sobota, 29 stycznia 2011

Pierwsze urodziny. Niepokojący sernik z orzechową nutą.



Kuchnia i poezja. Wydawałoby się, że te dwa słowa zupełnie do siebie nie przystają. A jeśli gotowanie ma w sobie coś z magii? I my zmieniamy się w poetów?

Gotujący się w garnku wrzątek, przesłaniajacy okna zasłoną mgły...

Stukot noża krajającego szalotkę, przerywany cichym stękiem łzy spływającej po policzku...

Smak mierzony na szczypty. Jak zgłoski w wersach...

Frywolny aromat cytryny dawkowany w kroplach...

Ciężkie ciepło chleba, gdy wyjmujemy go z pieca...
I świadomość, że to ciepło mieszka w każdej jego kromce. Wypracowane naszymi dłońmi i sercem.

Oszałamiający wspomnieniami dzieciństwa cynamon...

Garść ziarenek ryżu tak licznych jak marzenia do spełnienia...

Każdy najprostszy choćby produkt, kuchenne drobiazgi, wreszcie niedomykająca się szuflada czy wysłużony piekarnik... moja codzienna poezja.

Bez miara 2 lata temu postanowiłam o niej pisać. Stworzyć swój własny blog. Myślałam, szukałam, rozmawiałam. Siadziałam przed monitorem komputera w poszukiwaniu idealnej formuły. Długo to trwało. Wiedziałam, że jeśli się zdecyduję to odwrotu nie będzie. Dziś minął rok. I tym pierwszym chwilom towarzyszyły emocje, które czasami nie dawały spać. Budziły mnie słowa, pomysły, całe teksty. Siadałam nad ranem do komputera niespokojna, czy zdołam opisać wszystko, czy w niczym się nie pomyliłam. Z radością witałam każdy komentarz i każdego nowego obserwatora – to się akurat nie zmieniło i pewnie nie zmieni już...

Co jeszcze z tamtych chwil pozostało mi do dziś? Sypiam lepiej. To pewne. Nabrałam dystansu. Musiałam. I dobrze się stało. Wiele się nauczyłam. Wiem, że wiem i umiem niewiele. Ale nie przestanę próbować. Pozostaję wierna zasadzie, że jeśli coś nam nie posmakuje, nie zostanie opublikowane. Nie jestem doskonałą kucharką. Często nie jestem nawet dobrą kucharką. W ogóle nie jestem przecież kucharką...ale jakiego innego słowa tu użyć? A to niedosolę, a to zapomnę dodać cukru do polewy, a to przypalę. Gapa ze mnie kuchenna. Za dużo się zamyślam, zbyt jestem roztargniona czasami. Poznałam pewną bardzo ciekawą osobę (dziękuję Ci Ewelino). Sympatią, nie tylko wirtualną i mam nadzieję wzajemną, obdarzyłam kilka innych osób. Utyłam, niestety. I nabawiłam się alergii ale ona pewnie i tak by się w końcu ujawniła.

To jest jedna z tych chwil, gdy słowa : „bez Was bym tego wszystkiego nie osiągnęła”, nabierają szczególnej wagi. Takie są prawdziwe i nie dadzą się zastąpić innymi. Dziękuję Wam, którzy tu zaglądacie i korzystacie z publikowanych przepisów, zostawiacie komentarze lub skrycie obserwujecie. Dziękuję.

Rozpisałam się niebezpiecznie podnosząc ryzyko zanudzenia czytelnika...

Ale muszę jeszcze podziękować osobie, bez której tego bloga ani mnie piszącej do Was z tej chwili te konkretnie słowa by nie było. Mojemu mężowi. Nie wiedziałam jaki pseudonim mu wymyślić. Pomyślałam w końcu, że wymyślać nie będę i zgodnie z prawdą nazywać go będę cud-mężem. Może się powtarzam, ale wszyscy którzy go znają potwierdzą, że taki właśnie jest. Dziękuję Ci za to, że jesteś zawsze obok, rozwiązując wszystkie problemy od technicznych po ortograficzne. Polegać na Twojej opinii zawsze oznacza podążać w dobrym kierunku. Dziękuję Ci.   

A Was zapraszam dziś na sernik. Chciałam, by nie był taki jednoznaczny, gładki, kremowy. Więc jest chrupiący. Dzięki orzechowej pralinie*. Jest też wilgotny i raczej lżejszy. I w smaku pozostaje przede wszystkim sernikiem z niepokojącą orzechową nutą. Polecam serdecznie.


Sernik z orzechową praliną

Składniki:
Na orzechową pralinę:
100 g pekanów lub orzechów włoskich
350 g cukru

Na kruchy spód:
200 g mąki
1 zółtko 17 g + 33 g syropu klonowego - tak, aby otrzymać 50 g łącznie
55 g zmielonych pekanów lub orzechów włoskich (waga po zmieleniu)
120 g masła
½ łyżeczki proszku do pieczenia
70 g drobno posiekanych pekanów lub orzechów włoskich  

Na masę serową:
180 g praliny orzechowej
4 białka
3 zółtka
70 g brązowego cukru zmielonego na puder
2 łyżki syropu klonowego
2 łyżki mąki ziemniaczanej
1 kg twarogu zmielonego trzykrotnie

Przygotowanie:
1.       Przygotowujemy pralinę. Na dno garnka lub wysokiej patelni wysypujemy cukier. Rozprowadzamy równomiernie i pozostawiamy tak do momentu skarmelizowania. Nie mieszamy. Gdy mamy już karmel wrzucamy orzechy, mieszamy dokładnie by wszystkie równomiernie oblepiły się karmelem. Wylewamy do foremki wyłożonej pergaminem i rozsmarowujemy równo. Pozostawiamy do zastygnięcia. Miażdżymy na drobno w moździerzu lub tłuczkiem w worku foliowym.
2.      Przygotowujemy kruchy spód. Przesiewamy mąkę do miski, dodajemy żółtko, zmielone orzechy, syrop klonowy, masło i proszek. Szybko wyrabiamy. Dodajemy pokrojone drobno orzechy. Łączymy. Odstawiamy do lodówki.
3.      Przygotowujemy masę serową. Żółtka ucieramy z cukrem na jasną, puszystą masę. Dodajemy partiami twaróg, następnie mąkę ziemniaczaną i syrop klonowy. Ubijamy białka na sztywno ze szczyptą soli. Delikatnie, drewnianą łyżką łaczymy z masą serową. Na koniec wsypujemy pralinę orzechową. Delikatnie łączymy w całość.
4.      Nagrzewamy piekarnik do 180°
5.      Tortownicę o średnicy 24 cm smarujemy masłem, wysypujemy semoliną, kaszą manną lub drobną bułką tartą. Wykładamy równomiernie ciasto na dno i do połowy wysokości brzegów foremki. Wylewamy masę serową. Wyrównujemy wierzch.
6.      Pieczemy 1 godzinę. Po 50 minutach wyłączamy piekarnik, po 5 minutach lekko go uchylamy, po kolejnych 5 otwieramy drzwiczki. Sernik nie powinien wówczas opaść.
7.      Pozostawiamy do przestudzenia. Możemy go podać już po 2 godzinach, ale z każdą chwilą jest smaczniejszy, więc warto poczekać dłużej. Dekorujemy pozostała praliną i orzechami.


*przepis na orzechową pralinę podejrzałam u Anny-Marii, Aniu dziękuję Ci.

Smacznego!

czwartek, 27 stycznia 2011

Rozmowy przy kawie. Rozmowa z Zuzanną Orlińską, autorką i ilustratorką „Matki Polka”.




Pamiętacie jak tydzień temu pisałam Wam o "Matce Polka". Obiecałam Wam wówczas kolejną Rozmowę przy kawie z jej autorką, Zuzanną Orlińską. Oto ona. Zgodnie z obietnicą na końcu znajdziecie pytanie konkursowe. Pierwsza osoba, która udzieli poprawnej odpowiedzi otrzyma egzemplarz "Matki Polka" z autografem Zuzanny.

Zapraszam do lektury.
- Nie ma książek dla dzieci?
 - Nie ma książek dla dzieci w tym znaczeniu, że dobra literatura dla dzieci jest uniwersalna i może być czytana także przez dorosłych. Książki dla dzieci mogą dostarczać czytelnikowi podobnych wzruszeń, co te dla dorosłych i nie chodzi mi tylko o nostalgię związaną z powrotem do lektur dzieciństwa. W gruncie rzeczy najlepsze książki, czy to dla dzieci czy dla dorosłych, traktują zawsze o kilku najważniejszych dla człowieka sprawach.
- Które z Twoich lektur z dzieciństwa są ważne dla Ciebie już jako osoby dorosłej?
- Wszystkie! Wszystkie są ważne, chociaż nie do wszystkich wracam. Jeśli chodzi o książki, które nadal czytuję jako osoba dorosła, to na pewno jest to wspomniana na mojej stronie "Królowa Sola" Irmelin Sandman Lilius, powieści Małgorzaty Musierowicz, "Tajemniczy ogród"... Do wielu książek wracam dzięki temu, że czytam je teraz moim dzieciom, i z tego bardzo się cieszę. Są też takie, których nie przeczytałam lub nie podobały mi się w dzieciństwie, a teraz poznałam je dzięki mojemu synowi i uważam za bardzo ważne i piękne, np. seria o Muminkach.
- Czy w związku z tym zdarzyła Ci się sytuacja, że Twoja ulubiona, zaczytana książka z dzieciństwa nie spodobała się Twoim dzieciom? I co takiego nie podobało Ci się w Muminkach a doceniłaś dopiero teraz?
- Dzieci jeszcze nie do wszystkich książek mojego dzieciństwa dorosły, więc trudno na razie ocenić, czy będą im się podobały. Jak dotąd mój syn nie przebrnął tylko przez "Mary Poppins", ale to chyba dlatego, że najpierw zobaczył film (od tej pory mamy zasadę, że nigdy nie oglądamy ekranizacji przed przeczytaniem książki). Nie skończył też jednej z ulubionych książek mojego męża i mojej "Krainy Sto Piątej Tajemnicy" Zbigniewa Żakiewicza, ale kto wie, może jeszcze do niej wróci. Co do Muminków - w dzieciństwie miałam i lubiłam tylko jeden tom, "Opowiadania z Doliny Muminków", a trochę później od przeczytania pozostałych tomów odpychała mnie egzaltacja, w jaką Muminki wprawiały niektóre moje szkolne koleżanki. Każda myślała o sobie, że jest Małą Mi! I wszystkie oczywiście były zakochane we Włóczykiju. Parę lat temu dopiero przeczytalam wszystkie tomy i byłam pod wrażeniem. To są poważne książki o poważnych sprawach.  
- Podobnie jak "Matka Polka". Jak zrodził się pomysł na tę książkę?
- To najtrudniejsze pytanie! Kto wie, skąd w ogóle biorą się pomysły? Najpierw chyba przyszedł mi do głowy tytuł, taka gra słów. A potem dopiero pojawiła się sama bohaterka.  A skąd ona się wzięła? Myślę, że zawdzięcza swoje istnienie kilku wyrazistym kobiecym osobowościom. Może powinnam zacząć od tego, że we wczesnej  młodości miałam mnóstwo kolegów i bardzo mało koleżanek. Zupełnie nie interesowały mnie "babskie" spotkania, omawianie tego, co kto na siebie włożył itp. Dopiero kiedy spodziewałam się pierwszego dziecka, doceniłam kobiety. Matka Polka ma cechy co najmniej dwóch osób, które w tym czasie udzieliły mi wsparcia i pozwoliły zrozumieć siłę, jaką mogą dysponować kobiety.
- Możesz opowiedzieć coś więcej o tych inspirujących kobietach?
- To są takie kobiety-wojowniczki. Matka Polka zawdzięcza im swoją energię i odwagę. I to, że czasami potrafi być groźna. A i pewne cechy zewnętrzne odziedziczyła po znanych mi kobietach, np. to, że jest taka duża.
- Ma długie nogi i długie ręce i włosy koloru rdzawobrązowego, skręcone w maleńkie sprężynki...i trzeba przyznać bardzo energicznie walczy z brakiem wyobraźni. Z czym jeszcze i dlaczego?
- Z brakiem wyobraźni na pewno, chociaż gdzieś tam pada taka kwestia, że ważne jest, do czego się tej wyobraźni używa. Myślę, że  drażni ją bezmyślność, bezkrytyczne przyjmowanie jakiegoś przekazu, niezależnie od tego, czy chodzi o rzeczywistość gry komputerowej czy o język, jakim posługują się reklamy. I że chciałaby Polka nauczyć przede wszystkim umiejętności samodzielnego myślenia.
- Wyczuwa się w niej wiele buntu i chęci walki. Myślisz, że kiedyś się uda? Przegonić wszystkie te "dziwożony telewizyjne, inaczej zwane telestrzygami reklamowymi"?  
 - Nie wiem, czy się uda, ale próbować trzeba...   
- Ale Matka Polka bywa też bezradna. I ta scena bezradności jest jedną z najbardziej wzruszających w Twojej książce...
- Takiej chwili bezradności  każdy chyba kiedyś w życiu doświadczył. Rzadko natomiast zdajemy sobie sprawę z tego, że nasze dzieci widzą te nasze momenty słabości czy załamania, i że w jakiś sposób na nie reagują. 
- A gdybym zadała Ci pytanie typowe dla tych, które wciąż stawiają dzieci: Po co, dlaczego powstała "Matka Polka"?
- Bardzo trudno byłoby mi na nie odpowiedzieć.
- Spróbujesz?
 - To może tak: jedną z ulubionych książek moich i mojego syna jest "Nasza mama czarodziejka" Joanny Papuzińskiej. Mama czaruje tam przy pomocy takich "maminych" umiejętności: a to księżycowi doklei rożek z ciasta, a to na szydełku zrobi kapturek, który uratuje przed zawaleniem starą dzwonnicę, a to chmurę burzową przepierze. Nie mogę powiedzieć, że ta książka się zestarzała, bo dobre książki się nie starzeją. Ale w dzisiejszych czasach mamy, żeby sobie poradzić, muszą użyć nieco innych umiejętności. I po to, żeby o tym opowiedzieć, powstała "Matka Polka".
- Jak reagujesz na próby porównywania Matki Polka z innymi książkami, szukania literackich pierwowzorów?
- Do tej pory tylko raz spotkałam się z taką próbą poszukiwania literackiego pierwowzoru dla "Matki Polka". Na pewnym blogu przeczytałam, że Matka Polka to jest dorosła Pippi. Tego typu opinia może mi tylko pochlebiać! Na pewno można odnaleźć w mojej książce ślady tego, co sama w życiu przeczytałam. Niektóre nawiązania do literatury stosuję całkiem świadomie.
- Wydaje się, że dom to królestwo, w którym niepodzielnie włada i działa Matka. Tata Polka to osoba ledwie w książce zarysowana, choć z pewnością ciekawa.Będzie więc opowieść i o nim, tak jak częściowo zapowiada to koniec książki?
- Nie wiem, czy będzie opowieść o ojcu Polka, bo on jest raczej osobą, która woli trzymać się w cieniu. Ale nie wykluczam, że jeszcze się pojawi.
- Jak ilustruje się książkę przez siebie napisaną?
- Trudno się ilustruje. Nie chciałam tego sama robić, myślałam, że ktoś inny zrobiłby to lepiej. Przekonało mnie wydawnictwo. Najtrudniejsze było wymyślenie samej postaci matki Polka, kiedy ona się pojawiła, a właściwie - kiedy się pojawiły jej włosy, poszło już dużo szybciej.
- Dlaczego to było takie trudne?
- Szukałam jakiejś konwencji, stylu ilustrowania, który pasowałby do tej postaci. Gdybym ją na przykład narysowała delikatnie pastelami, to już nie byłaby ta sama osoba, prawda? Dlatego kiedy wymyśliłam te włosy sterczące na wszystkie strony i podążające za matką Polka jak wielka ruda chmura,  już wiedziałam, że to będzie miało podobną energię i rozmach.
- Jak długo trwały prace nad książką?
- Prace nad książką trwały długo, bo pisałam ją w chwilach wolnych od innych prac i zajęć, a takich chwil nie mam niestety zbyt dużo. Prawie dwa lata zbierałam i zapisywałam tych kilka opowiadanek.
- W prace nad Matką Polka zaangażowany był także Twój mąż...
- Mój mąż zajmował się opracowaniem strony internetowej dla "Matki Polka". Zrobił też, wykorzystując moje ilustracje, animowaną zapowiedź książki, którą umieściliśmy w internecie. 
- Nad czym teraz pracujesz? 
- Teraz robię sporo ilustracji, bo z czegoś trzeba żyć:) Ale staram się też cały czas coś pisać, z tym, że to, co teraz piszę to historia w zupełnie innym klimacie i duchu niż "Matka Polka".
- Rozumiem, że pewnie nie chcesz zdradzać szczegółów na temat nowego projektu? Ilustrujesz podręczniki, jakie książki z Twoimi ilustracjami możemy jeszcze znaleźć w księgarniach?
- Na temat nowego projektu rzeczywiście nie chcę zbyt dużo opowiadać. Jeśli chodzi o książki z moimi ilustracjami, to w najbliższym czasie ukaże się "Julek i Maja w labiryncie", książka, która opowiada o tym, co się dzieje w ludzkim mózgu w konwencji gry komputerowej. Muszę powiedzieć, że to jedne z najtrudniejszych ilustracji, jakie kiedykolwiek miałam do zrobienia. Natomiast teraz pracuję nad książka o instrumentach muzycznych - kolejny trudny temat.
- Twoi rodzice to znani i uznani polscy plastycy,  ilustratorzy. Jak wspominasz czasy swojego dzieciństwa? Możliwość obserwacji ich warsztatu, całego procesu związanego z wydawaniem książek?
- To było bardzo przyjemne, chociaż ja oczywiście nie widziałam w tym wtedy nic szczególnego. Ale to prawda, że dużo książek przeczytałam w postaci maszynopisu, bo czytałam wszystko, co rodzice ilustrowali. I najbardziej lubiłam bawić się farbami, takimi plakatowkami Windsora w słoiczkach. One miały różne przygody, a nazwy kolorów to były ich imiona, np. Emerald albo Cobalt. A tak na poważnie - kiedy sama zaczęłam robić ilustracje,  obserwacja warsztatu rodziców bardzo się przydała, bo pewne kwestie techniczne były dla mnie oczywiste.  
- Niedobre książki tak jak złe zabawki szkodzą. A jakie książki dla dzieci to według Ciebie złe książki?
- Myślę, że jednak książki przynoszą zdecydowanie więcej korzyści niż szkody:) Jedyne książki, które uważam za szkodliwe, to adaptacje klasyki literackiej, które w barbarzyński sposób obchodzą się z oryginałem. Np. skrócone baśnie Andersena ze zmienionymi zakończeniami. Widziałam na własne oczy taką wersję "Dziewczynki z zapałkami", w której na końcu zjawiają się dobrzy ludzie i adoptują sierotkę. Nie dość, że to wbrew autorowi, to jeszcze napisane jest zazwyczaj topornym językiem, który zniechęca dziecko do sięgnięcia po oryginał. 
- Co sprawia, że sięgasz po konkretną książkę? Czym kierujesz się przy jej wyborze?
- Trudno powiedzieć. Przeważnie kieruję się opiniami osób, które mają podobne upodobania czytelnicze jak ja. Czytam recenzje w gazetach, fora i blogi internetowe. Ale zdarza się też, że zaciekawi mnie okładka w księgarni.
- Chciałabym Cię jeszcze zapytać o Twoich Misytrzów, ilustratorów książek dla dzieci, których cenisz najbardziej.
- Musiałabym wymienić bardzo, bardzo dużo nazwisk, bo tak wielu mam ulubionych ilustratorów. Może powiem tylko o tych trochę zapomnianych: otóż jestem pełna podziwu dla polskich grafików, którzy w książkach mojego dzieciństwa rysowali ilustracje kreskowe - skromne, czarno-białe, ale znakomite. Poza najbardziej znanymi, jak Szancer czy Uniechowski, było  jeszcze wielu świetnych: Bogdan Zieleniec, Leonia Janecka, Stanisław Rozwadowski, Andrzej Jurkiewicz. Teraz już nie ma takich ilustracji: rysowanych piórkiem, lapidarnych, ale realistycznych, czegoś takiego w ogóle się nie widuje w książkach. A to byli prawdziwi mistrzowie.
- I ja uwielbiam ten styl, jedną z moich ulubieńszych książek była "Babcia na jabłoni" z ilustracjami Mirosława Pokory. Czy jest książka, o której zilustrowaniu marzysz?
- Nie, jakoś nie marzę w ogóle o ilustrowaniu.  Ale za to jest kilka takich, które bym chciała napisać:)
- Twoja książka porywa fantazją... gdybym Cię więc zapytała... Zuzanna Orlińska za 10 lat? Kim będzie?
- Nie wiem. Obcowanie z dziećmi nauczyło mnie, że lepiej nie robić dalekosiężnych planów. Wystarczająco trudno jest mi wyobrazić sobie i zaplanować następny dzień. 
- PMP czyli Prawdziwa Matka Polka, choć niezwykła, jest bardzo autentyczna. Chciałoby się być taką jak ona. Dziękuję Ci za tę książkę, za wszystkie wzruszenia, uśmiech, radości i przemyślenia, których dostarczyła, myślę, że nie tylko mnie, ale i wielu innym czytelnikom.
- I ja Ci bardzo dziękuję za ciekawą rozmowę. 





A oto pytanie konkursowe. Nagrodzona zostanie pierwsza pełna i poprawna odpowiedź.

Jaka postać literacka podobnie jak matka Polka studiowała na uniwersytecie w Salamance?

Nagrodą jest egzemplarz „Matki Polka” z autografem Zuzanny Orlińskiej.


Zuzanna Orlińska - studiowała na Wydziale Grafiki Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, w pracowni ilustracji prof. Janusza Stannego. Pracowała jako ilustrator dla wydawnictw książkowych i pism.  Współpracowała przy tworzeniu aplikacji multimedialnych i teledysków, m.in. jako autorka scenariuszy.
Stworzyła również stronę o książkach dla dzieci (http://www.kiedybylammała.art.pl/) Na ten temat pisuje także do internetowego magazynu bukinistycznego "Archipelag".

wtorek, 25 stycznia 2011

Croustillons – chrupiące belgijskie pączki na piwie



Jesień leje się z nieba strumykami. Krzaki forsycji puściły pączki. Ptaki rozpoczynają swój wiosenny karnawał. Pogoda. Wygodny temat do rozmów w windzie. Z sąsiadem, koleżanką, dla zabicia lub podtrzymania przy życiu gasnącej relacji. Rozmowy pozorne. "Erzac, cholera, nie życie" - jak pisała Agnieszka Osiecka. Rozmawiajmy otwarcie, choć to takie trudne, bolesne, z pozoru czasami wręcz niewykonalne. Ja sama muszę się tego nauczyć.

Wybaczcie, to ta pogoda nastraja tak specyficznie...
Sami widzicie, wiele jeszcze nauki przede mną ;-)

Dziś zapraszam na belgijskie pączki. Są chrupiące z zewnątrz i miękkie w środku. Takie na jeden kęs. Tradycyjnie posypuje się je cukrem pudrem. Jeśli chcecie, możecie je jednak nadziewać po usmażeniu, lub polać gorącą czekoladą czy syropem klonowym. Z jednej porcji wyjdzie ich nie więcej niż 20. W sam raz na podwieczorek czy deser do kawy.  

Te belgijskie pączki w Walonii nazywane są croustillons, Flamandzi mówią o nich smoutebollen, w Normandii powiedzą o nich beignets rapides (szybkie pączki) lub püpperchen, w Holandii zaś to oliebollen (o nieco zmienionym składzie, z jabłkiem i rodzynkami, o których napiszę Wam niedługo). Podobne małe słodkości przygotowywano już na przełomie III i II wieku p.n.e., pierwszy przepis podał Katon. W Średniowieczu były słodyczem luksusowym, a dziś są powszechnym kiermaszowym przysmakiem. 

Sekretem smaku croustillons jest dodatek piwa. Jeżeli jesteście jego smakoszami zapraszam do Brugii. Tam w restauracji "Den Dijver" znajdziecie menu składające się wyłącznie z przysmaków przyrządzanych na piwie, a każde danie podaje się razem z odpowiednim gatunkiem piwa.
    


Croustillons – chrupiące belgijskie pączki na piwie

Składniki:
75 ml letniego mleka
15 g świeżych drożdży
200 g mąki tortowej
1 duże jajko, oddzielnie żółtko i białko
1 łyżeczka drobnego cukru
½ łyżeczki soli
100 ml jasnego piwa
25 g rozpuszczonego masła
olej do smażenia
cukier puder do podania

Przygotowanie:
1.       Rozpuszczamy drożdże z 1 łyżeczką cukru i mąki w letnim mleku, odstawiamy w ciepłe miejsce na 15 minut.
2.      W tym czasie przesiewamy do miski mąkę, robimy w niej zagłębienie, do którego wlewamy drożdżowy zaczyn.
3.      Wbijamy żółtko, wlewamy piwo i rowtopione masło.
4.      Ubijamy białko z solą na sztywną pianę i delikatnie łączymy ją z resztą, nie niszcząc struktury piany.
5.      Przykrywamy miskę wilgotną ściereczką i odstawiamy w cieple, aż podwoi objętość, potrwa to około 30 minut.
6.      Rozgrzewamy tłuszcz w garnku lub we frytkownicy (do temperatury 180°).
7.      Nabieramy porcje ciasta małą łyżeczką i wykładamy na gorący tłuszcz*, wyjmujemy łyżką cedzakową, gdy sie zezłocą, osuszamy na piepierowym ręczniku, posypujemy cukrem pudrem. Możemy też je nadziewać po usmażeniu szprycą lub polewać czekoladą lub syropem klonowym.

*ciasto jest dość lejące, warto pomagać sobie drugą łyżeczką, by wdejmować ciasto na olej. Croustillons nie będą miały idealnie okrągłej formy tak jak pączki, przypominać będą z wyglądu polskie cudaczki.



Przepis pochodzi z tej strony

Smacznego!

czwartek, 20 stycznia 2011

Być jak Matka Polka? Bułeczki cynamonowe.



Gdyby tylko można było, choć na krótko, być kimś innym...

Mogłabym być jak Matka Polka...

Ubierałabym się śmiesznie. Mogłabym chodzić zawsze w trampkach i starych dżinsach. Wiatr nosiłby za mną moje rdzawobrązowe włosy. Moje jasne, małe oczy rzucałyby kpiąco łypiące spojrzenia. Uśmiechałabym się ładnie. Na twarzy opalonej jak skórka chleba nosiłabym niezliczone pamiątki słonecznych dni...

Znałabym przepis na herbatkę z wielokropka. (Działa kojąco na podrażnioną wyobraźnię).

Pośredniczyłabym w zatrudnianiu spokojnych, pozbawionych bezwzględności, bezrobotnych potworów.

A w potyczce z piracką banderą nie straciłabym animuszu ostrzeliwana gradem marchewek, brukselki i kapusty włoskiej. Odpowiedziałabym ostrzałem z groszku ptysiowego. Z walki wyszłabym oczywiście zwycięsko, z naręczem włoszczyzny na zupę...

Pełna absurdów, niedorzeczności, smutku i dziwności codzienność, nie byłaby taka obezwładniająca...

Jako rodzice bywamy czasami zagubieni, często potrzeba nam po prostu dystansu i spokojnej oceny sytuacji. Odnalazłam je w książce Zuzanny Orlińskiej pt. „Matka Polka”.

Spieszę sprostować, że to książka dla dzieci. Ba, arcyzabawna książka przygodowa. Napisana z polotem i fantazją, momentami wzruszająca, skłaniająca do refleksji i prowokująca wybuchy, co ja mówię - salwy śmiechu. Najmłodsze dzieci zareagują na tę opowieść radością i śmiechem właśnie.  Starsze doskonale wyczują ironię i literackie nawiązania. A dorośli, którym głośną i wspólną z dzieckiem lekturę polecam gorąco, przeżyją ją na swój własny sposób, z refleksją, która pozostaje na długo.

Małgorzata Musierowicz poleca tę książkę „znużonym dzieciom i ich stroskanym mamusiom”, zapowiadając, absolutnie słusznie zresztą, że „będzie to wielka podróż do radości życia”.

Poza porywającą treścią, "Matka Polka" raduje oczy pięknymi ilustracjami samej autorki. Książka została świetnie zredagowana przez Emilię Kiereś (córkę i redaktorkę książek Małgorzaty Musierowicz) i zachwyca pięknym plastycznym językiem, tak jak w jednym z fragmentów: „Słońce zniknęło za domami, cienie koloru ultramaryny wpełzały po murach coraz wyżej, jedynie na szczytach dachów pozostawiając jasną lamówkę blasku, szyby okien połyskiwały rudo”.



 
Zuzanna Orlińska prowadzi również pięknego bloga o literaturze dla dzieci http://www.kiedybylammala.art.pl/ a o "Matce Polce" możecie także przeczytać na stronach wydawnictwa www.akapit-press.pl/matkapolka.

Pozostawiam Was z jeszcze jednym fragmentem książki (znajdziecie go pod przepisem).
I zapowiedzią kolejnej Rozmowy przy Kawie z Zuzanną Orlińską właśnie.
I związanego z książką konkursu (już wkrótce).
I przepisem na cynamonowe bułeczki, które upiekła Matka Polka.
Poprosiłam Zuzannę o przepis na nie. Ten przepis z kolei przekazała jej swego czasu Małgorzata Musierowicz. Spróbowałam. Polecam.


Cynamonowe bułeczki

Składniki: na 8 bułeczek
2 łyżki cukru*
7 g drożdży suchych
2 jajka
200 g mąki
ćwierć łyżeczki soli
1 łyżeczka cynamonu
opcjonalnie 90 g miękkiego masła pokrojonego w kostkę (dodajemy na samym końcu)

Przygotowanie
1.       W 3 łyżkach ciepłej wody rozpuszczamy cukier i dosypujemy całą paczuszkę suchych drożdży. Pozostawiamy na 10 minut, aż zaczyn się spieni.
2.      Dodajemy jajka, mieszamy. Następnie stopniowo dosypujemy mąkę, dodajemy sól i cynamon.
3.      Łączymy i formujemy osiem jednakowych bułeczek. Zostawiamy je na blasze** do wyrośnięcia, po czym smarujemy żółtkiem i posypujemy szczodrze cukrem. Nie smarowałam ich przed pieczeniem, zamiast tego, zaraz po polewałam ciepłym masłem i obtaczałam w cukrze cynamonowym.
4.      Pieczemy w 180° przez 15 minut na blasze lub dłużej, w formie do muffinek.

Uwagi Zuzanny:
*Żeby bułeczki były słodsze i bardziej aromatyczne, dodawałam czasem zamiast masła dwie łyżki ciemnej melasy.
** Bułeczki można upiec także w foremkach do muffinek.
To jest przepis najprostszy z możliwych, taki, aby w 15 minut było coś świeżego i ciepłego na śniadanie.


„- Ty nie jesteś moją matką! – zawołał. Przerażonym wzrokiem wpatrywał się w jej stopy, obute w eleganckie skórkowe pantofelki na obcasach. – Tylko się pod nią podszywasz! Moja matka ZAWSZE nosi tenisówki!
Wyraz jej twarzy zmienił się nagle. Uśmiech wyglądał teraz sztucznie, jakby był przyklejony, równe białe zęby szczerzyły się groźnie. Szła w jego stronę, jej oczy świeciły szklanym blaskiem jak dwa małe ekraniki.
- Co z nią zrobiłaś? – krzyczał Polek cofając się, ogarnięty panicznym strachem. – Co zrobiłaś z moją matką? – Oparł się plecami o drzwi, usiłując ręką namacać klamkę. – Gdzie ona jest?
W tej chwili drzwi otworzyły się, Polek stracił równowagę i upadł w śnieg, prosto pod znajome nogi w granatowych tenisówkach.
- Ano, tu jestem – wycedziła przez zęby matka Polka, niczym szlachetny rewolwerowiec. Pomogła mu wstać i popchnęła przed sobą do wnętrza chaty.
Teraz, kiedy była tak blisko, dziwił się, że w ogóle mógł pomylić ją z tamtą. Włosy miała w nieładzie, na sobie dżinsy i swój odwieczny kusy kożuszek podbity sztucznym futerkiem. Ten widok tak zwyczajny i znajomy, wzbudził w Polku czułość, której nawet nie umiałby wyrazić słowami. Miał ochotę rzucić się jej na szyję, powstrzymało go przed tym tylko spojrzenie jej zmrużonych oczu i ironiczny uśmieszek. Ale nawet ten uśmieszek, który zawsze go denerwował, wydawał mu się teraz bliski i kochany.
Ani spojrzenie, ani uśmieszek nie były, jak się okazało, przeznaczone dla niego. Spojrzeniem została zmierzona od stóp do głów fałszywa matka Polka, uśmiech natomiast był tej wnikliwej lustracji wynikiem.
- No, no, wcale nieźle – powiedziała Prawdziwa Matka Polka (nazwijmy ją w skrócie PMP). – Może nawet kupię sobie taki tusz do rzęs. Jest mi z nim całkiem do twarzy.
Polek nie rozumiał, o czym ona mówi. Przecież byli w niebezpieczeństwie! Wskazując na Fałszywą Matkę Polka (FMP), stojącą wciąż jeszcze na środku kuchni w osłupieniu, zawołał:
- Ona się pod ciebie podszywa! Na pewno ma złe zamiary! Uciekajmy!
Lecz w tej właśnie chwili FMP rzuciła się do drzwi i przekręciła zamek. Stanęła tam, wysoka i potężna, zagradzając im drogę odwrotu.
- Lubię spędzać cudowne chwile z moimi najbliższymi! – zasyczała złowrogo, aż Polkowi ciarki przeszły po plecach.
- Taaak – powiedziała przeciągle PMP. – Niestety, moja kochana, nie czuję, żebyś była mi specjalnie bliska, pomimo niezłego tuszu do rzęs, o którym będę pamiętać.
Twarz tamtej rozpogodziła się na chwilę.
- Dwanaście razy większa moc spojrzenia bez grudek – wyrecytowała z dumą, zalotnie mrugając powiekami.
- Tak, tak. – Uśmiechnęła się PMP uprzejmie. – To na pewno się liczy. Chociaż nigdy dotąd nie miałam grudek w spojrzeniu...”



Zuzanna Orlińska "Matka Polka". Łódź 2010, Wydawnictwo Akapit Press.

Smacznego!

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Merveilles. Kruche cudeńka czyli chrusty.



- Mamo, ile jeszcze dni zostało do moich urodzin?
- Wiecej niż wszystkie paluszki...
- No ale kiedy?
- Miesiąc.
- No to zostało mi już miesiąc dni do urodzin... Hurra!
Brak poczucia czasu to jeden z przywilejów dzieciństwa. Choć już świadomość dni tygodnia i osobiste preferencje z nimi związane to zupełnie inna sprawa.
- A jaki jutro mamy dzień? – pyta zaspane dziecię.
- Poniedziałek.
- To może nie pójdę do szkoły i zostanę w domu co?
Przywileje przywilejami a obowiązki obowiązkami. Damy radę, prawda?

Dobrego początku i udanej reszty tygodnia Wam życzę...

Merveilles (z franc. cudo, rzecz nadzwyczajna, chrust)
Zauroczyła mnie najpierw ich nazwa. A kiedy przeczytałam przepis pomyślałam, rzeczywiście – cudeńka. I juz po chwili je smażyłam. Są pyszne, kruchutkie i lekkie. Składniki macie na pewno w lodówce. Zagniata się je błyskawicznie, chwilkę dłużej zajmuje smażenie. Ale to i tak pestka, gdy spojrzy się na efekt. No i rzeczywiście smakują jak faworki, albo i lepiej nawet – bo są lżejsze i delikatniejsze. Do wypróbowania koniecznie.



Chrusty czyli kruche cudeńka

Składniki:
250 g mąki
3 jajka
60 g masła
szczypta soli
1 łyżeczka cukru pudru + 80 g do posypania
olej do smażenia

Przygotowanie:
1. Wysypujemy na stolnicę 200 g mąki i resztę składników. Łączymy, dosypujemy resztę mąki w miarę ugniatania. Tylko tyle ile potrzeba.
2. Kiedy ciasto jest jednolite i nie klei się rozwałkowujemy je cieniutko.
3. Rozgrzewamy olej w garnku.
4. Wycinamy z niego kwadraciki lub romby radełkiem, foremką (ja użyłam foremki 2x2, ale możecie użyć większej).
5. Wrzucamy ciasteczka po kilka sztuk na dobrze rozgrzany olej. Wybrzuszają się natychmiast, przewracamy je i kiedy się lekko zezłocą wyjmujemy i osuszamy na papierowym ręczniku. Posypujemy cukrem pudrem zmieszanym z cukrem waniliowym.




Przepis pochodzi z lutowego wydania "Saveurs".

Smacznego!

sobota, 15 stycznia 2011

Chleb tostowy i nieśpieszne sobotnie śniadanie



Obudzić się w nieśpiesznych ramionach poranka. Gdy świat dnieje jasnością. Zaspanej ciszy poranka nie zrywa budzik. Sobota. Nareszcie. Można snuć się do woli w ulubionej piżamie, odnaleźć pod łóżkiem osamotnione kapcie. Posłuchać muzyki a nie radia. Rozpuścić myśli jak włosy na wietrze. Nie wiązać ich schematami grafiku. Zanucić. Kawusię w łóżku z wolna popijać.
- A ja poproszę szklankę szoku jabłkowego...
Wybuchnąć śmiechem. Połaskotać dziecko, przeprosić kota (zapomniałam wczoraj kupić karmę), przymknąć oko na bałaganik, on to ma cierpliwość.
- Co będziemy dzisiaj robić?
- A na co macie ochotę?

Najbardziej lubię w sobocie fakt, że możemy być razem. Wspólnie zrobić coś lub nic. Być razem. Patrzeć na siebie i cieszyć się swoją obecnością. Na co dzień tak nam siebie brakuje. Choć nikt z nas nie wyjeżdża. Sobotnie śniadania przeciągają się prawie do południa. Tyle jest spraw do omówienia, wydarzeń do opowiedzenia, dowcipów do wysłuchania i planów, by je snuć.

Dziś dzielę się z Wami moim przepisem na chleb tostowy. Przygotujcie go sami, to nie jest trudne a chleb jest lepszy, już choćby dlatego, że wiecie dokładnie co wchodzi w jego skład. Do tego pomysł na sobotnie śniadanie na słodko. Pyszności...


Chleb tostowy

Składniki:
45 g mąki ziemniaczanej
45 g dokładnie zmielonych płatków owsianych
255 g mąki pszennej chlebowej
145 g mąki tortowej
250 g mleka
2 łyżeczki suchych drożdży
100 g ciepłej wody
40 g masła
2 łyżeczki cukru
1 łyżeczka soli

Przygotowanie:
1. Przesiewamy mąkę tortową do miski. Odkładamy 1 łyżkę do zaczynu.
2. Przygotowujemy zaczyn. Podgrzewamy mleko. W połowie mleka rozpuszczamy drożdże z cukrem i 1 łyżką mąki. Odstawiamy na 10 minut.
3. Dosypujemy do miski pozostałe mąki i sól. Mieszamy.
4. Wlewamy zaczyn, mieszamy dolewając wodę i resztę mleka. Kiedy nie możemy już mieszać przekładamy ciasto ma omączona stolnicę i wyrabiamy. Dodajemy miękkie masło.
5. Kiedy ciasto jest elestyczne i jednolite wykładamy je do keksówki natłuszczonej i wysypanej semoliną lub kaszą manną.
6. Odstawiamy do wyrośnięcia w cieple, przykryte ściereczką.
7. Nagrzewamy piekarnik do temperatury 200°
8. Pieczemy 30 minut. Wyciągamy z foremki i pieczemy jeszcze 15 minut układając chleb spodem do góry.
9. Studzimy na kratce. Kroimy dokładnie wystudzony.


Gofry z chleba tostowego z jabłkami i cynamonem

Składniki:
4 kromki chleba tostowego, jeśli chcemy by były delikatne mięciutkie – odkrajamy skórkę
250 g kwaśnych jabłek
4 łyżki brązowego cukru
1 łyżeczka soku z cytryny
½ łyżeczki cynamonu
1 łyżka miodu
2 łyżeczki masła
1 łyżka mleka

Przygotowanie:
1. Jabłka obieramy i kroimy w kosteczkę. Smażymy na patelni z cukrem, połową cynamonu i sokiem z cytryny.
2. Nagrzewamy gofrownicę.
3. W garnuszku rozpuszczamy masło z miodem, cynamonem i mlekiem.
4. Smarujemy kromki po zewnętrznej stronie. Przekładamy musem z jabłek.
5. Zapiekamy w gofrownicy lub tosterze. Podajemy.

Smacznego!

czwartek, 13 stycznia 2011

Co zrobić z tym, co zostaje?



Posprzątane, pozamiatane ale w lodówce wciąż jeszcze sporo zostało. Produkty, które trzeba zagospodarować, w miarę szybko, najlepiej niewielkim nakładem pracy. Są produkty, których zawsze kupuję więcej z premedytacją. Te resztkowe dania często przyjmują się u nas na stałe. Jak quesadillas, dzięki którym utylizuję najczęściej mięso po ugotowaniu rosołu. Doprawione ostro, zawsze z różnymi składnikami dodatkowymi, nigdy nie smakują tak samo, ale zawsze - dobrze. Oto kilka pomysłów na wykorzystanie produktów, które pozostały nam z przyjęcia. Bardzo przypadły nam do gustu. Polecam gorąco.


Smoothie

Składniki:
150 g mango
175 ml soku z pomarańczy
100 g banana

Przygotowanie:
1. Wyciskamy sok z pomarańczy.
2. Ucieramy w blenderze banana z mango. Mieszamy, jeśli trzeba dosładzamy miodem. Podajemy niezwłocznie.


Quesadillas

Składniki:
duże tortille
pieczony kurczak pokrojony na mmniejsze części
dymka
świeże oregano
sos pomidorowy
tarty cheddar

Przygotowanie:
1. Podgrzewamy tortillę na patelni grillowej lub zwykłej z obu stron. Pozostawiając ją na patelni polewamy sosem pomidorowym, układamy kawałki kurczaka, posypujemy resztą składników.
2. Nakładamy na całość drugą tortillę, dociskamy i przewaracamy na drugą stronę. Pozostawiamy tak 2-3 minuty.
3. Zdejmujemy z patelni i kroimy jak pizzę. Posypujemy świeżymi ziołami i podajemy. Czynność powtarzamy do wyczerpania składników.




Lekka sałatka z cheddarem o miodowej nucie

Składniki dla 2 osób:
80 g rukoli
40 g prażonych płatków migdałowych*
160 g winogron
120 g sera typu cheddar lub gruyer

Na sos:
6 łyżek soku z pomarańczy
4 łyżki soku z limonki
4 łyżki miodu
2 łyżki oliwy
listki świeżej mięty
świeżo zmielone sól i pieprz

Przygotowanie:
1. Przygotowujemy sos. Mieszamy wszystkie składniki w słoiczku. Doprawiamy. Odstawiamy.
2. Rozkładamy rukolę na talerzach.
3. Posypujemy płatkami, połówkami winogron i serem pokrojonym na mniejsze cząstki.
4. Całość polewamy sosem. 

*próbowałam też z całymi prażonymi migdałami dla niejednoznacznej konsystencji całości, tak jak widzicie na zdjęciu, ale z płatkami wychodzi lepsza - delikatniejsza




Domowe kruche krówki śmietankowe

Składniki:
200g masła
200 ml kremówki
400g cukru

Przygotowanie:
1. W rondelku zagotowujemy śmietankę, masło i cukier.
2. Co chwilę sprawdzamy gęstość masy. Doprowadzamy do wrzenia, po czym zmniejszamy ogień i co jakiś czas mieszamy.
3. Kiedy masa zgęstnieje tak, że po chwili zastyga na podstawku, zdjejmujemy z ognia, chwilę mieszamy.
4. Wylewamy do natłuszczonej formy i odstawiamy na kilka godzin w chłodne miejsce. Kroimy w kostkę nożem zanurzanym w zimnej wodzie.

Przepis podaję za Karmelitką. Dziękuję.

środa, 12 stycznia 2011

Tort cytrusowy czyli przyjęcie urodzinowe część 3.



Nie przepadam za tortami. Tymi klasycznymi. Nie lubię ciężkich kremów. Stresuje mnie dekoracja. Robię je niezwykle rzadko. Okazja musi być wyjątkowa. I była. Chciałam, by powstał lekki, wilgotny, niezbyt słodki tort o cytrusowej nucie. Podobno taki właśnie był. Polecam.

Przepis na sam biszkopt pochodzi z Kwestii smaku. Jeśli dokładnie trzymamy się wszystkich wskazówek wychodzi idealny, pięknie wyrośnięty i nie opada. Obie próby, które mam na swoim koncie były bardzo udane. Polecam więc spróbować.

Zapraszam jutro na kilka pomysłów, jak zagospodarować produkty, których kupiliśmy za dużo.


Tort cytrusowy

Składniki:

Na biszkopt:
6 jajek (w temperaturze pokojowej) oddzielnie żółtka i białka
2 szklanki (320 g) cukru pudru
2/3 szklanki (100 g) mąki pszennej
2/3 szklanki (100 g) mąki ziemniaczanej

Biszkopt przygotowujemy przynajmniej 12 godzin przed pokrojeniem. Nasączamy i przekładamy najlepiej także 12 godzin przed podaniem a dekorujemy chwilę przed.

Na przełożenie i dekorację:
konfitura z pomarańczy, limonki i grejfruta
160 g serka mascarpone
1 mango
1 łyżka miodu
2 łyżki Cointreau
500 ml śmietany kremowej do deserów 36%, dobrze schłodzonej
sok z jednej pomarańczy
3 łyżki cukru pudru
płatki migdałowe

Na nasączenie:
125 ml świeżo wyciśniętego soku pomarańczowego
9 łyżek Cointreau
75 ml herbaty cytrusowej
2 łyżki soku z cytryny lub limonki
2 łyżki cukru

Przygotowanie biszkoptu:
1. Piekarnik nagrzewamy do 180°. Tortownicę o średnicy 24 cm dokładnie smarujemy masłem i wysypujemy bułką tartą lub otrębami.
2. Żółtka ucieramy z połową cukru pudru przez około 7 - 8 minut, aż powstanie puszysta i gęsta masa.
3. W drugiej misce ubijamy białka z resztą cukru pudru przez około 7 - 8 minut, aż powstanie lśniąca piana (nie będzie idealnie sztywna).
4. Mąkę pszenną i mąkę ziemniaczaną przesiewamy dwukrotnie (z wysoka) do oddzielnej miski i dokładnie mieszamy.
5. Łączymy żółtka z białkami za pomocą szpatułki, wykonując kilka lub kilkanaście delikatnych ruchów.
6. Następnie do masy przesiewamy 1/3 ilości mąki i bardzo delikatnie łączymy szpatułką, nie niszcząc ubitej piany. Wsypujemy kolejną 1/3 mąki i znów delikatnie łączymy, to samo zrobić z pozostałą mąką.
7. Masę wykładamy do przygotowanej formy, wyrównujemy wierzch. Ustawiamy na kratce w nagrzanym piekarniku i pieczemy przez 40 minut. Jeżeli biszkopt przyrumienia się zbyt szybko przykryjmy go folią aluminiową, zachowa ładny, jasny kolor.
8. Po upieczeniu odrobinę uchylamy piekarnik i odczekujemy 3 minuty, następnie uchylamy drzwiczki jeszcze bardziej i odczekujemy kolejne 3 minuty. Stopniowo studzimy, wysuwając kratkę z biszkoptem na zewnątrz.

Nasączenie i przełożenie
1. Przygotowujemy nasączenie dokładnie mieszając wszystkie jego składniki.
2. Obieramy mango i kroimy je na mniejsze kawałki i ucieramy na kremowe purée w blenderze.
3. Przygotowujemy masę do przełożenia II warstwy. 160 g mascarpone łączymy z 80 g purée z mango, dodajemy 1 łyżkę miodu, 2 łyżki Cointreau i 3 łyżki soku pomarańczowego, mieszamy dokładnie.
4. Przygotowujemy masę do przełożenia III warstwy. 220 g purée z mango łączymy z 2 łyżkami soku pomarańczowego i 3 łyżkami masy do przełożenia II warstwy.
5. Biszkopt kroimy na 4 równe części.
6. Tę część, która posłuży za spód układamy na płaskim talerzu lub desce. Pamiętajmy o tym, że później po przełożeniu będziemy go przekładać na paterę. Nasączamy spód ¼ przygotowanej wcześniej mikstury. Smarujemy obficie konfiturą.
7. Nakładamy drugą część biszkoptu, nasączamy ją ¼ mikstury. Nakładamy równomiernie masę z mascarpone.
8. Przykrywamy i lekko dociskamy kolejną częścią biszkoptu, która nasączamy ¼ częścią mikstury. Nakładamy na nią masę z purée z mango. Odkładamy z niej 3 łyżki.
9. Przykrywamy całość ostatnią warstwą biszkopta, którą nasączamy. Odstawiamy w chłodne miejsce do momentu dekorowania.
10. Ubijamy śmietankę z cukrem pudrem. Mieszamy z odłożonym purée z mango i dekorujemy.



Smacznego!