami i czuję, że może mi się udać.
„Istnieją zewnętrzne oznaki literackich osiągnięć, choćby liczba sprzedanych egzemplarzy książki, zdobyte nagrody, dobre czy złe recenzje, ale żadna z nich w istocie się nie liczy. Liczy się tylko to, czy pisarstwo spełnia standardy, jakie sobie wyznaczamy. Niepowodzenia w przeskoczeniu poprzeczki na zaplanowanej wysokości nie da się tak łatwo wytłumaczyć. Jeśli chodzi o innych, zawsze można znaleźć sensowne usprawiedliwienie, ale samego siebie nie da się oszukać.”*
A więc spróbuję. Rozpocząć bieg i go ukończyć a potem obejrzeć się za siebie, na pokonany dystans i wszystkie poprzeczki, potrącone lub nie, rzucę okiem na puste trybuny i ocenię to osiągnięcie radosna, że depczę linię mety. Spróbuję.
Od czegóż bowiem są wakacje?
Od odpoczynku? To pewne. Nieważne, gdzie się je spędzi. Od kiedy mieszkamy poza krajem (nigdy nie przypuszczałam nawet, że kiedykolwiet napiszę podobne słowa) wakacje letnie spędzamy w Polsce. Pokazujemy dzieciom zakątki naszego kraju, niektórych z nich zresztą (o zgrozo!) sami jeszcze nie widzieliśmy. Odpoczywam więc i myślę o wszystkich porankach roku. Kiedy wstaję na rozkaz budzika i na pamięć wykonuję wszystkie poranne czynności, bezrefleksyjnie i z żalem na ciemność za oknem, na deszcz śpiewający na dachu i liczbę schodów do pokonania w drodze do kuchni. Mój codzienny maraton...
Od planowania? Jak najbardziej. Kiedy ciało i umysł wypadają z trybików codzienności szukamy nowych dróg, snujemy plany, marzenia, przepełnione nadzieją na realizację. Może zatem tym razem się uda?
Wrócę jeszcze do Murakamiego. „Ale ludzie mają własne preferencje i własne awersje. Niektórzy nadają się do biegania maratonów, inni do gry w golfa, a jeszcze inni do hazardu. Kiedy widzę uczniów zmuszanych na lekcjach wuefu do biegania długich dystansów, serdecznie im współczuję. Zmuszanie do biegania kogoś, komu się nie chce biegać lub nie jest do tego wystarczająco sprawny fizycznie, przypomina bezsensowną torturę. Zawsze chciałem poradzić nauczycielom wuefu, żeby nie zmuszali gimnazjalistów i licealistów do biegania razem po tej samej trasie, ale wątpię by ktokolwiek zechciał mnie wysłuchać”.
Wracam znad jeziora. Mam w pamięci ten fragment. Przeczytany ledwie dwie minuty wcześniej. Sapiąc głośno i ciężko, tupiąc jeszcze głośniej i ciężej mijają mnie w biegu koloniści. Wakacje są od odpoczynku?
Wracam. Zaparzam sobie herbatę z cytryną, w cichym nabożeństwie wykonuję każdy ruch, modląc się w duchu by nie obudzić dzieci i zdążyć jeszcze wyjść do słońca, z komputerem, w samotności, i coś jeszcze napisać.
Jak widzicie, udało się...
*wszystkie cytaty pochodzą z książki autorstwa Haruki Murakami : « O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu «
Wybaczcie proszę, że nie bywam u Was, na moich ulubionych blogach, nie komentuję, ale sieć, do której mam dostęp jest tak wolna, ze publikacja trzech zdjęć i posta zajmuje mi ponad godzinę...
Dziadek łowił dziś ryby z synkiem pierwszym. Synek połknął bakcyla wędkarstwa jak ryba haczyk. Smażyliśmy je wieczorem. Wyszły pysznie chrrrrupiące. Dzięki prostemu składnikowi. Spróbujcie, a może już znacie ten sposób?

Smażona ryba

Składniki:
ukleje, płocie, okonie (lub inna ulubiona ryba)
cytryna
zielona pietruszka
mąka krupczatka
sól morska, biały pieprz

Przygotowanie:
1. Ryby oczyszczamy, myjemy, osuszamy, solimy.
2. Obtaczamy dokładnie w mące krupczatce. Smażymy.
3. Przed podaniem skrapiamy obficie sokiem z cytryny i obsypujemy zieloną pietruszką.

Smacznego!

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Napoje orzeźwiające


Przyznam Wam rację. Brak mi konsekwencji. Jednego dnia ogłaszam, że lato ma się ku końcowi, by następnym razem proponować Wam napoje orzeźwiające. Z definicji na lato. Choć w tym konkretnym przypadku - niezupełnie. Możecie je serwować niezależnie od pory roku, zawsze wtedy, gdy oczy tęsknią za kolorami a pragnienie czegoś wyjątkowego sięga daleko poza granice słonecznej Italii. Także wtedy, gdy podanie dzbanka z wodą źródlaną sprawia wrażenie lekkiego dekoracyjnego braku. A już szczególnie wtedy, gdy dzieci domagają się napojów gotowych, butelkowanych, ze sklepowych półek, uginających się od kolorantów, sztucznych aromatów i plastiku. Skomponujecie je jak lubicie. To tylko moje propozycje. Gorąco polecane. Na wszystkie pory roku.


Owocowa ice tea

Składniki:
1 litr wody źródlanej
3 saszetki rumianku
1 ½ pomarańczy
2 jabłka
garść czerwonych owoców: truskawek lub malin
1 cytryna
swieża melisa cytrynowa
do posłodzenia według gustu: agawa, stewia, miód, cukier lub syrop z kwiatów czarnego bzu

Przygotowanie:
1. Zaparzamy w dzbanku herbatę. Lekko studzimy. Dodajemy pomarańczę pokrojoną w całości na plasterki (musimy ją wcześniej dokładnie wyszorować), jabłka pokrojone w grubą kostkę, sok z cytryny, listki melisy i czerwone owoce.
2. Wstawiamy do lodówki najlepiej na całą noc.
3. Następnie dosładzamy według smaku, dodajemy jeszcze trochę świeżych ziół i kostki lodu.


Eksplozja smaku – woda i granat

Składniki:
woda mineralna lub źródlana
owoce granatu

Przygotowanie:
1. Granat przekrajamy na połowę, wyjmujemy pestki. Jeśli owoc jest bardzo dojrzały uderzamy w niego trzonkiem drewnianej miski – pestki wypadają same.
2. Ziarenka granatu możemy opłukać – zachowamy wówczas klarowność i barwę wody lub razem z powstałym sokiem dodać do dobrze schłodzonej wody, napój po kilku godzinach będzie wyglądał jak na zdjęciu.
3. Jeśli chcemy możemy napój dosłodzić.


Klasyk miętowy z białą herbatą

Składniki:
biała herbata
woda źródlana lub mineralna
gałązki świeżej mięty
cytryna i limonka
cukier trzcinowy jasny lub miód lawendowy

Przygotowanie:
1. Herbate zaparzamy. Schładzamy. Dodajemy plasterki cytryny i limonki ze skórką, miętę i wstawiamy do lodówki na kilka godzin.
2. Przed podaniem dosładzamy cukrem lub miodem, dodajemy kostki lodu i dekorujemy świeżą miętą.



Smacznego!