poniedziałek, 29 listopada 2010

Piernikowe serca ze śliwkową nutą i blaszany parowiec



Gdy z fortepianem się w domu zamykam
To śpiewam głośno na chwałę czajnika
Układam sonet z herbacianych listków
Na dobrotliwy czajnik z gwizdkiem

Wypływa na senne morze
Cudowny, blaszany parowiec
W obłoku pary odmienia
Serca zmartwione jesienią

Tak pięknie pachną w blaszance
Indie i chińskie latawce
Tak pięknie pachną...*

Na chwile takie jak ta idealny będzie kubek gorącej herbaty z wrzącym aromatem miodu i cytryny... i ciasteczko, małe takie i delikatne w smaku, miękkie w środku, z lekko chrupiącą powłoką.

Miały powstać pierniczki nietypowe, gotowe do wypieku od razu po przygotowaniu ciasta, aromatyczne, lekkie i miękkie. I takie właśnie się udały. Znikają nie wiedzieć kiedy. Jeżeli chcecie by były bardziej piernikowe w smaku możecie dodać więcej przyprawy.

Ciasto można też przygotować wcześniej na kilka dni, jeśli tak wolimy, przed rozwałkowaniem wyciągnijmy je z lodówki 2 godziny wcześniej. Gotowe pierniczkowe serca możemy przechowywać w puszce. Z każdym dniem będą bardziej kruche i chrupiące, zaraz po upieczeniu są mięciutkie. Polecam gorąco.



Piernikowe serca ze śliwkową nutą

Składniki:
250 g mąki orkiszowej
100 g mąki ziemniaczanej
200 g mąki tortowej
100 g mąki pszennej chlebowej (typ 750)
25 g przyprawy do piernika
10 g sody oczyszczonej
7 g amoniaku
1 jajko
¾ szkl. cukru
200 ml miodu
½ szkl. mleka
100 g smalcu
75 g masła
100 ml aceto balsamico
100 g suszonych śliwek

Przygotowanie:
1. W garnuszku z grubym dnem doprowadzamy do wrzenia aceto balsamico i zmniejszamy ogień. Redukujemy do konsystencji balsamu, dodajemy pokrojone drobno śliwki i gotujemy na wolnym ogniu jeszcze przez krótką chwilę. Odstawiamy.**
2. W drugim garnku rozpuszczamy razem masło, smalec, cukier, mleko i miód. Pozostawiamy do lekkiego przestygnięcia.
3. Do dużej miski wsypujemy mąkę, przyprawę do piernika, amoniak i sodę. Wbijamy jajko.
4. Jeszcze ciepły miód wlewamy do miski z mąką, mieszając drewnianą łyżką. Na koniec dodajemy śliwki. Mieszamy dokładnie aż do powstania jednolitego ciasta. Odstawiamy w chłodne miejsce na ½ godziny.
5. Na wysypaną mąką stolnicę wykładamy partiami ciasto. Ciasto jest bardzo delikatne i miękkie nie podsypujmy go zbytnio mąką, tylko tyle ile naprawdę trzeba. Rozwałkowujemy je do grubości nie mniejszej niż 5 mm – jeśli rozwałkujemy cieniej pierniczki będą bardziej chrupiące. Najlepszy efekt osiągniemy, gdy będziemy wycinać serca z ciasta o grubości 7 mm.***
6. Nagrzewamy piekarnik do temperatury 175°
7. Układamy na blasze wyłożonej pergaminem w min. 3 cm odstępach od siebie – serca mocno urosną. Pieczemy 10 minut.****

*fragment piosenki Zespołu Adwokackiego Dyskrecja, zatytułowanej Blaszany Parowiec

**możemy zastąpić je po prostu gęstą konfiturą śliwkową lub pominąć jeśli taki smak nam nie pasuje, choć daje ciekawy efekt

**inne kształty też wyjdą, jak widać na zdjęcium tyle że pierniczki się rozrastają i mogą podczas pieczenia zatracać idealne kształty, stąd najlepsze do tego są foremki w kształcie serc, kółek i kwiatków

***kiedy przestygną możemy je dekorować na przykład czekoladą z domieszką rumu lub lukrem, my dorośli lubimy takie bez niczego



Smacznego!

sobota, 27 listopada 2010

Orzechowy warkocz pieczony w pudełku na pierniki




- Może zamkną szkołę?
- Zobaczcie, zupełnie jak w Narnii...
Spadł pierwszy śnieg. A z nim wiele emocji i radości. Wyłączyliśmy światła w domu i patrzyliśmy jak śmieg tańczy w naszym ogrodzie. I potem jeszcze - jak płatki z gracją opadają na chodnik, w świetle reflektorów latarni. Nadchodzi piękny magiczny czas. Cieszę się na tę myśl, patrzę na uśmiechnięte twarze dzieci z nosami przyklejonymi do szyb i blaskiem gwiazd w oczach.

I znów robi się sentymentalnie. Chałkę przynosiła nam na śniadanie babcia i podawała ją z konfiturami, które gotowałyśmy latem. Zwróciłam uwagę na pomysł na przełożenie chałki orzechami (S.O.S. w kuchni Michaeli Schremmer). Pomyślałam - mogę spróbować, rozpisałam sobie składniki i wstawiłam ciasto do lodówki, takie dłuższe leżakowanie w lodówce bardzo służy drożdżowym wypiekom. Rano postanowiłam upiec je w pudełku na pierniczki. Gdybym miała większe byłoby lepiej. Ale i tak wyszło przepyszne, mocno orzechowe, pyszyste, miękkie. Może być aniołkowym prezentem, którym obdarujemy kogoś wyjątkowego lub częścią świątecznego śniadania. Polecam gorąco.



Orzechowy warkocz pieczony w pudełku na pierniki

Składniki:
10 g suchych drożdży
200 ml letniego mleka
70 g cukru pudru + 1 łyżka
470 g mąki tortowej + 2 łyżki
½ łyżeczki soli
2 jajka
50 g masła
50 g smalcu

Na orzechowe nadzienie:
200 g orzechów
1 żółtko
2 łyżki płynnego miodu

Przygotowanie:
1. Podgrzewamy mleko. Rozpuszczamy w nim drożdże z 1 łyżką cukru i 2 łyżkami mąki.
2. Przesiewamy z wysoka mąkę do dużej miski. Wsypujemy cukier i sól i mieszamy. Robimy wgłębienie, do którego wlewamy mleko z drożdżami i lekko roztrzepane jajka.
3. Mieszamy rozczyn dużą łyżką zagarniając małymi partiami mąkę. Kiedy wszystko się połączy dodajemy miękkie masło i smalec.
4. Przekładamy wstępnie wyrobione na stolnicę lekko wysypaną mąką i wyrabiamy ręcznie aż do uzyskania gładkiego ciasta.
5. Formujemy kulę, którą przekładamy do wysmarowanej olejem miski, którą przykrywamy ściereczką. Wstawiamy na noc do lodówki.
6. Rano wyjmujemy ciasto z lodówki, pozwalamy mu „ochłonąć” w temperaturze pokojowej około pół godziny. Wykładamy ciasto na stolnicę i krótko wyrabiamy.
7. Rozwałkowujemy ciasto na placek o rozmiarach 40x30 cm.
8. Wykładamy na całość orzechowe nadzienie. (Patrz zdjęcia)
9. Zwijamy ściśle w rulon. Lekko go rozwałkowujemy.
10. Rulon rozkrajamy wzdłuż na połowę, pozostawiając go połączonym pod sam koniec.
11. Zaplatamy, łączymy w wieniec i wkładamy do pudełka wysmarowanego masłem (o minimum 20 cm średnicy, najlepiej 25 cm).
12. Odstawiamy w ciepłe miejsce do wyrośnięcia. Potrwa to nie dłużej niż 1 godzinę.
13. Nagrzewamy piekarnik do temperatury 180°, smarujemy mlekiem ciasto i wstawiamy je do piekarnika, pieczemy 30 minut. Jeżeli podczas pieczenia za bardzo się przyrumienia przykrywamy go folią.
14. Kiedy lekko przestygnie wyciągamy z pudełka. Podajemy.


Uwagi:

1. Ciasto może być przygotowane tego samego dnia, nie musi leżakować w lodówce przez noc, choć to mu dobrze robi. Jeżeli nie chcecie czekać możecie pozostawić ciasto w cieple do wyrośnięcia po wyrobieniu, nastepnie rozwałkować, przełożyć nadzieniem, uformować i pozostawić do ponownego wyrośnięcia w puszce.
2. Warunkiem, aby ciasto drożdżowe się udało jest pokojowa temperatura wszystkich składników. Pamiętajmy o tym, by wyciągnąć je wszystkie na minimum 1 godzinę przed rozpoczęciem prac nad ciastem.
3. Jeżeli nie lubimy używać smalcu, możemy użyć w całości masła. Smalec zapewnia po prostu pulchność wypieku.
4. Polecam użyć do wypieku puszki o średnicy 25 cm lub ciut większej, jeśli nie macie takiej dużej zróbcie chałkę z połowy podanych składników.


Smacznego!

środa, 24 listopada 2010

Waniliowy księżyc chętnie spotka pierwszą gwiazdkę. Rozwiązanie konkursu z czekoladą w tle.



Chciałabym Wam podziękować serdecznie za udział w konkursie. By stworzyć naturalnej wielkości postać Fryderyka Chopina potrzeba było 130 kg czekolady. Taką właśnie odpowiedź jako pierwsza podała Muffingirl, której gratuluję i proszę o kontakt, jak najszybszy. O kontakt proszę także Eve i Ingrid Tourdanov, które również podały prawidłową odpowiedź.

Sezon świątecznych przygotowań rozpoczyna się na dobre. Poprosiłam moją niemiecką koleżankę Sandrę o przepis na tradycyjne domowe ciasteczka adwentowe. Oto pierwszy z nich – Vanille-Kipfel czyli waniliowe rożki. Sandra zasugerowała, by wycinać z ciasta księżyce, tak też zrobiłam. Ciasteczka są pyszne, bardzo kruche, delikatne w smaku i niezbyt słodkie. Bardzo nam smakowały. Nie mogą się nie udać, są proste i dość szybkie w przygotowaniu. Polecam.

Vanille-Kipfel lub waniliowe księżyce

Składniki:
100 g cukru pudru
1 laska wanilii
90 g mąki tortowej
50 g mąki ziemniaczanej
100 g masła
60 g zmielonych migdałów

Przygotowanie:
1. Wybieramy waniliowe ziarenka ze środka laski przekrojonej wzdłuż. Mieszamy je z połową cukru druga polowe pozostawiamy do dekoracji.
2. Łączymy wszystkie składniki na stolnicy. Formujemy kulę, owijamy ją folią i wstawiamy do lodówki na kilka godzin.
3. Nagrzewamy piekarnik do temperatury 160°.
4. Rozwałkowujemy ciasto na grubość 5-7 mm i wykrawamy księżyce.
5. Układamy je na blasze wyłożonej pergaminem.
6. Pieczemy około 20 minut. Nie zdejmujemy z blaszki od razu po wyjęciu jej z pieca, są bardzo delikatne, mogą się pokruszyć. Warto odczekać kilka minut...
7. Dekorujemy pozostałym cukrem, kiedy wystygną.




Smacznego!

poniedziałek, 22 listopada 2010

Konkurs z czekoladą w tle. Olimpiada gastronomiczna w Luksemburgu.


Olimpiada gastronomiczna w Luksemburgu to drugie co do wielkości takie wydarzenie na świecie. Jednym z najważniejszych jej wydarzeń jest Villeroy&Boch Culinary World Cup, w którym biorą udział 53 kraje i 2 400 szefów kuchni. To jedna z okazji by poznać tendencje i kierunek rozwoju sztuki gastronomicznej na świecie, uczestniczyć w zmaganiach szefów kuchni różnych narodowości, poznać ich smak i kulinarne tradycje. Podczas olimiady wszyscy jej uczestnicy podpatrują, zaglądają sobie przez ramię, pytają, wymieniają opinie i robią tysiące zdjęć, wszystko to w poszukiwaniu inspiracji, których owoce trafiają potem do kart dań w naszych ulubionych restauracjach. Na każdym kroku odbywają się prezentacje, animacje i degustacje. Te ostatnie zrobiły na nas duże wrażenie, szczególnie zaś degustacje win z regionu Luksemburga, w tym Gewuerztraminer o aksamitnym smaku i Eiswein (wino lodowe, powstałe z gron, które zamarzły na krzewach, o intensywnym smaku i aromacie). Opuszczaliśmy expo z lekkim niedosytem, nie dało się bowiem wszystkiego zobaczyć i spróbować, za to w dobrych humorach.

Polska reprezentowana była przez kilka zespołów m.in. z Bydgoszczy, Warszawy, Wojska polskiego i osoby prywatne. Poniżej zobaczycie zdjęcia, które udało mi się zrobić. Jak sami też zobaczycie dominował ekspresywny minimalizm, zachwycający precyzją i perfekcją ekspozycji. Wiele takich małych kulinarnych dzieł wyglądało jak efekt pracy jubilera, większość pochłanialo się wzrokiem bez opamiętania.


Stanowisko prezentacyjne i konkursowe Cukierni Sowa z Bydgoszczy, z tematem przewodnim - muzyka Chopina. Centralnym elementem ekspozycji była naturalnej wielkości sylwetka kompozytora wykonana z czekolady (jej zdjęcia umieściłam na końcu posta wraz z pytaniem konkursowym).

Prezentacja pralin zatytułowana Koncert na trzy smaki.

Preludium smaku, etiuda owocowa i sonata egzotyczna.



Warszawskie stanowisko juniorów.


Stanowisko z Meksyku.


Praliny na stanowisku prezentacyjnym Białorusi...



I na koniec obiecany Chopin. Dzieło Pawła Małeckiego i cukierników z cukierni Adama Sowy. Naturalnej wielkości figura kompozytora, w całości z czekolady. Zgodnie z wymogami konkursu eksponat miał powstać przy użyciu różnych technik. Głowa została wyrzeźbiona, korpus to efekt modelingu w czekoladzie plastycznej.  Z Chopinem związany jest też nasz konkurs.





Pytanie konkursowe brzmi: Ile czekolady zużyto przy konstrukcji naturalnej wielkości postaci Chopina? Jeżeli nie padnie dokładna liczba, nagrodzona zostanie osoba, która poda liczbę najbliższą prawidłowej odpowiedzi.
Nagrody ufundowała Cukiernia Adama Sowy z Bydgoszczy. Są nimi czekolady mleczna i deserowa oraz praliny zielone jabłuszko z żubrówką, o których przeczytacie tutaj.


Konkurs trwa do jutra czyli do 23 listopada, do północy czasu polskiego. Trzymam za Was kciuki.

czwartek, 18 listopada 2010

Rozmowy przy kawie. Rozmowa z Pawłem Małeckim - Mistrzem Polski Cukierników



Pana Pawła poznałam kilka lat temu, przy okazji realizacji chwilowo wspólnych celów zawodowych. Mieliśmy okazję podziwiać jego pracę na żywo. Już wtedy byłam pod wrażeniem jego pracowitości, fachowości i skromności. Pomyślałam, że warto będzie spotkać się znowu i porozmawiać. Pierwsza część naszej rozmowy dzisiaj, relacja fotograficzna z Olimpiady gastronomicznej w Luksemburgu, o której przeczytacie poniżej i czekoladowy konkurs z nagrodami już wkrótce. Zapraszam do lektury.

- Dla mnie czekolada ma w sobie jakąś bliżej nieokreśloną magię, tajemnicę, którą chce się zgłębiać, a czym jest ona dla Pana?
Czekolada jest dla mnie najcenniejszym surowcem do pracy, jest jej podstawą, poza tym jest też najsmaczniejszym smakołykiem.
- Jest więc tylko narzędziem i przysmakiem? Niczym już nie zaskakuje?
- Czekolada wciąż dostarcza mi wielu nowych wrażeń, to nie jest tak, że podchodzę do niej zupełnie automatycznie. Pokazuje swoje nowe możliwości, dzięki niej ciągle uczę się czegoś nowego. Ostatnio na przykład miałem niesamowitą przyjemność stworzyć całkowicie nową markę czekolady. Sami dobieraliśmy miazgę kakaową, wybieraliśmy kraje, z których pochodzi ziarno, sami od początku skomponowaliśmy jej smak. Jest to całkiem nowe, świeże doświadczenie, jesteśmy tą czekoladą zachwyceni. Świetnie się temperuje, tworzy ganaże, jest zupełnie inna. Czekolada to więc narzędzie ale i pasja, którą żyję.
- Jak długo powstaje taka nowa marka czekolady?
- Jedyne miejsce, w którym można stworzyć czekoladę od podstaw, dobrać mieszankę ziaren, znajduje się pod Paryżem. To jest Instytut Czekolady w Meulan. Aby stworzyć dwa rodzaje czekolady byliśmy tam kilka razy, ja chyba pięciokrotnie.
- Jak nazywa się ta czekolada?
- To jest czekolada z Cukierni Sowa, nie posiada konkretnej nazwy. Ale są to czekolady stworzone na bazie ziaren pochodzących z Wybrzeża Kości Słoniowej i z Ghany, bardzo intensywne w smaku.
- Czy łatwo jest być w Polsce czekoladnikiem? W kraju, w którym wciąż pamiętamy wyroby czekoladopodobne sprzedawane na kartki, w którym brakuje jednak cukierniczych tradycji związanych z czekoladą, jakimi szczyci się np. Francja?
- Kiedyś było zdecydowanie trudniej, rzeczywiście. Wyroby czekoladopodobne nijak się miały do prawdziwej czekolady, oszukiwali nas i nic innego nie było. A teraz jest zdecydowanie łatwiej. Mamy w Polsce dostęp do bardzo dobrych produktów. Świat stał się mniejszy, możemy polecieć do Paryża na weekend, podpatrzyć, zobaczyć coś nowego. Coraz więcej jest ludzi, którzy chcą się czekoladą w Polsce zajmować. Rynki światowe interesują się Polską. Staliśmy się jednym z krajów, w którym wzrasta bardzo systematycznie i dynamicznie spożycie czekolady na jedną osobę.
- A jakie jest ono konkretnie?
- Przeciętny Polak zjada rocznie około 4 kg czekolady. Przeciętny Francuz 7 kg, Belg około 10 kg. Przed nami długa droga jeszcze. Tym bardziej jeśli zestawimy go na przykład z Litwą, gdzie wskaźnik ten wynosi około 8 kilogramów na osobę.
- Od czego zaczęła się Pańska przygoda z czekoladą?
- Śmieję się czasami, że jestem trochę takim cukiernikiem z przypadku. Skończyłem szkołę gastronomiczną i chciałem zostać kucharzem. A los tak chciał, że trafiłem do cukierni w hotelu Amber Baltic, gdzie zetknąłem się po raz pierwszy z cukiernictwem i czekoladą i spodobało mi się to bardzo. Od tamtego czasu minęło już 13 lat a ja cały czas walczę z tą czekoladą i niezmiennie mi się to podoba.
- Pierwsza ważna konfrontacja to był wyjazd do Las Vegas?
- Przed Las Vegas były jeszcze jakieś mniejsze konkursy, udział w których bardzo mnie stresował. Zresztą to akurat pozostało mi do dziś. Pomimo tak wielu konkursów i na szczęście też sukcesów, denerwuję się do dziś. Choć i porażki się zdarzały, bywało i tak, że zajmowałem ostatnie miejsce. Ale tak, Las Vegas to był pierwszy ważny sprazdzian, ale najtrudniejszy i wymagający największej pracy to było Chocolate Master w 2005 roku w Paryżu.
- Jak on się dla Pana zakończył?
- Sukcesu jakiegoś takiego wielkiego nie było. Ale moim największym ososbistym sukcesem był fakt, że moja pralina pośród 20 państw zajęła 4 miejsce na świecie.
- Czy to była pralina z żubrówką, o której tyle słyszałam?
- Tak, zielone jabłuszko z żubrówką. To takie nasze klasyczne polskie połączenie. Pomyślałem, dlaczego by go nie przenieść i to właśnie ten polski akcent w pralinie tak się spodobał. Wprowadziliśmy ją do produkcji zaraz po powrocie z mistrzostw i sprzedajemy ją do dziś.
- Czytałam gdzieś, że jury było zaskoczone tak częstą zawartością alkoholu w naszych pralinach, to prawda?
- Tak naprawdę w każdej naszej pralinie znajdzie Pani alkohol. A to z tej prostej przyczyny, że ja osobiście nie uznaję żadnych konserwantów w produkcji pralin. Dlatego właśnie nasze praliny mają tylko 14 dni przydatności. Co na przykład w Belgii byłoby rzeczą niedopuszczalną, gdzie ich praliny muszą mieć minimum 6 miesięcy trwałości. Bardzo często spotykam się z zaskoczeniem, że w naszych pralinach tak często pojawia się alkohol. I często też pojawiają się pytania, czy to już taka nasza polska tradycja. Tak naprawdę alkoholu tak się we wszystkich pralinach nie wyczuwa.
- Ile trwają przygotowania do mistrzostw?
- Około roku wcześniej mamy ogłoszony temat, hasło przewodnie. I już wtedy te przygotowania się rozpoczynają.
- Jak one wyglądają?
- Miesiąc, dwa, czytam jak najwięcej na dany temat, poszukuję gruntu. Później powstaje zarys. Dalej pomagają nam już projektanci. Plastycy czy nawet projektanci wnętrz, z którymi na przykład współpracuję w tej chwili. Bardzo fajni młodzi ludzie z ciekawymi pomysłami. Trzeba nam było zaprojektować stół, który będzie częścią ekspozycji. Mamy 9 m2, 3x3, musimy wypełnić go dekoracją, nawiązać do tematu.
- A jaki jest temat?
- Wybraliśmy sobie temat 200 urodziny Fryderyka Chopina, na czasie teraz i dlatego chcemy pokazać go większej publiczności. Będzie to oryginalnej wielkości rzeźba z czekolady Fryderyka Chopina grającego na fortepianie. Pokażemy go w listopadzie na Olimpiadzie Gastronomicznej w Luksemburgu.
- Czy ma Pan mistrzów, których pracę Pan podziwia?
- Na pewno jest nim Jean-Pierre Wybauw, Belg z bodajże szwajcarskimi korzeniami, niesamowity człowiek. Uczy już niestety coraz mniej, ale wciąż jest aktywny. Byłem kilakrotnie jego uczniem. Teraz jesteśmy razem w Klubie Ambasadorów. Zafascynowany jestem także twórczością Igora Mitoraja, zdarza mi się go naśladować przy tworzeniu dekoracji.
- Mówi się, że z czekoladą jest trochę tak jak z winem. Także w jej przypadku ma znaczenie, w jakich warunkach czy w jakim miejscu rosły drzewa kakaowca.
- Dokładnie tak. Każde miejsce na ziemi gdzie rosną kakaowce, czy to jest Tanzania, Wybrzeże Kości Słoniowej, Ghana czy Papua i Nowa Gwinea, każde czymś się charakteryzuje. I to właśnie te miejsca nadają smaku ziarnom. Jedne są bardziej kwiatowe inne kwaśne. Niektóre są bardziej goryczkowate, tak jak te z Meksyku. Ta goryczka jest czasami bardzo pożądana, aby czekolada miała charakterek. Oprócz tego są jeszcze różne gatunki ziarna trinitario, forastero. Osobiście jestem sympatykiem czekolady deserowej, mocniejszej, powyżej 70 procent zawartości kakao.
- Z czym najchętniej łączy Pan czekoladę a czego nigdy by Pan do niej nie dodał?
- Nie podobają mi się takie połączenia typu śledzie, ryby z czekoladą. Zdarzają się i takie i czegoś takiego chyba bym nie zrobił. Ale na przykład, przygotowywałem kaczkę w pomarańczach z sosem czekoladowym i mogę ją polecić, jest bardzo fajna. Steki wołowe z sosem z czekolady i z zielonym pieprzem, bardzo fajne, polecam. Ja najbardziej lubię klasyczne połączenia, czyli owoc- czekolada-wanilia. Moim zdaniem te klasyczne są najlepsze i spotykają się z najlepszym przyjęciem. Są osoby sięgające po czekoladę z chili, z pieprzem ale to jest już produkt niszowy.
- Ma Pan na swoim koncie liczne rekordy: rekord Polski w ilości róż z czekolady na jednym eksponacie - 2700 sztuk; rekord Polski - największy eksponat z czekolady (410 cm wysokości i 320kg); rekord Guinessa - największy tort w stylu weselnym, że wymienię tylko niektóre. Co uważa Pan za swoje największe osiągnięcie do tej pory?
- Najbardziej spektakularny był rekord Guinessa, bo najbardziej znany. Aczkolwiek to jest sukces całej szesnastki, bo tylu nas przy nim pracowało. A taki mój najbardziej osobisty, choć nie do końca, bo pracowałem razem z kolegą Mariuszem Burittą, to eksponat z różami. Z niego cieszę się najbardziej. Cieszę się, że jeszcze nikt nie wpadł na pomysł w tej naszej polskiej księdze rekordów i osobliwości, żeby go pobić. Kosztowało nas to sporo czasu, eksponat z czekolady i jeszcze te róże, w tak krótkim czasie... już bym się nie podjął czegoś takiego. Także cieszę się, że nikt jeszcze go nie pobił, bo gdyby tak się stało, to ja znowu musiałbym podjąć wyzwanie, tak kazałaby mi moja ambicja.
- W 2004 roku zaczął Pan również przyrządzać lody, niespełna 2 lata później brał Pan udział w Lodowym Pucharze Świata we włoskim Rimini? Podobno wypadliście świetnie? Czym zachwyciliście Włochów?
- W 2004 roku zostałem kierownikiem działu, do którego wstawiono niejako lody. Ja się nimi jeszcze wtedy nie zajmowałem. Poznawałem tylko teorię. Dopiero zbieg różnych zdarzeń i nieprzewidzianych okoliczności spowodował, że zająłem się nimi i było to 2 tygodnie przed Pucharem. Dokładnie tyle czasu miałem, żeby się tego wszystkiego, co związane z lodami nauczyć. No i wyszło. Z czego się bardzo cieszyliśmy. Co prawda zajęliśmy 4 miejsce na świecie i to miejsce przyznało nam jury profesjonalne. Startowało 11 zespołów z całego świata, o ile dobrze pamiętam. Ale już jury nieprofesjonalne przyznało nam pierwsze miejsce na świecie. I to było szczególne wyróżnienie, z którego się szalenie cieszyliśmy, bo tak naprawdę żaden z nas nie był wóczas profesjonalnym lodziarzem. Chyba trzeba też mieć trochę szczęścia w tym wszystkim.
- Co takiego przygotowaliście?
Desery lodowe, tort lodowy, eksponat z karmelu i rzeźbę z lodów śmietankowych. Największe noty uzyskał tort, zresztą właśnie jury profesjonalne oceniło go jako najlepszy spośród wszystkich przygotowanych. To był torcik o smaku pistacja, wanilia, czekolada i w środku były marakuja i mango.
- Czy przygoda z lodami jeszcze trwa, czy to był tylko epizod wynikający ze specyficznych okoliczności?
- Cały czas jestem osobą odpowiedzialną za dział lodów, cały czas wymyślamy jakieś nowe smaki, cały czas tworzymy nowe desery, zmieniając kartę co roku na nową. Nie startujemy już w mistrzostwach, bo brakuje nam już czasu.
- Jaki smak lodów lubi Pan najbardziej?
- Cytrynowy.
- Najbliższe wyzwania to Luksemburg, a potem?
- Olimpiada gastronomiczna w Luksemburgu, rozpoczyna się 19 listopada, wyruszamy jutro. W najbliższym czasie organizujemy też Święto Czekolady w Bydgoszczy, pierwsze zresztą i mam nadzieję, że wszystko się uda. Bo moim największym marzeniem jest uczynić z Bydgoszczy czekoladowe zagłębie. Tak jak Bruksela kojarzy się z pralinowymi butikami tak ja chciałbym uczynić z Bydgoszczy taką choćby małą Brukselę. Zaprosiliśmy do udziału w naszym święcie wszystkie najważniejsze osoby w Polsce związane z czekoladą, będzie to zamknięta impreza, pośród nich moi przyjaciele i znajomi. Zorganizujemy konkurs, malowanie obrazów, galerię rzeźb czekoladowych, zaprezentujemy różne ziarna kakaowca, które sprowadziliśmy specjalnie z Afryki, by tę różnicę między nimi można było poczuć tak namacalnie. Będziemy szukać formuły na to, by święto otworzyć dla większej publiczności. Mam nadzieję, że uda mi się ta inicjatywa, mamy świetnego partnera belgijską firmę Callebaut. Trzymajmy kciuki.
- Pracujecie wspólnie w zespole, kiedy mówi Pan my, kto się za tym słowem kryje? Mógłby Pan wymienić swoich współpracowników?
- Jest ich wielu, najbliżsi to Mariusz Buritta, Marcin Ignaszak zresztą mistrzowie Polski, z sukcesami na swoim koncie, jest Bartek Sietniewski, niesamowicie zdolny plastycznie chłopak... wszyscy to świetni fachowcy. Mógłbym tak wymieniać i wymieniać, mam świetny zespół i dużą przyjemność z pracy z nimi. Łącznie to około 30 osób z różnymi zdolnościami i osiągnięciami. Ja bez nich nic bym nie znaczył i pewnie na odwrót.
- Co robi cukiernik, który wraca do domu po pracy?
- Z całą pewnością nie piękę, nie robię też nic związanego z ciastami. Choć kiedy przyjeżdżam do domu rodzinnego wszyscy wokół proszą mnie, Paweł upiecz coś pysznego. Ja wtedy wiem, że muszę przywieźć ze sobą tyle ciasta, żeby wystarczyło na cały czas mojego pobytu. Bo mi się zwyczajnie nie chce. A jak tego ciasta zabraknie, to wsiadam w samochód i jadę 100 km do najbliższej naszej cukierni, kupuję ciasto i przywożę, żeby wystarczyło. Kiedy już wracam do domu, chcę po prostu poleniuchować, bo na to także brakuje mi czasu. W domu też nadrabiam wszelkie zaległości. Zawodowo jestem związany nie tylko z Cukiernią Sowa. Jako Ambasador Czekolady prowadzę raz w miesiącu wykłady w Akademii Czekolady, do których muszę się przygotowywać. Do tego dochodzą inne wykłady, ostatnio na Litwie czy w Turcji, przede mną jest jeszcze Łotwa i Estonia, zajęć i planów
- Akademia Czekolady?
- Tak, to jest bardzo ciekawa idea, która ma na celu wspieranie czekoladnictwa w Polsce. Tak naprawdę prowadzimy tam zajęcia czysto praktyczne, uczestnicy kursu pracują razem z nami, temperują czekoladę, robią praliny, torty, wszystko na bazie czekolady, aktywnie uczestniczą w zajęciach. Każdy ma swoje miejsce do pracy, wyposażone w odpowiedni sprzęt i wszyscy robimy to samo.
- Każdy może uczestniczyć w tych zajęciach? Czy to są amatorzy czy osoby z doświadczeniem w dziedzinie?
- Najczęściej tak, są to osoby, które chcą poszerzyć swoje umiejętności, podnieść kwalifikacje, zobaczyć co jest modne. Zdarzają się też amatorzy, którzy dowiedzieli się o Akademii i postanowili na przykład otworzyć kawiarenkę lub sklep z czekoladą. Totalni amatorzy, którzy szukają sposobu na życie i muszę Pani powiedzieć, że są to osoby w wielu przypadkach niesamowite, które dziś już rozkręciły bardzo poważnie swoje przedsięwzięcia i często tak właśnie powstają przyjaźnie w branży. Właśnie na wykładach poznałem pewną panią z Kielc, która zaczynała zupełnie od zera, postanowiła założyć cukiernię i jej się udało, robi dziś bardzo ciekawe rzeczy.
- Gdy ma Pan ochotę na coś słodkiego… ?
-Czekolada, czekolada. Jeśli nie ma mnie 3 dni w pracy i ręce zaczynają mi się trząść za słodkim to zatrzymuję się gdzieś przy pierwszym sklepie lub na stacji, kupuję 2 tabliczki czekolady. Pierwszą zdążę zjeść zanim dojdę z powrotem do samochodu a tę drugą zjem w drodze, już wolniej i z większym spokojem.


Paweł Małecki - rocznik 76, aktualny Mistrz Polski Cukierników, wykładowca w Akademii Czekolady w Łodzi, Ambasador Czekolady marki Callebaut w krajach nadbaltyckich, szef produkcji, dekoracji, pralin i lodów największej cukierni w Polsce.

wtorek, 16 listopada 2010

Dosza z serem i pomidorami. Przemytnicy marchewki, groszku i soczewicy.



Wątpliwości natury etycznej w zderzeniu z fachem przemytniczym ma chyba każdy z nas. Choć i ekscytacja z nim związana czai się nieopodal. A nuż się uda? Jeśli nie, pal licho!

Kiedy przeczytałam tytuł tej książki, pomyślałam – ale ktoś miał świetny pomysł. Zaczytałam się, zainteresowałam i postanowiłam spróbować. W końcu wszyscy (mam na myśli rodziców niejadków, jesteśmy przemytnikami). I wiecie co? Udało się. Na razie mamy za sobą pierwsze podejście. Z dużym sukcesem, będziemy więc próbować dalej. Dzieci o skład nie pytały. Cud-mąż kontrolnie zapytał.
- Lepiej powiem Ci jak już zjesz – odpowiedziałam dyplomatycznie.
- No chyba nie szpinak, bo bym się po wyglądzie zorientował...
(Pisałam Wam już jak on nienawidzi szpinaku? No to już wiecie.)
(Na szpinak też przyjdzie kolej. W swoim czasie.) Zamierzam bowiem doskonalić swoje przemytnicze zdolności z pomocą przepisów z tej książki. Ciekawie wydanej, z przepisami nie tylko dla dzieci, na kolację we dwoje, dla kilkunastu nieprzewidzianych gości, z akcentem na prostotę wykonania i ciekawe składniki, z dostępnością których nie będziecie mieli problemów. Na końcu znajdziecie małe kompendium wiedzy o wykorzystywanych produktach i przyprawach. Polecam.


Dosza z serem i pomidorami

Składniki:
½ szklanki ryżu
½ szklanki czerwonej soczewicy (polecam również różową vel koralową, która jest delikatniejsza)
2 szklanki wody
sól
pomidory
kilka plastrów żółtego sera
olej słonecznikowy

Przygotowanie:
1. Ryż z soczewicą zalewamy wodą i odstawiamy na noc.
2. Następnego dnia miksujemy, dodając tyle wody, by uyskać konsystencję ciasta naleśnikowego. (Nie dodawałam, ziarna po zmiksowaniu z wodą, w której leżakowały miały idealną konsystencję.) Doprawiamy.
3. Ciasto wylewamy na suchą, rozgrzaną, teflonową patelnię.
4. Gdy ciasto się zetnie, na wierzch placka wylewamy łyżkę oleju i przewracamy na drugą stronę.
5. Na placek kładziemy cienki plaster żółtego sera, dwa plastry pomidora, składamy i podgrzewamy z dwóch stron aż ser się roztopi.

Piekę dosze również na chrupko i podaję suche lub z keczupem jako alternatywa dla ziemniaków.


Książka kucharska dla całej rodziny. "Przemytnicy marchewki, groszku i soczewicy". Maciej Szaciłło, Monika Mrozowska-Szaciłło, Karolina Szaciłło. Wydawnictwo 1000 stopni, Warszawa 2009.

poniedziałek, 15 listopada 2010

Chleb drwala. Bez zagniatania. Szybki, prosty i wyjątkowy.



Szukałam przepisu na chleb drwala, który lubią nasze dzieci. Dla mnie w smaku przypomina on bagietkę pieczoną według dawnych receptur. Może dlatego tak go lubią. W tych poszukiwaniach trafiłam na przepis na chleb bez ugniatania. W komentarzach przeczytałam o nim tyle dobrych rzeczy, że postanowiłam go wypróbować. Tym bardziej, że zdaniem niektórych przypomina w smaku, rustykalny, pain de campagne i chleb drwala właśnie. Zaintrygowało mnie to bardzo bo mowa przecież o chlebach, które choć wyśmienite są i czaso- i pracochłonne. Postępowałam zgodnie ze wskazówkami. Całość wymieszałam drewnianą łyżką. Ciasto miało konsystencję zaczynu, luźną i klejącą. Odstawiłam, potem wyłożyłam na blachę, upiekłam. I rzeczywiście. W niespełna 2 godziny, miałam gotowy pyszny gorący chleb na kolację. Na drugi dzień jego skórka nie była już taka chrupiąca, ale miałam wrażenie, że nie stracił absolutnie nic na świeżości. Powiecie pewnie, że poszłam na łatwiznę. Tak. I będę tak robić już zawsze, ilekroć nie będę miała czasu a zmęczenie da znać o sobie.

Podaję składniki z połowy porcji. Pomyliłam się odmierzając ilość drożdży (na moment zapomniałam, że piekę z połowy porcji), ale ponieważ taką gramaturę składników wypróbowałam z tak dobrym efektem, polecam ją i Wam. Chleb należy raczej do tych, które zachwycają wnętrzem czyli smakiem, niż wyglądem, jest niski ale nie przesadnie. Wypróbujcie go koniecznie, wszyscy, którzy w zapracowaniu nie macie czasu na nic, a już z pewnością nie na pieczenie chleba. Taki pachnący bochenek chleba poprawi Wam wieczorem nastrój. To pewne.

A tak à propos, wiedzieliście, że według Wall Street Journal zawód drwala z powodu niebezpieczeństwa i kiepskiej płacy jest uznawany za najgorszy zawód na świecie?


Chleb drwala, bez zagniatania

Składniki: na 1 chlebek
7 g suchych drożdży
375 g mąki pszennej chlebowej
225 g wody
50 g mleka
1,5 łyżeczki soli
½ łyżki miodu

Przygotowanie:
1. Lekko podgrzewamy wodę z mlekiem i miodem. Rozpuszczamy w nich drożdże. Przelewamy do miski.
2. Mieszamy mąkę z solą i wsypujemy do miski z drożdżami.
3. Całość mieszamy drewnianą łyżką aż do połączenia się składników.
4. Przekładamy ciasto do wysmarowanej oliwą miski, osypujemy mąką z wierzchu i pozostawiamy przykrytą szczelnie na 1,5 godziny w ciepłym miejscu.
5. Nagrzewamy piekarnik do temperatury 275°, wstawiamy do środka foremkę z wodą (pieczemy z parą).
6. Wysypujemy mąką blachę do pieczenia i delikatnie przekładamy na nią ciasto. Formujemy pożądany kształt, podłużny lub okrągły. Oprószamy mąką.
7. W czasie gdy piekarnik będzie się nagrzewał ciasto będzie miało okazję podrosnąć od nowa. (choć zdaniem autorki nie jest to konieczne).
8. Wstawiamy blachę do piekarnika. Po 5 minutach zmniejszamy temperaturę do 250° C i pieczemy jeszcze 7 minut.




Przepis pochodzi z tego forum.



Smacznego!

czwartek, 11 listopada 2010

Rombosse. Metafizyka i antracytowe lampasy.


Wspiął się na palce. Zupełnie jak mały chłopiec sięgający z wysiłkiem najwyższej półki. Walizki spakowane, dom opustoszały, opuszczony prawie ostatecznie. Jeszcze tylko łazienka. Jeszcze tylko sprawdzić, czy wszystko zostało zabrane. Żeby nie zostawić nic, prócz wspomnień i pustych ścian, które cierpliwie przechowywać będą hałas dziecięcych śmiechów i głośnych zabaw. Aby niczego nie zapomnieć z tego, co najważniejsze. Wtedy pomyślał o niej. Czy pojedzie z nim. A właściwie - czy wróci. Pewnie znowu gdzieś się zagubiła. Jeszcze ta ostatnia półka, tak dla spokoju. Jest. I wtedy przypomniał sobie chwilę, kiedy ją tam odłożył. Właściwie schował przed dziećmi. Lubiły obracać ją w dłoniach, często prosiły by znów opowiedział im jej historię. Chował ją, nie mógł odnaleźć (bo nie pamiętał, gdzie schował) i odnajdywał na nowo. Stan permanentny. Trzymał ją teraz w dłoni. Ostatnią rzecz, którą wyniesie z tego domu na obcej ziemi. Jak przepustkę, bilet do innego, tego jedynego, do ojczyzny. Wracam. Nareszcie wracam – pomyślał, uśmiechając się na wspomnienie chwil z niedalekiej przeszłości.


Jesień 1999 roku. W pośpiechu wybiera numer do domu, żeby powiedzieć, że się spóźni. Ułamek sekundy, jeden niewprawny ruch serdecznego palca i jedna zamieniona cyfra. I zupełnie ktoś inny po drugiej stronie słuchawki.
– To chyba jakaś pomyłka...
Czy los może się pomylić? Tak przecież miało być, myśli dzisiaj. Jedna cyfra, jedna rozmowa, potem druga, trzecia, w końcu pierwsza wizyta. Tak często dzwonimy do kogoś nie wiedząc nawet czy ma akurat chęć lub potrzebę rozmowy z nami. A jeśli zadzwonimy do kogoś, kto na telefon czekał od dawna, na jakikolwiek telefon, od kogokolwiek, kto zechce wysłuchać? Rozmawiali o starej Warszawie, w zawierusze okrutnej historii i w chwilach chwały. Te opowieści lubił najbardziej. Nie mógł odnaleźć ich na kartach żadnej z książek. Historia państwa, historia narodu, historia życia. Jak ta o żolnierzach w spodniach z antracytowymi lampasami biegającymi w okolicach Karowej.
- Chcę, żeby Pan ją zatrzymał. Jest dla mnie ważna, tak jak wszystkie wspomnienia tamtych czasów. Ale wiem, że oddaję ją w dobre ręce.

Zamykał drzwi nieswojego już domu. Tak, jak zamyka się książkę, po przeczytaniu ostatniej strony. W lewej dłoni ściskał ten swój amulet. Duży, ciężki lekko zaśniedziały. Spojrzał na niego jeszcze raz. Rzeczypospolita Polska, 1936 r. Spojrzał w ledwie widoczne oczy Marszałka i z uśmiechem ryszył przed siebie...

... I przyszedł do nas, opowiedzieć nam jej historię. Zastanawialiśmy się wspólnie nad tym nieprzypadkowym chyba jednak przypadkiem.
- To raczej metafizyka niż czystej wody koincydencja – powiedział.

Powinien się tu chyba znaleźć jakiś tradycyjnie polski przysmak, jak na przyklad marcińskie rogale. A tu tradycyjny belgijski deser. Okazuje się jednak, że pieczone jabłka to smak naszego dzieciństwa. Czasów, które odeszły, pozostawiając trwały ślad w naszej pamięci.

Przepisów na Rombosse jest bardzo wiele. To doskonały waloński deser z Liège. Używa się do niego gotowego ciasta francuskiego, czasami też typowo drożdżowego. Przepis na ciasto właśnie, który znalazłam w książce "60 produits passion" Nathalie Bruart i Eric'a Boschman'a zmieniłam. Jabłko delikatnie upiekło się w kruchej skorupce z ciasta, konfitura wypłynęła na talerzyk. Pyszności.


Rombosse czyli pieczone jabłka w cieście

Składniki:
5-6 jabłek
200 g mąki tortowej
100 ml mleka
1 jajko
1 łyżeczka cynamonu
konfitura z czarnych porzeczek
cukier cynamonowy lub zwykły jeśli nie macie

Przygotowanie:
1. Jabłka myjemy, osuszamy i pozbawiamy ogonków. Wydrążamy środki, starając się pozostawić jabłko w całości. Odstawiamy.
2. Lekko podgrzewamy mleko.
3. Przesiewamy mąkę do osobnej miseczki, wlewamy do niej mleko, wbijamy jajko, wsypujemy cynamon. Łączymy i zagniatamy.
4. Ciasto dzielimy na 5 części, każdą rozwałkowujemy równomiernie na bardzo cienki placuszek, najcieńszy z możliwych.
5. Do środka wydrążonego jabłka nakładamy konfiturę porzeczkową. Jabłko obficie obsypujemy z wierzchu cukrem.
6. Przykrywamy jabłko rozwałkowanym kawałkiem ciasta tak, aby utworzyło zamkniętą całość. Inaczej soki i konfitura mogą wypłynąć.
7. Tak przygotowane jabłka układamy na blasze wyłożonej pergaminem i pieczemy do zrumienienia się ciasta, ok. 10-15 minut, w temperaturze 175°


Smacznego!

wtorek, 9 listopada 2010

Pyszne piernikowe brownie z jabłkiem


Spłakane drzewa łkają ostatnimi liśćmi porywanymi przez wiatr. Budzi mnie ciemność i ciemność kołysze do snu. Nostalgia otula głowę jak czapka. Czy jest mi z nią do twarzy? A czy to ważne? Polubiłam listopad. Każdy jego dzień ma swoje miejsce, swój sens, nawet jeśli teraz jeszcze go nie dostrzegam. Dla dzieci to już czas oczekiwania. A deszcz ? Fajnie jest biegać po kałużach. Kiedy szaruga zagłusza ostatnie nuty optymizmu, myślę o jesieni z czasów mojego dzieciństwa. Nigdy się wtedy nie smuciłam. Czas wrócić do tamtych chwil. Nie uciekać, a odnaleźć w sobie tę małą dziewczynkę biegającą po kałużach z naręczem liści w ramionach.

Mogłam się tego spodziewać. Że wraz z nastawieniem ciasta na pierniczki obudzę piernikowe tęsknoty, które nie dadzą nam już spokoju. Dzieci domagają się pierniczków a brownie zawsze znajduje się w pierwszej trójce ulubionych smakołyków, o które proszą najczęściej.
Pomyślałam, że je połączę. Cynamon zawrócił nam w głowach, zapachniało w całym domu.
- Jest doskonałe, jest tego więcej? – zapytał cud-mąż.


Piernikowe brownie z jabłkiem

Składniki :
1 łyżka miodu
1 jabłko, utarte na tarce o grubych oczkach lub pokrojone drobno
5 łyżek aceto balsamico
100 g suszonych śliwek
1 łyżka rodzynek
4 łyżki brązowego cukru
250 g czekolady deserowej
250 g masła
4 małe jajka
250 g brązowego cukru
200 g mąki
2 łyżki kakao
1 łyżeczka sody
2,5 łyżki przyprawy do piernika
szczypta soli

Przygotowanie:
1. Rozpuszczamy w garnuszku czekoladę z masłem. Odstawiamy do przestygnięcia.
2. Na patelnię wykładamy, jabłko, śliwki, rodzynki i miód. Zasypujemy cukrem i zalewamy aceto balsamico. Całość mieszamy i smażymy na średnim ogniu aż do zgęstnienia masy. Potrwa to ok. 10 minut. Odstawiamy do przestygnięcia.
3. Nagrzewamy piekarnik do temperatury 175°
4. W oddzielnej misce roztrzepujemy jajka trzepaczką (nie ubijamy), dodajemy do nich cukier.
5. Wlewamy przestudzoną czekoladę i masę owocową, mieszamy.
6. Wsypujemy mąkę zmieszaną z sodą, kakao, solą i przyprawą do piernika. Mieszamy.
7. Ciasto wylewamy do kwadratowej formy wyłożonej pergaminem.
8. Pieczemy 25-30 minut. Przestudzamy przed pokrojeniem.


W listopadowym numerze „Saveurs” zwróciło moją uwagę hasło brownie. Zajrzałam do środka, proponowano dodać orzechy włoskie i drożdże... Nie było w nim nuty piernikowej ani jabłka, śliwek czy rodzynek. Proporcje też mi do końca nie pasowały. Po licznych zmianach powstał całkiem inny przepis, ale o inspiracji warto wspomnieć.



Smacznego!

niedziela, 7 listopada 2010

Bardzo wymierna słodka przyjemność. Dla całej rodziny.



Wróciliśmy. Spragniony kot czekał na pieszczoty, królik odetchnął z ulga po dlugiej podróży, dzieci radośnie pochrapywały we własnych łóżkach. Jak dobrze wrócić do domu...

Kiedy zdarzają nam się takie wielkie rodzinne spotkania mama przygotowuje zawsze nasz ulubiony metrowiec. Ciasto na tyle duże, by nikt nie musiał poskramiać apetytów na kolejny kawałek. To takie nasze rodzinne ciasto świąteczne. Może się wydać pracochłonne, ale to tylko pozory, uwierzcie. Wielu z Was zapewne już je zna, moim zdaniem to najlepszy przepis. Wart spróbowania.

Metrowiec

Składniki :

Na ciasto jasne :
2 łyżeczki proszku do pieczenia
4 jajka
1 szklanka cukru
4 łyżki gorącej wody
1 szklanka mąki
4 łyżki oleju
aromat, ekstrakt lub cukier waniliowy

Na ciasto ciemne:

Wszystkie składniki ciasta jasnego + 2 łyżki kakao

Ciasto jasne i ciemne przygotowujemy oddzielnie, najlepiej wieczorem dzień wcześniej.

Na krem:
0,75 l mleka
¼ szkl. cukru
budyń waniliowy z cukrem
4 płaskie łyżki mąki
250 g masła extra
2 żółtka
aromat waniliowy

Przygotowanie:
Ciasto jasne
1. Żółtka ucieramy z cukrem pod koniec dodajemy gorącą wodę, następnie aromat, olej oraz połowę mąki.
2. Pozostałą mąkę mieszamy z proszkiem do pieczenia i dodajemy do utartej masy.
3. Ubijamy na sztywno białka i delikatnie łączymy je z masą.
4. Przekładamy do keksówki o rozmiarach 26x11 cm, natłuszczonej i wysypanej bułką tartą lub wyłożonej pergaminem.
5. Pieczemy w piekarniku nagrzanym do 180° przez około 1 godzinę.


Ciasto ciemne
Podczas przygotowania ciasta ciemnego postępujemy identycznie jak w przypadku jasnego. Należy jedynie ze szklanki mąki odsypać 2 łyżki i zastąpić je 2 łyżkami kakao.



Krem (przygotowujemy rano, w dniu podania)

1. Proszek budyniowy łączymy z mąką i połową zimnego mleka.
2. Resztę mleka zagotowujemy. Dodajemy cukier oraz mąkę z bydyniem nie przestając mieszać.
3. Odstawiamy przykryty do wystygnięcia.
4. Masło ucieramy z żółtkami dodając po łyżce ostudzonego budyniu ciągle mieszając.

Całość

1. Upieczone, wystudzone ciasta kroimy na kawałki o grubości 1-1,5 cm.
2. Kawałki ciasta układać będziemy naprzemiennie na dużej tacy, biszkopt jasny, biszkopt ciemny, połączone kremem (patrz zdjęcia)
3. Dekorujemy polewą czekoladową i posiekanymi orzechami włoskimi.
4. Kroimy pod kątem.
5. Przechowujemy w chłodnym miejscu.







Smacznego!