piątek, 29 października 2010

Kisiel z dyni

  

a może raczej ... budyń, zważywszy na zawartość mleka. Powiem szczerze, sam przepis bardzo mnie na początku zaintrygował. Podczas gotowania nabrałam nieco sceptycyzmu, który jednak szybko zniknął. Wystarczyła jedna łyżeczka. Spróbowałam i uśmiechnęłam się do siebie. A jednak. To jest po prostu pyszne. Przepis pochodzi z książki Elżbiety Kensy „Kuchnia Podkarpacia”. Mój kisiel podałam  karmelowymi chrupkami z pestek dyni, które są propozycją Anny-Marii także z okazji Festiwalu Dyni.



Kisiel w dyni

Składniki:
400 g dyni
2 szkl. mleka
80 g cukru
50 g mąki ziemniaczanej
odrobina soli
kawałek laski wanilii

Przygotowanie:
1. Obraną dynię ucieramy na drobnej tarce.
2. Gotujemy w garnku 1,5 szklanki mleka. Z reswcie rozrabiamy mąkę.
3. Gdy mleko się zagotuje wlezamy reszte mleka z mąką i gotujemy.
4. Dodajemy wanilię (ja dodałam już na samym początkudo zimnego mleka w garnku), cukier, sól i dynię. Gotujemy przez chwilę.
5. Podajemy na zimno.


Smacznego!

środa, 27 października 2010

Heart-shaped chicken nuggets - przysmak dla wszystkich



Coraz częściej prosicie mnie o przepisy odpowiadające dziecięcym smakom. Oto więc kolejny. Autorstwa Annabel Karmel's, której polecać nie trzeba chyba nikomu. Przepis szybki, niezbyt kłopotliwy w przygotowaniu, danie pyszne, ciekawe w smaku. Nie musicie wycinać serduszek. Można je formować jak płaskie kotleciki. Jeżeli chcecie, aby były bardziej chrupiące, polecam najpierw obtoczyć je w bułce tartej, następnie w roztrzepanym jajku i na końcu znowu w bułce. Pyszności. Także dla dorosłych. Podałam je z purée, a jakże...tym razem z dodatkiem kalafiora. Gotuję go razem z ziemniakami, ucieram, dodaję odrobinę masła. Kalafior jest niewyczuwalny, a samo purée lekko słodkie, nasze dzieci bardzo je lubią.


Heart-shaped chicken nuggets

Składniki :
375 g filetów z piersi kurczaka pokrojonych na kawałki
1 duża posiekana cebula
2 łyżki zielonej pietruszki
1 małe jabłko utarte na jarzynowej tarce
45 g bułki tartej
1 pokruszona kostka bulionu z kurczaka (nie używam, zamieniłam na sól i pieprz)
60 g cebulowych i serowych chipsów drobno pokruszonych (użyłam samej bułki)

Dodatkowo: 60 g bułki tartej do panierowania

Przygotowanie :
1. Mielimy razem kurczaka, cebulę, pietruszkę, jabłko, bułkę tartą i kostkę.
2. Powstałą masę rozpłaszczamy i wycinamy z niej dowolne kształty używając do tego foremek do ciastek.
3. Mieszamy razem pokruszone chipsy i bułkę tartą. Panierujemy w nich kawałki kurczaka.
4. Rozgrzewamy olej na patelni, smażymy około 6 minut z obu stron na złoto. 


Przepis pochodzi z książki Annabel Karmel's „Feeding your baby & toddler”

Smacznego!

poniedziałek, 25 października 2010

Wyśmienita wieprzowina w cieście


Guzik księżyca lśni niezmiennie na granatowym mundurku nieba. A może mundurze? Mniejsza o to, skala czy rozmiar to wartości zbędne w obliczu nieskończoności. Choć jeden tylko, zapięty po szyję, chroni dostępu do wszelkich tajemnic. On jeden być może wie, co wydarzy się jutro. Niewidoczny a jednak obecny, śledzić będzie rozwój wydarzeń. Aż niewidzialna ręka rozepnie w końcu połać mundurka, z butonierką wypełnioną gwiazdami. Jego granatowe klapy przysłonią na jakiś czas pełnię blasku by w końcu powiew czasu zapiął po szyję bezmiar tajemnic nieba.

Dla krótkowidza pełnia trwa znacznie dłużej...

Poniżej znajdziecie przepis na wyśmienitą wieprzowinę w cieście z przepisu Billa Grangera. Podałam do niej purée z przepisu, który znalazłam w najnowszym numerze "Saveurs" i sałaty. Taki obiad smakował nam wybornie. Ponadto pracy przy nim niewiele...”całą pracę wykona za Ciebie piekarnik” jak napisał Bill Granger. Miał rację. Możecie je przygotować z wyprzedzeniem. Najpierw upiec mięso i dopiero na 40 minut przed podaniem wstawić znowu do piekarnika i zapiec pod ciastem. Polecam gorąco.
 

Wieprzowina w cieście

Składniki: dla 6 osób
1 kg karkówki lub łopatki wieprzowej
3 łyżki mąki pszennej
2 łyżeczki papryki
1 łyżeczka soli morskiej
świeżo zmielony czarny pieprz
400 g siekanych pomidorów z puszki
1 duża cebula pokrojona w cienkie plastry
300 g marchwi obranej i posiekanej
3 duże ząbki czosnku, pokrojone w plasterki
3 dobrej jakości filety z sardeli w oleju, drobno posiekane
4 liście szałwii, drobno posiekane
170 ml czerwonego wina
2 arkusze ciasta francuskiego
1 żółtko lekko roztrzepane

Przygotowanie:
1. Rozgrzewamy piekarnik do 180°
2. Umyte i osuszone mięso kroimy na kawałki o boku 2 cm.
3. Do miski wsypujemy sól, paprykę i pieprz i mieszamy. Wrzucamy do niej kawałki mięsa i obtaczamy w panierce, przekładamy do naczynia żaroodpornego.
4. Dodajemy pomidory, cebulę, marchew, czosnek, sardele, szałwię i czerwone wino, mieszamy.
5. Przykrywamy, wstawiamy do piekarnika na 2 godziny lub aż sos lekko zgęstnieje a mięso i marchew będą miękkie. Mieszamy co pewien czas.
6. Upieczone mięso możemy przełożyć i piec dalej w formie o pojemności 2 l lub w 6 pojedynczych foremkach o pojemności 200 ml każda. Wycinamy z ciasta francuskiego arkusze, którymi przykryjemy mięso. Zostawiamy jednocentymetrowy margines ciasta na zapas z każdej strony. Ważne: Pamiętajmy, że jeśli mięso jest gorące przyłożone ciasto francuskie po prostu nam spłynie do środka foremki zamiast przylgnąć dokładnie do jej krawędzi. Jeśli używamy jednej dużej formy to nie tej samej, w której mięso wcześniej piekliśmy lub poczekajmy aż wystygnie.
7. Brzegi ciasta przyciskamy dokładnie do krawędzi naczynia. Ostrym nożem robimy na górze nacięcie.
8. Przed wstawieniem do piekarnika smarujemy ciasto żółtkiem. Pieczemy 35-40 minut ( w przypadku jednej dużej foremki) lub 20-25 minut, gdy pieczemy w małych foremkach.



Purée ziemniaczane z pieczonym czosnkiem i pietruszką

Składniki: dla 4 osób
750 g ziemniaków
6 ząbków czosnku
1 łyżka oliwy
1 łyżka grubej soli morskiej
250 ml pełnego mleka
100 g solonego masła można zastąpić zwykłym
pół pęczka zielonej pietruszki
świeżo zmielony pieprz

Przygotowanie:
1. Rozgrzewamy piekarnik do 180°. Umieszczamy czosnek w skorupkach (nie obieramy go) w naczyniu do pieczenia. Skrapiamy oliwą i pieczemy 30 minut. Po wyjęciu obieramy czosnek pozostawiając tylko jego kremowe wnętrze.
2. Ziemniaki gotujemy w mundurkach, w osolonej wodzie. Odcedzamy.
3. Siekamy pietruszkę, podgrzewamy mleko.
4. Ziemniaki ucieramy na purée dodając stopniowo ciepłe mleko.
5. Dodajemy pokrojone z grubsza masło, pietruszkę i czosnek. Doprawiamy solą i pieprzem.


Smacznego!

piątek, 22 października 2010

Cynamonowa tarta drożdżowa z gruszkami, śliwkami i orzechami



Pełnia księżyca. Wszyscy niespokojnie kręcą się w swoich łóżkach. Nad głowami księżyc, między nami niezliczone jak gwiazdy pytania, na które koniecznie trzeba było znaleźć odpowiedź.

- Mamo, ale przecież księżyc to planeta. Nie wygląda jak gwiazda?
- Dlaczego niebo jest takie granatowe?
- Mamo, a czy wiesz, co to są barwy?
- Nie cierpię pełni księżyca. Świeci mi po oczach i nie mogę zasnąć. (To córka pierwsza. Musiałam wyjaśnić jej, że my raki jesteśmy pod bardzo silnym wpływem księżyca, to dlatego. - A skorpiony też? – spytała jeszcze.)
A ja uwielbiam pełnię. Patrzyłam potem długo na rozlane w całym domu światło księżyca. I czułam się trochę jak lunatyk. Pomyślałam, że mogłabym zrobić trochę zdjęć. Wolałam jednak po prostu popatrzeć. I tak sobie patrzyliśmy, ja na niego, on na mnie. Z tą tylko przewagą, że ja poszłam w końcu spać, a on czuwał dalej.

Chciałabym Was zachęcić do spróbowania tej tarty, jak ją nazwałam. Na drożdżowym, puszystym i miękkim spodzie, z cynamonem, z gruszkami i śliwkami i wreszcie – z chrupiącą warstwą orzechów. Ci, którzy próbowali powiedzieli, cytuję: Mhhh, mmmhhh, mmmhyyy. Ale to jest pyszne...



Cynamonowa tarta drożdżowa z gruszkami, śliwkami i orzechami

Składniki:
Na spód
250 g mąki
1 jajko
50 g cukru! (uciekło mi wczoraj podczas spisywania!)
100 g masła
100 ml mleka
10 g cynamonu
7 g drożdży instant
szczypta soli

Na warstwę orzechową:
150 g grubo posiekanych orzechów włoskich
1 czubata łyżka miodu
2 czubate łyżki skondensowanego słodkiego mleka

Na warstwę śliwkową:
3 duże gruszki (ok. 600 g przed obraniem)
200 g śliwek świeżych
100 g śliwek suszonych
75 ml aceto balsamico
150 g cukru

Przygotowanie
1. W rondelku rozpuszczamy masło z mlekiem. Odstawiamy do przestudzenia.
2. Do osobnej miski dodajemy sypkie składniki i 1 jajko. Mieszamy drewnianą łyżką.
3. Wlewamy przestudzone mleko, mieszamy łyżką i wyjmujemy z miski do wyrobienia przez krótką chwilę. Ciasto się nie klei jest miękkie, idealne do pracy. Odstawiamy w ciepłe miejsce przykryte ściereczką, do wyrośnięcia, na około 30-40 minut.
4. Po tym czasie krótko wyrabiamy i wykładamy do foremki o średnicy 25 cm (może być ciut większa.)
5. Orzechy lekko rumienimy na patelni, dodajemy miód i mleko, mieszamy do połączenia w jednolitą masę. Przekładamy na spód ciasta.
6. Nagrzewamy piekarnik do 175°
7. Obieramy gruszki, kroimy je w dużą kostkę, śliwki świeże i suszone kroimy na połówki.
7. Przygotowujemy karmel. Wysypujemy cukier na patelnię, na średnim ogniu. Cukier najpierw zacznie się lekko brylić ale za moment rozpuści się do gładkiej masy. Kiedy karmel ma jasny, złoty kolor wysypujemy na patelnię pokrojone owoce i wlewamy aceto balsamico. Mieszamy. (Jeżeli karmel przylgnie do łyżki nie przejmujcie się, wdejmijcie go nożem i dodajcie z powrotem.) Masa będzie rzadka, podkręcamy gaz, całość powinna się gotować na dużym ogniu do około 10 minut, aż lekko zgęstnieje.
8. Przygotowaną masę wylewamy na orzechy i wstawiamy do piekarnika. Pieczemy bez nawiewu, przew 25-30 minut. Warto sprawdzić patyczkiem drożdżowy spód i nie piec dłużej niż to konieczne, żeby nie wysechł. Studzimy przed podaniem.
 




Smacznego!

środa, 20 października 2010

Salade liégeoise czyli tradycyjna sałatka z Liège. Prosta, smaczna, idealna na jesień.



Obudziłam się dziś z zamętem w głowie. Przez dłuższą chwilę nie mogłam przypomnieć sobie jaki dziś dzień tygodnia. Przeraziłam się na myśl, że to poniedziałek. Ale jeśli tak, to dlaczego nie mogę ustalić wydarzeń niedzieli? Odkrywszy wreszcie, że to środa odetchnęłam z ulgą. To z pewnością jesienna środa. A ja jestem mocno przemęczona.
Na śniadanie zjadłam sałatkę z Liège. Zostawiłam porcję z wczorajszej kolacji, żeby zrobić zdjęcia i sprawdzić, czy rzeczywiście jest dobra także na zimno. Jest.
Jest też idealna na jesień. I tak konkretna, że może być daniem obiadowym. Cud-mąż zjadł 3 dokładki. To chyba wystarczy za rekomendację, zwłaszcza że nie przepada za fasolką szparagową. Spróbujcie koniecznie.



Salade liégeoise czyli tradycyjna sałatka z Liège

Składniki: (dla 4 osób)
600 g ziemniaków odmiany o zwartym miąższu (np. belgijska bintje)
600 g zielonej fasolki szparagowej
300 g surowego lub podwędzanego boczku
2 posiekane szalotki
1 posiekana cebula
4 łyżki octu winnego
1 łyżka smalcu*
2 łyżki posiekanej zielonej pietruszki
sól i pieprz

Sugestie:
1. Do cebulki i octu możemy jeszcze dodać śmietankę do sosów. Sos będzie bardziej kremowy.
2. Pietruszkę można zastąpić świeżym tymiankiem.
3. Całość przed podaniem można też skropić oliwą truflową lub podgrzanym powoli, na małym ogniu syropem w Liège. Podobno wariant z syropem jest najciekawszy.


Przygotowanie:
1. Myjemy ziemniaki i gotujemy nieobrane. Uważajmy, by ich nie rozgotować.
2. Myjemy i pozbawiamy ogonków fasolkę, gotujemy na chrupko.
3. Odcedzamy i obieramy ziemniaki. Kroimy w dużą kostkę.
4. Przekładamy do salaterki ziemniaki i fasolkę.
5. Drobno kroimy boczek. Smażymy aż tłuszcz się wytopi.
6. Kawałki boczku przekładamy na pergamin.
7. Na tej samej patelni smażymy cebule*. Dodajemy ocet i doprowadzamy całość do wrzenia. Dokładnie mieszamy.
8. Doprawiamy solą i pieprzem.
9. Kawałki boczku i sos przekładamy do salaterki. Posypujemy zieloną pietruszką. Mieszamy i doprawiamy wedle uznania.

*nie dodawałam. Według mnie ilość tłuszczu wytopionego z boczku wystarczyła. Gdybyście się jednak wdecydowali dodajemy go na patelnie po zdjęciu z niej boczku.

Przepis pochodzi stąd:
Smacznego!

poniedziałek, 18 października 2010

Mamo, co dziś będzie na obiad ?



- Czy będzie dokładka ?
- Jest jeszcze marchewka ?
Powiem szczerze, takie pytania padają u nas raczej rzadko. Nasze dzieci to niejadki. A jeśli chodzi o jedzenie warzyw, spokojnie można by ich określić mianem „abstynentów”. Ciasteczka, ciasta czekoladowe, kilka wypróbowanych dań i kluski. Niewiele, prawda? I nudne i monotonne i małowartościowe. Wciąż szukam różnych sposobów, by nakłonić je do jedzenia warzyw.
Mieliśmy więc kiedyś zasadę, że każde z dzieci wybiera trzy warzywa, które lubi jeść. Wpisuje je na listę i jeśli w ciagu tygodnia je zjada, otrzymuje nagrodę w postaci słodyczy. Sama miałam wątpliwości, czy to aby dobry pomysł, więc zrezygnowaliśmy. Mamy na swoim konkcie kilka innch jeszcze prób, raczej nieudanych jednak. Stąd pomysły, by warzywa przemycać w daniach, które lubią. Na przykład kotleciki mielone, czasami wydaje mi się, że mogliby jeść je codziennie. I pieczeń. Ilekroć była przygotowywana w przedszkolu dzieci wracały do domu z informacją: wszystko zjedliśmy, ale był dziś pyszny obiad. Znalazłam więc przepis na pieczeń, który u nas sprawdził się idealnie. Z dużą ilością warzyw. I w dodatku, lubimy ją wszyscy: i dzieci i dorośli.
Podałam ją tym razem z chipsami z marchewki. Polecam spróbować.


Pieczeń z warzywami

Składniki:
1 łyżka oliwy
1 mała cebula
1 mały seler
ząbek czosnku
¼ szkl. bułki tartej
¼ szkl. mleka
800 g mięsa mielonego (z łopatki)
2 jajka
2 łyżki tartego parmezanu
1 łyżeczka sosu Worchestaire
1 łyżka natki pietruszki
¼ łyżki soli
¼ łyżki pieprzu
1 duża marchewka
1 cukinia

Przygotwanie:
1. Na oliwie smażymy posiekaną cebulę, starty seler i czosnek (ok. 5 minut)
2. Dodajemy startą cukinię i marchewkę. Podsmażamy, odstawiamy do przestygnięcia.
3. W miseczce zalewamy mlekiem bułkę tartą, odstawiamy na 5 minut.
4. Wszystkie składniki łączymy i dokładnie mieszamy.
5. Keksówkę spryskujemy oliwą, wysypujemy bułką tartą, wypełniamy masą mięsną.
6. Pieczemy 50-60 minut w piekarniku nagrzanym do 190°

Uwagi:
1. Pietruszkę zastępuję koperkiem.
2. W przepisie oryginalnym nie było cukinii, warto ją jednak dodać, ponieważ pieczeń nie jest wtedy sucha.
3. Pieczenią można także przekładać kanapki, na zimno lub pokrojoną odsmażać na drugi dzień.

Przepis pochodzi z książki Marthy and Davida Kimmel „Mommy Made nad Daddy too. Home cooking for a healthy baby and toddler.”

Smacznego!

piątek, 15 października 2010

Jabłecznik holenderski. Jabłecznik grecki. Galeria wyjątkowo pysznych jabłeczników.


Trzymam w dłoni jabłko. Otulam w myślach wspomnienia z nim związane.
Babcia ucierająca jabłka z bananami dla mojej siostry.
- Czy my też możemy dostać trochę?
- Wy macie przecież zęby...
Tata obierający jabłka dla moich dzieci. A potem dla nas wszystkich. Codziennie kilka kilogramów. Nasza reneta potrafiła obrodzić tak bardzo, że tato wciąż te jabłka przebierał, obierał i karmił nas nimi.
Zapach jabłek pieczonych w piekarniku, dla mamy uczulonej na nie. Pomyślałam wtedy, gdybym nie mogła jeść jabłek to prawie tak jakby mi ktoś zabronił oddychać...
Synek pierwszy gryzący jabłko lewą stroną. Czasami tak trudno jest rozstać się z ząbkiem, a po brodzie płynie sok, który kapnie za chwilę na rękaw bluzy.
Nasze wspólne rodzinne wieczory. Obieramy dzieciom jabłka i kroimy na mniejsze cząstki układane po równo, do trzech miseczek...
I wreszcie... mój ukochany jabłecznik. Upieczony przez babcię Asi.
Tyle wspomnień zaklętych w doskonałym, sprawiedliwym kształcie.

Dzisiaj mam dla Was dwa nowe przepisy na jabłeczniki. Szukałam tradycyjnych, ciekawych przepisów z kuchni innych krajów, które tak bardzo lubimy.
Holenderską appeltaart staram się jeść zawsze ilekroć zawitamy do kraju wiatraków i tulipanów. Podaje się ją najczęściej na gorąco, zawsze z lodami waniliowymi. Bardzo ją lubię, smakowała bardzo osobom, które ją próbowały, szczególnie ciasto, którego proporcje trochę pozmieniałam.
Grecka zaskoczyła mnie najpierw samym pomysłem, by ciasto filo połączyć jeszcze z ciastem ucieranym. I dało to niesamowity efekt. Połączenie różnych faktur smakowych kruchej i puszystej, ukoronowanej słodyczą miodu i jabłek to niespodzianka dla podniebienia. Wszyscy próbujący byli zaskoczeni, bardzo, bardzo miło zaskoczeni, mówię Wam...


Jabłecznik grecki

Składniki :
100 g rodzynek
3 jabłka golden delicious
1 łyżka cynamonu
130 g cukru
3 łyżki miodu
100 g orzechów włoskich siekanych grubo
1 cytryna
100 g masła w temperaturze pokojowej
3 jajka
125 g mąki
1 łyżeczka proszku
3 płaty ciasta filo (można zastąpić ciastem francuskim)
cukier puder do podania

Przygotowanie:
1. Rodzynki moczymy w gorącej wodzie lub herbacie.
2. Jabłka kroimy w cienkie plasterki. Dodajemy cynamon, 30 g cukru, miód, orzechy, rodzynki.
3. Piekarnik nagrzewamy do 160°
4. Ucieramy skórkę cytrynową.
5. Mikserem ucieramy masło z cukrem i sokiem z cytryny, 2 jajkami, mąką i 1 łyżeczką proszku do pieczenia.
6. Wykładamy dno formy o średnicy 22-24 cm pergaminem, boki smarujemy masłem.
7. Pojedyncze płaty ciasta filo smarujemy jajkiem. Wykładamy je w formie jeden na drugim tak, aby rogi wystającego ciasta nie pokrywały się ze sobą.
8. Ciasto wylewamy na filo, rozsmarowujemy, na to wysypujemy masę jabłkową.
9. Składamy brzegi ciasta filo do siebie. Smarujemy jajkiem
10. Pieczemy 60- 70 minut. Jeśli będzie trzeba, przykrywamy ciasto folią aluminiową.



Asiu :-) dziękuję za tłumaczenie...


Appeltaart czyli klasyczny jabłecznik holenderski

Składniki
½ cytryny
125 g masła w temperaturze pokojowej*
125 g cukru trzcinowego
250 g mąki**
1,5 kg jabłek pokrojonych na plasterki
75 g jasnych rodzynek
10 g ciemnych rodzynek
cynamon
1 łyżka kaszy mannej
10 łyżek drzemu morelowego
150 g mielonych migdałów
1 żółtko
1 łyżeczka proszku do pieczenia

Przygotowanie
1. Dokładnie myjemy cytrynę, ucieramy do uzyskania 1 łyżeczki skórki, którą łączymy z 1 łyżką wyciśniętego soku.
2. Wyrabiamy ciasto. Łączymy masło z cukrem, skórką i mąką. Zagniatamy szybko. Jeśli trzeba dodajemy 1 łyżkę wody. Zostawiamy na 1 godzinę a najlepiej na całą noc w lodówce.
3. 600 g jabłek obranych i pokrojonych w plasterki mieszamy z rodzynkami, cynamonem, kaszą i 4 łyżkami drzemu.
4. Nagrzewamy piekarnik do 200°
5. Jeśli ciasto leżakowało cała noc w lodówce, musi do siebie dojść w temperaturze pokojowej przez dłuższą chwilę. Wyrabiamy je krótko, rozwałkowujemy, wykładamy nim dno i brzegi formy o średnicy 22-24 cm wysypanej wcześniej bułką i wysmarowaną masłem.
6. Rozgniatamy migdały z 1 łyżką masła i 1 żółtkiem***, rozwałkowujemy do wielkości dna formy, przygniatamy do ciasta, na to wykładamy masę jabłkową i potem resztę jabłek, przygniatamy.
7. Pieczemy 50 minut, na ostatnie 10 minut minut podnosimy temperaturę do 220°.
8. Mieszamy 6 łyżek drzemu z sokiem z cytryny, smarujemy ostudzone ciasto.


Uwagi:
*Ponieważ wszystkie appeltaart, które jadłam do tej pory miały jak dla mnie trochę za twardy spód (czego chciałam uniknąć) zwiększyłam ilość masła do 200 g, by było bardziej kruche. Wody nie dodawałam.

**W przepisie oryginalnym użyto mąki z domieszką proszku do pieczenia. Miałam go dodać później, bo używam naszej polskiej, tortowej, ale zapomniałam i też wyszło...pyszne, kruchawo twarde.

***W Holandii dostępna jest masa migdałowa, którą użyto do tego ciasta. Ja takowej nie znalazłam, więc użyłam po prostu zmielonych migdałów. Po połączeniu z masłem i żółtkiem powstała raczej kruszonka, którą rożsypałam na spodzie ciasta i następnie delikatnie wgniotłam.



I na zakończenie, galeria moich ulubionych jabłeczników:

Jabłecznik tradycyjny

Tradycyjny jabłecznik warstwowy

Jabłecznik wg Billa Grangera

Ciasto orzechowo-jabłkowe

Smacznego!

środa, 13 października 2010

Rozmowy przy kawie. Rozmowa z Joanną Borycką-Zakrzewską, tłumaczką "Pluka z wieżyczki"


Pamiętam doskonale moment, w którym narodził się pomysł Rozmów przy kawie. I o kim wtedy pomyślałam. Już po chwili lista rozmówców zaczęła wydłużać się coraz bardziej. Lubię rozmawiać z ludźmi, słuchać ich, poznawać ich opinie. Do Rozmów przy kawie chciałabym zapraszać osoby, które cenię za ich pasje, ich pracę i niezaprzeczalny wpływ jaki mają na moje, na nasze życie. Mam nadzieję, że zainteresują także i Was.

Wspominacie czasami swoich przyjaciół z dzieciństwa, liceum, studiów? Zastanawiacie się, co robią dzisiaj, jak ułożyły się ich losy i czy spełniły się ich marzenia? A ich losy właśnie tak jak i nasze plotą się różnie, najczęściej w sposób zupełnie nieprzewidywalny. Asia z mężem byli pierwszymi spośród naszych przyjaciół ze studiów, którzy wyjechali z kraju. Nie sądziliśmy wówczas, że i nam przypadnie ten los. Nikt z nas nie przypuszczał też prawdopodobnie, że Asia będzie tłumaczem literatury niderlandzkiej i to właśnie jej polskie dzieci i ich rodzice będą zawdzięczały przyjaźń z Chłopcem z wieżyczki, Pustednikiem czy Minu. Zapraszam Was serdecznie do przeczytania rozmowy z Joanną Borycką-Zakrzewską, tłumaczem literatury holenderskiej.  

- Kiedy odkładałam na półkę przeczytanego właśnie Pluka czuliśmy wszyscy żal z powodu rozstania z małym chłopcem z wieżyczki. Zżyliśmy się z nim podczas lektury, co także jest Twoją zasługą jako tłumacza. Taka więź z dziełem i jego twórcą zawiązuje się zapewne także podczas tłumaczenia, prawda?
- Więź oraz poczucie ogromnej odpowiedzialności za dzieło w nowej szacie słownej... Do końca pozostaje we mnie uczucie niepewności, czy rzeczywiście dobrze wywiązałam się z tego zadania, czy bohaterowie, śmieszni i wzruszający w oryginalnym wydaniu, są w stanie wzbudzić te same emocje u czytelnika polskojęzycznego... Z twego wprowadzenia wynika, że tak, co mnie niezmiernie cieszy.

- Jak wygląda praca nad tłumaczeniem? Jak przebiega? Jak długo trwała praca nad tłumaczeniem Pluka? Bo to chyba objętościowo najobszerniejsza z książek, które do tej pory przetłumaczyłaś?
- Praca nad tłumaczeniem powieści to wspaniała, emocjonująca przygoda. Tak to odczuwam. Tłumaczenie książki to nie tylko mechaniczne „przepisywanie” jej na ojczysty język, lecz długi proces współtworzenia jej w innym języku, więc bardzo kreatywna, innowacyjna czynność. Dlatego możesz sobie wyobrazić moje zdumienie na widok ludzi, którzy wysłuchawszy mej odpowiedzi na pytanie, czym się zajmuję, krzywią się z niesmakiem, dodając, że to musi być straasznie nudne ... ??? A wracając do pytania, nad Plukiem pracowałam około pół roku... Praca w tym przypadku obejmowała też konsultowanie spolszczonych imion z różnymi osobami, również zaprzyjaźnionymi tłumaczkami, znającymi Pluka w oryginale. Dużo czasu zajęło mi na przykład znalezienie odpowiedniego imienia dla Wilkopłaczka albo Pustednika... Ich oryginalne nazwy funcjonują już w języku holenderskim jako odrębne pojęcia, np. imieniem Pustednika nazywane są szkoły lub przedszkola.

- Powiedz, jak się zostaje tłumaczem?
- Sprawa w moim przypadku jest nieco skomplikowana. Przed laty, jako świeżo upieczona germanistka, marzyłam o tym, by móc tłumaczyć wspaniałe książki z języka Goethego na nasz. Los jednak, rzucając nas do kraju wiatraków i tulipanów, pokrzyżował nieco te plany. Gdybym tu nie trafiła na dłużej, nigdy bym oczywiście nie mogła przeczytać książek Annie M.G. Schmidt w oryginale... Tak więc to ślepy traf właściwie sprawił, że zostałam tłumaczką akurat z języka niderlandzkiego...

- Uściślijmy sobie, bo są to terminy, które mogą się mylić i w istocie mylą się ciągle wielu z nas. Jesteś tłumaczką flamandzkiego, niderlandzkiego czy holenderskiego?
- Niderlandzkiego, potocznie zwanego też holenderskim. Flamandzki, którym porozumiewa się część ludności zamieszkującej Belgię, to nic innego jak dialekt języka niderlandzkiego.

- Pamiętam, jak ubolewałaś kiedyś nad holenderskim, mówiąc, że jego słownictwo jest proste i ubogie, ograniczone w wyrażaniu emocji. Czy w związku z tym to jest największa trudność w tłumaczeniu go na język polski, znacznie barwniejszy i emocjonalny? Które tlumaczenie było najtrudniejsze w Twojej dotychczasowej pracy?
- Naprawdę ubolewałam? Ale rzeczywiście często odnoszę takie wrażenie, zwłaszcza podczas lektury niderlandzkiej literatury dla dzieci. Nie bez znaczenia jest tu system nauki czytania wprowadzony do szkół holenderskich, dzielący proces opanowywania umiejętności czytania na 9 poziomów. Autorzy piszący dla dzieci muszą ściśle przestrzegać odgórnie narzuconych reguł co do ilości słów oraz stopnia trudności w zależności od danego poziomu. Wolność słowa zatem mocno nadwerężona...Rozmawiałyśmy kiedyś o tym, że polskojęzyczna literatura dla dzieci charakteryzuje się o wiele bogatszym, barwniejszym słownictwem, rozbudowaną składnią, podczas gdy książeczki holenderskie pisane są językiem prostym, zdaniami głównie pojedynczymi, dosłownie branymi z ulicy, z życia codziennego. Oczywiście nie oznacza to, że taki sposób pisania nie jest w stanie oddać emocji targających bohaterami.
A najtrudniejsze tłumaczenie to Pluk, choć bynajmniej nie z powodu ograniczonego słownictwa, tylko dużej ilości neologizmów.

- Jak dokonujesz wyboru tekstu do przetłumaczenia?
- Samodzielnie wyboru dokonałam w dwóch przypadkach: „Minu” Annie MG Schmidt oraz "Małej szansy" („Een kleine kans” ) Marjolijn Hof. Pierwsza książka należy do kanonu niderlandzkiej literatury dla dzieci, wybór nie był zatem trudny... Zachwyciła mnie swą bezpretensjonalnością oraz humorem. Zaczęłam się rozglądać za wydawcą w Polsce i tak trafiłam do wydawnictwa Hokus-Pokus.
O drugiej zaś wiedziałam , że właśnie została nagrodzona Złotym Rysikiem, najwyższym odznaczeniem przyznawanym autorom książek holenderskojęzycznych. Przeczytałam i się zachwyciłam.

- Pisarz, który staje się tłumaczem, to zdarza się często a odwrotnie? Tłumacz, który zostaje pisarzem? Myślałaś o napisaniu własnej książki?
Mam wrażenie, że wielu tłumaczy marzy czasami o wyjściu z cienia i napisaniu własnej książki ... Na przykład doskonała tłumaczka literatury francuskojęzycznej, pani Joanna Guze, wyznała w jednym z wywiadów, że nie miała dość odwagi, by zacząć pisać... Ja też nie mam... Na razie...

- Ulubieni tłumacze? O którym z nich powiesz śmiało – kongenialny?
- Zdecydowanie Zofia Chądzyńska, która otworzyła mi/nam oczy na zjawiskową literaturę iberoamerykańską, przede wszystkim Borgesa oraz Cortazara. Ostatni to mój ulubiony pisarz. Nie wyobrażam sobie, jak wyglądałby mój świat bez jego postaci, ich błyskotliwych zdań i metafizycznych spostrzeżeń, które pani Zofia tak doskonale nam przekazała. Wtajemniczeni twierdzą, że jej tłumaczenia pod pewnym względem przewyższają nawet oryginał. Niestety, nie znam hiszpańskiego, nie jestem więc w stanie zweryfikować tej wypowiedzi.
Chylę też czoło przed panem Piotrem Cholewą, tłumaczem literatury angielskiej. Jego przekłady książek z serii opisującej świat dysku to prawdziwe perełki. Język Pratchetta obfituje w wymyślne słownictwo, teksty utkane są z żartów słownych, przenośni, aluzji. Pan Piotr z niesłychaną łatwością przenosi te lingwistyczne karambole na nasz rodzimy język, mimo fleksyjnej oraz słowotwórczej przepaści dzielącej języki słowiańskie od germańskich...

- Co najbardziej cenisz w literaturze holenderskiej?
- Bezpretensjonalność, prostotę, skupienie na detalach składających się na codzienność, ogromny ładunek emocjonalny osiągany za pomocą bardzo oszczędnych środków wyrazu, powściągliwy humor. Wszystkie te cechy charakteryzują też w mniejszym lub większym stopniu mieszkańców Królestwa Niderlandów. Literatura doskonale wydobywa je na światło dzienne, czasami też w sposób karykaturalny ( w czym celowała Annie M.G.Schmidt).

- Z którego z dotychczasowych tłumaczeń jesteś najbardziej dumna?
Z Pluka. Holendrzy z niedowierzaniem spoglądali na mnie, gdy wspominałam o zamiarze przetłumaczenia tej książki, która obfituje w gry słowne, imiona, nazwy na pierwszy rzut oka nieprzetłumaczalne na język obcy. Jak do tej pory była to moja najbardziej kreatywna praca na polu translatorskim.

- No właśnie. Jaką jesteś tłumaczką? Jakie podejście jest Ci bliższe: matematycznie wierne czy kreacyjne? Fredzia Phi-Phi czy Kubuś Puchatek?
- Ha , literatury nie możemy porównywać do nauk ścisłych - tu nie istnieją gotowe formuły, jak w matematyce czy chemii, więc samo pojęcie matematycznej wierności w ogóle nie ma tu zastosowania... Dobre tłumaczenie wymaga, moim zdaniem, kreatywności. Jednakże w swym twórczym zapale muszę uważać, by nie przekraczać pewnych granic wyznaczonych przez autora. W poszukiwaniu odpowiednich słów oraz zdań , brzmiących jak najbardziej naturalnie w naszym rodzimym języku, uważam by pozostać wierną stylistyce autorki, jej intencjom. (Jak dotąd dziwnym zrządzeniem losu tłumaczę jedynie powieści, które wyszły spod pióra kobiet...). Co do „Winnie- the–Pooh”, to zdecydowanie wolę tłumaczenie pani Ireny Tuwim, mimo jej silnych ingerencji w tekst oryginału. Efekt końcowy usprawiedliwia wszelkie cięcia i przeróbki, jakich dokonała. Potrzeba ogromnego talentu i wyczucia, by móc tłumaczyć, tak jak ona.

- Nad czym pracujesz w tej chwili? O przetłumaczeniu jakiej książki marzysz teraz najbardziej?
- Zakończyłam niedawno pracę nad tłumaczeniem kolejnej książki Marjolijn Hof. Tytułu na razie nie zdradzę, lecz zapewniam, że jest równie ciekawa i emocjonująca jak „Mała szansa”. A marzenia... Chciałabym w najbliższym czasie przetłumaczyć jeszcze parę książek Annie M.G.Schmidt, trwają rozmowy z wydawcą polskim na ten temat. Więc być może marzenie to spełni się już wkrótce! Poza tym mam na oku pewną autorkę niemiecką, również piszącą dla dzieci i młodzieży. Ciekawa jestem, czy zdołam zainteresować nią jakieś polskie wydawnictwo...

Asiu, dziękuję Ci za tę rozmowę i wiele innych...


Joanna Borycka-Zakrzewska - absolwentka filologii germańskiej , jak o sobie mówi : zamężna wciąż szczęśliwie, mama dwóch wspaniałych chłopców, tymczasowa emigrantka , wyznająca filozofię otwartości na to, co niesie dzień...
Dotychczasowe tłumaczenia (wszystkie ukazały się nakładem wydawnictwa Hokus-Pokus)
Annie M.G. Schmidt: „Minu” („Minoes”) 2005, „Julek i Julka 5” („Jip en Janneke”) 2006, „Pluk z wieżyczki” („Pluk van de Petteflet”) 2008
Marjolijn HofMała szansa” („Een kleine kans”) 2010

poniedziałek, 11 października 2010

Udka z kurczaka w cydrze z karmelizowanymi jabłkami (Fricassée de volaille au cidre et pommes caramélisées)



Pamiętacie z czasów szkolnej stołówki potrawkę z kurczaka? Zdarzało się, że była dobra... bardzo rzadko się tak zdarzało. Najczęściej podawano nam mamałygę o bliżej nieokreślonym smaku i odpychającej konsystencji. Choć, trzeba przyznać i tak było to lepsze niż kiedy, gdy podawano kurczaka, Tobie trafiła się akurat szyjka... Dlaczego o tym piszę? W aktualnym numerze "Saveurs" znalazłam przepis na potrawkę właśnie... (gdyby dokładnie trzymać się tłumaczenia) a tymczasem to podzielone na mniejsze części udka kurczaka. Wolałam nie nazywać tego dania potrawką, bo zasługuje z całą pewnością na spróbowanie, a tlumaczenie mogłoby być mylące. Wczesną jesienią w liceum jeździłyśmy całą klasą zbierać jabłka. W sadzie pachniało jabłkową beztroską, ten zapach zachował się w mojej pamięci do dziś. Unosił się ostatnio nad naszym stołem w ogrodzie, kiedy zasiedliśmy do fricasées właśnie. Spróbujcie koniecznie tego dania. Proste a wykwintne w smaku, zwyczajne a niezwyczajne... 


Udka z kurczaka w cydrze z karmelizowanymi jabłkami
(Fricassée de volaille au cidre et pommes caramélisées)

Składniki (na 4 osoby):
4 udka z kurczaka
120 g pieczarek
2 jabłka (Golden lub Pink Lady)
200 ml bulionu wołowego
3 łyżki gęstej śmietanki do sosów
300 ml cydru
20 g masła
50 g cukru
sól i pierz

Przygotowanie:
1. Dzielimy udka na mniejsze części.
2. W garnku o grubym dnie rozpuszczamy masło, przyrumieniamy kurczaka. Przyprawiamy solą i pieprzem.
3. Pieczarki oczyszczone kroimy na mniejsze kawałki jeśli grzyby są duże.
4. Kiedy kawałki kurczaka z obu stron są ładnie przyrumienione odlewamy tłuszcz i wlewamy cydr. Doprowadzamy do wrzenia i rozprowadzamy bulion. Dodajemy pieczarki.
5. Przykrywamy i pozostawiamy na średnim ogniu przez 40 minut.
6. Wyjmujemy kurczaka i pozwalamy by sos zredukował się o połowę. Dodajemy śmietankę i mieszamy dokładnie. Doprowadzamy do wrzenia energicznie mieszając.
7. Kawałki kurczaka wkładamy z powrotem do garnka z sosem.
8. Obieramy jabłka, kroimy je na ćwiartki.
9. Rozpuszczamy cukier na patelni, karmelizujemy, wrzucamy kawałki jabłek, gdyby karmel był za gęsty, dolewamy odrobinę calvadosu.
10. Podajemy kurczaka z karmelizowanymi jabłkami.


Smacznego!

piątek, 8 października 2010

Tiramisu z łososia. Kolejna kartka z kalendarza.



- Przecież dzisiaj jest sobota, a jutro będzie piątek … - powiedział mi dziś rano ktoś bardzo zaspany. Bez sił by wstać do pracy. Zapragnęło nam się soboty najpierw, bo moglibyśmy spać bezkarnie, a piątku za chwilę, bo go uwielbiamy. W piątek wszystko jest jeszcze możliwe. Weekend? Tabula rasa.

Kartki kolejnych dni wiszą na wieszaku kalendarza, poukładane w idealnym porządku. Nie da się ich przewiesić, powrócić do wtorku i zmierzyć na nowo z dniem minionym. Pomyślałam o kalendarzach w naszym rodzinnym domu. Przez wiele lat na ścianie między kuchnią a jadalnią wisiał ten z wyrywanymi kartkami. Na odwrocie często znajdowałam przepisy, które odkładałam do wypróbowania. Moje pierwsze wprawki kulinarne... Dziś takich kalendarzy jest coraz mniej. Ważne jest planowanie, rozpisanie zajęć, spotkań, wizyt u dentysty, które przed nami, by o niczym nie zapomnieć. Nawet gdyby się chciało, zapomnieć się na chwilę.
Ale dziś piątek. Krótki dzień w szkole naszych dzieci. Brak słońca nieważny w obliczu ciepła i braku deszczu. I choć smutno, że kolejne dni tygodnia fruwają nad przed oczami jak jesienne liście z drzew pospieszane wiatrem, to dobrze, że w dłonie wpadł nam akurat piątek i możemy zatrzymać go na moment przy sobie.
- Mamo popatrz jaki piękny liść znalazłem. To dla Ciebie.

Życzę Wam udanego weekendu.

Poniżej znajdziecie przepis na jedną z moich ulubionych przystawek. Na gościach też robi wrażenie, a taka prosta jest, szybka i można jż przygotować wcześniej. Muszę przyznać, że przygotowuję ją po prostu dla siebie, na drugie śniadanie, nie czekam okazji, bo bardzo ją lubię. Polecam i Wam.



Tiramisu z łososia

Składniki :
60 g krakersów
150 g mascarpone
300 g wędzonego łososia
1 jajko (osobno białko i żółtko)
1 cytryna
3 łyżeczki posiekanego szczypiorku
½ posiekanej szalotki
kilka kropel czerwonego Tabasco
sól, pieprz

Przygotowanie:
1. Lekko kruszymy krakersy. Układamy je na dnie przezroczystych szklaneczek .
2. Miksujemy na gładką masę 200 g łososia z sokiem z cytryny i szalotką.
3. Dodajemy mascarpone i żółtko. Doprawiamy. Miksujemy jeszcze raz.
4. Ubijamy na sztywno białko, dodajemy je i łączymy delikatnie z masą z mascarpone, dorzucamy szczypiorek. Próbujemy i doprawiamy jeśli bedzie trzeba.
5. Wypełniamy masą szprycę i nakładamy ją na wierzch krakersów rozłożonych w szklaneczkach.
6. Wycinamy kółko o średnicy szklanek napełnionych masą i układamy je na wierzchu.
7. Schładzamy w lodówce przez minimum 1 godzinę.

Przepis pochodzi z tej strony: http://www.i-love-tiramisu.fr/recette.php?id=272

Smacznego!

środa, 6 października 2010

Kto zjadł mój kawałek ciasta? Doskonały jabłecznik tradycyjny.



Czasami w pętli czasu udaje nam się napotkać małe supełki, elementy nieprzewidziane, drobne zaskoczenia. Te przyjemne i dobre przyjmujemy z radością, nie zadając zbytnio pytań, cieszymy się z zawirowań czasu i okoliczności. Na takim supełku potknie się i rutyna, nasza uparta towarzyszka. I dobrze. Zostawimy ją w tyle, biegnąc na spotkanie nowego.

Udało nam się też ostatnio wysupłać kilka pięknych chwil, sprzyjały im aura i chęć pobycia razem, wśród przyjaciół. Zrobiliśmy sobie piknik, na wyspie Robinsona. W jesienne, chłodne popołudnie rozpromienione uśmiechami słońca bawiącego się w berka z chmurami.
- Kto zjadł mój kawałek? – zapytała z niepokojem Małgosia konstatując widoczną stratę.
- To na pewno Robinson...
A może króliki biegające wszędzie? Lub dzieci, biegające za nimi? A może to byłam ja? Łasuch zdolny jest wszak do wszystkiego.
Szarlotka smakowała także przechodzącej obok nas ciemnoskórej damie i towarzyszącemu jej Panu w kapeluszu. I sąsiadce, która skakała z radości, gdy dowiedziała się, że to jest ta nasza polska charlotte, którą ona tak uwielbia. I pozostałym sąsiadom też.
Najlepszy z dwóch jabłeczników jakie jadłam. Najbardziej klasyczny, najbardziej polski, najbardziej jabłecznikowy, wilgotny, aromatyczny, puszysty...

Przepis znalazłam u Eweliny. Pamiętacie Ewelinę? Pisałam o niej tutaj. Zdecydowała się już jakiś czas temu założyć swój własny blog, ktory Wam polecam. Zapraszam więc także do Kuchni pełnej smaków. Prawda, że tam pięknie?


Jabłecznik tradycyjny

Składniki:
0,5 kg mąki
150 g masła
170 g cukru
1 jajko
1 żółtko
120g kwaśnej śmietany
2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
1 - 1,5 kg jabłek(im więcej tym lepiej:))
cynamon
70 g cukru
1 jajko, albo trochę mleka do posmarowania wierzchu ciasta

Przygotowanie:
1. Mąkę posiekaną z masłem mieszamy z cukrem i proszkiem do pieczenia, dodajemy śmietanę, żółtko i jajko. Zagniatamy ciasto. Dzielimy je na 4 części, formujemy 4 kule, zawijamy je w folie i wstawiamy na pół godz. do lodówki.
2. “Umyte i obrane jabłka krajemy w cienkie plasterki, mieszamy z cukrem i cynamonem.Jabłka można zetrzeć na tarce do warzyw”.
3. Każdą część ciasta wałkujemy, nadając jej kształt blachy. Rozwałkowany placek układamy na blasze posmarowanej tłuszczem”. Na ciasto dajemy 1/3 przygotowanych jabłek, nakrywamy drugim plackiem i zlepiamy brzegi.” Tak samo postępujemy z następnymi dwoma plackami, przekładając je pozostałymi jabłkami. Ciasto smarujemy po wierzchu jajem lub mlekiem, nakłuwamy dość gęsto widelcem, posypujemy cukrem, wstawiamy do gorącego piekarnika. Po upieczeniu posypujemy cukrem pudrem krajemy w niewielkie kwadraty”.
4. Moja blaszka miała 24x28 cm. Piekarnik nagrzałam do 200°, po 20 minutach zmniejszyłam do 180°, a po 30 min przykryłam folia aluminiową. Piekłam 50 min.

* w cudzysłowiu znalazł się tekst oryginalny i w oryginale cały przepis był podwójny tzn. z kilograma mąki - jeśli chcesz zrobić większe ciasto niż moje (patrz wymiary) użyj klasycznej formy do ciast - większej prostokątnej




 






Smacznego!

sobota, 2 października 2010

Temat do dyskusji: Zmiany w zdjęciach? Soupe au pistou.


Miało być tak (gotowałam akurat soupe au pistou.Wpatrzona w ścianę deszczu rozmarzyłam się i zanotowałam):

Słotną dziś piosenkę nuci niebo
A mnie się marzą poziomki
I uśmiech słońca na twarzy
Smukłe ramiona traw smagane wiatrem
I nieotrzepane z gorącego piasku stopy na ławce gdzieś przy wydmach
Jesienna reprymenda powraca
Przechodząc w murmurando melankolii...

Ale chwilę potem pojawiło się znowu to dręczące pytanie o prawdę obrazu. Dlatego postanowiłam zapytać Was, czytelników bloga, innych blogerów, pasjonatów fotografii, wszystkich, którzy pomogą rozwiaząć ten dylemat.
Co myślicie o zmienianiu zdjęć? Czy wolicie oglądać je takimi, jakimi zostały zrobione? Czasami ciut za ciemne lub o kontraście do poprawy? Zostawiać je tak, publikować w niezmienionej formie? Czy może podkręcać trochę? Średnio? Zdecydowanie? Aż do osiągnięcia zadowalającego efektu? Oszukiwać? Udawać? Czy osiągać zamierzony cel, chcąc zachęcić czytelników do spróbowania konkretnego dania?
Nie znam się zupełnie na fotografii. Uczę się na własnych błędach, obca mi teoria choć prawdziwy kurs to jedno z marzeń do zrealizowania od zaraz. Ale staram się być uczciwa. Nie zależy mi też na tym, abyście już po przygotowaniu potrawy, czy ciasta z mojego bloga pomyśleli, że wygląda inaczej niż na zdjęciu i odeszli rozczarowani. (O smaku nie piszę, bo staram się zawsze zamieszczać tylko te najbardziej sprawdzone i niezawodne przepisy).
Co Wy na to? Zmieniacie swoje zdjęcia na blogu? Co o tym wszystkim myślicie?

Poniżej wspomniana soupe au pistou. Zdjęcia pozostawiam niezmienione. Zresztą to, co najcenniejsze w tym daniu, jego aromat i intensywny smak, jest nie do przekazania za pomocą zdjęcia, tak samo jak, na przykład, czosnkowy zapach moich dłoni po przygotowaniu pistou.

Polecam spróbować. Przepis pochodzi z książki Georgeann Brennan „Świnia w Prowansji”.


Soupe au pistou czyli warzywna zupa z sosem z bazylii i czosnku

Składniki: (dla 6 osób)

trzy garście zielonej fasolki szparagowej
trzy garście świeżej fasoli różowej lub białej
marchewka
3 małe ziemniaki
2 średnie cukinie
mała cebula
gruboziarnista sól morska, świeży tymianek, liść laurowy, świeżo zmielony czarny pieprz
garść połamanego makaronu spaghetti

Na pistou:
świeża bazylia 3 duże garście
3 ząbki czosnku
oliwa z oliwek

Przygotowanie:
1. Do dużego garnka wlewamy 2 litry wody. Dodajemy łyżeczkę gruboziarnistej soli morskiej, fasolke szparagową, pokrojone w kostkę marchew, ziemniaki, cukinię, cebulę.
2. Na końcu dodajemy fasolę różową lub białą, kilka szczypt tymianku i liść laurowy. Doprowadzamy do wrzenia, zmniejszamy temperaturę i trzymamy na wolnym ogniu, aż wszystkie warzywa zmiękną, a objętość cieczy zmniejszy się o jedną trzecią. Potrzeba na to około 40 minut.
3. Doprawiamy, pamiętając o pistou, które zaostrzy smaku. Dorzucamy garść makaronu i gotujemy 10 minut aż makaron zmięknie.
4. Kiedy zupa się gotuje przygotowujemy pistou. Do moździerza wrzucamy grubo posiekane ząbki czosnku i szczyptę grubej soli morskiej. Rozgniatamy je, aż zamienią się w gęstą papkę. Dodajemy partiami bazylię wciąż ucierając. Wlewamy powoli około 1/3 szklanki oliwy i ugniatamy, aż uzyskamy gęsty sos potrwa to około 10-15 minut.
5. Zupę przelewamy do wazy i dodajemy pistou.



Smacznego!