poniedziałek, 28 lutego 2011

Matoufèt i migawki z wakacji.




Usiadł w fotelu. Przejmujące westchnięcie słomianego oparcia przerwało ciszę.
Jak dobrze...
- Ktoś ukradł nam jeden dzień – rzucił rozpaczliwie szukając potwierdzenia. – Niemożliwe, że już jutro wyjeżdżamy...
- Pamiętam jeszcze, co robiłem wczoraj i dziś. Ale przedwczoraj? Kto pamięta, co robiliśmy przedwczoraj?
Słomiany fotel nadal wzdychał przy każdym nerwowym ruchu pytającego. A może to nadmiar wrażeń skumulowanych w kilku szczęśliwych chwilach?
Pytania, które zawisły w powietrzu jak dym z przypalonej patelni w ślepej kuchni, nie miały natury retorycznej. I mimo,że wszyscy znali odpowiedzi, nikt jednak na nie nie odpowiedział.
Czas było wracać, stawiając czoła niemiłej świadomości końca wakacji. Czas przecieka nam tak przez palce, że czasami nie zostawia nawet śladów, tak trwałych jak choćby obrączka. W pamięci pozostają chwile ważne i te z pozoru przypadkowe, nabierające znaczenia i smaku z czasem, jak wino.
Pamiętam, że tego dnia usiedliśmy jeszcze do matoufèt, prostego ale jakże smacznego i pożywnego tradycyjnego belgijskiego dania. O aksamitnej konsystencji, które zaskakuje i które można modyfikować.  Polecam.

Matoufèt korzeniami sięga jeszcze czasów Średiowiecza. Już wtedy znane było połączenie rozmąconych jajek, mąki i mleka, z dodatkiem boczku. Matoufèt podawano najczęściej na kromce chleba. We Flandrii danie to do dziś nazywane jest po prostu - jajka na boczku, w Walonii jednak darzą je znacznie większą estymą. O czym może świadczyć powołane w Marche-en-Famenne, oficjalne Bractwo Matoufèt.
Jeszcze w XVI wieku matoufèt było daniem spotykanym głównie na wsi. To na ówczesne czasy ekonomiczne danie, z powszechną dostępnością składników, przygotowywało się bardzo szybko, dostarczając niezbędnej energii pracującym w polu.
Według Bractwa matoufèt nie jest ani naleśnikiem (nie obraca się go na drugą stronę) ani też omletem (dodaje się do niego mąkę). We Francji nazywa się go matafan lub matefaim (przepis na matefaim znajdziecie tutaj). Zależnie od lokalnych preferencji niektóre ze składników zmieniają się. W Aywaille, nie dodaje się do niego mleka, zastępując je w całości wodą, w Libramont dodaje się dodatkowo dymkę a w Liège – cukier.
Współcześnie matoufèt związany jest ze świętowaniem końca karnawału. Nie jest już tylko pożywieniem dla spracowanych ludzi, lecz także pokrzepieniem dla uczestników kończących karnawał zabaw ulicznych przeciągających się aż do rana.

Liczne odmiany matoufèt
Często dodaje się do matoufèt chleb (najlepiej czerstwy, bez skórki) namoczony wcześniej w mleku i cukier. Wersję na słodko bardzo lubią dzieci.
Przepis opublikowany w 1514 roku w książce zatytułowanej "Notabel boecxken van cokeryn" podaje jeszcze inny sposób przygotowania. Na wolnym ogniu roztapiamy masło, dodajemy wino i jajka wymieszane wcześniej z cukrem i cynamonem. Jeszcze inne przepisy sugerują zastąpić cynamon imbirem i zrezygnować z cukru.  



Matoufèt
Przepis Bractwa Matoufet z Marche-en-Famenne*

Składniki:
200 g chudego świeżego boczku
1 łyżka mąki
2 filiżanki mleka
1 filiżanka wody
8 jajek
sól i pieprz

Przygotowanie:
1. Podsmażamy powoli pokrojony boczek.
2. Odlewamy wytopiony tłuszcz.
3. Mąkę, jajka, wodę i mleko mieszamy w oddzielnym naczyniu. Ubijamy i doprawiamy.
4. Całość wylewamy na patelnię z boczkiem. Mieszamy aż do ścięcia się masy. Podajemy na gorąco z ciemnym chlebem.

*przepis i informacje pochodzą z książki "La cuisine traditionnelle belge" Marca Declercq.



A to już kilka migawek z wakacji na wybrzeżu Morza Północnego. Uzupełnię je jeszcze dzisiaj.

Życzę Wam dobrego dnia i tygodnia.

Zaczęło się pięknie, od lata dzieliły nas tylko ciepłe kurtki...







Wiosna krzątała się nie tylko po plaży...


Następnego dnia wszystko spowiła mgła. Przyczajony nocą przymrozek pozostawił po sobie liczne ślady na tafli pobliskiego stawu. Kaczki, mewy i rybitwy ślizgały się po niej zadziwione.








Tafla wody traciła resztki cierpliwości, skrzecząc złowieszczo.


Mgła poczynała sobie tak śmiało, że ostatniego dnia zabrakło morza. Po prostu zniknęło w jej otchłani.


I to był znak, że czas wracać do domu. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w Haarlemie, położonym zaledwie 15 minut drogi pociągiem od Amsterdamu. Czas także wpadł tu na dłuższą chwilę i zatrzymał do dziś.

Urzekały mnie przyozdobione, najczęściej kwiatami, rowery.


Dworzec. Jego secesyjny budynek, który możemy dziś podziwiać, został wzniesiony w 1908 roku.


Wiele tu miejsc zaklętych w czas. Stare antykwariaty, księgarnie czy apteki, jak ta przy ul. Gierstraat 3. Założona w 1849 roku. Wnętrze, gabloty, stare regały i liczne, dziś już tylko eksponaty, wciąż tam są, tworząc wyjątkową atmosferę. I tylko ukryty za starym kontuarem ekran LCD do obsługi nowoczesnej kasy sprzeniewierza się całości. Kupicie tu lubiane w Holandii i znane na całym świecie, choć nie jestem już taka pewna, czy reszta świata tę sympatię podziela, bo ja akurat niekoniecznie - cukierki lukrecjowe w odmianach i formach tak licznych, że trudno byłoby wszystkiego spróbować. I pyszne herbaty, zioła i przyprawy w wielkim wyborze. 

Idąc w prostej linii od starego rynku, na który zarezerwujcie sobie chwilę dłuższą, ulicą Grote Houtstraat natkniecie się na liczne sklepy z serami, słodyczami, winami. Wybór, jak na Holandię, oszałamiający.  




środa, 23 lutego 2011

Chleb dyniowy na zakwasie pszennym



Zapraszam Was dziś na chleb, wilgotny, mięsisty, o charakterystycznym smaku. Jego przygotowanie nie jest trudne, ani czasochłonne. A efekt – szczególnie dla miłośników pestek dyni – naprawdę świetny. Polecam.

Chleb dyniowy na zakwasie pszennym

Składniki:
290 g zakwasu pszennego*
300 g wody
190 g uprażonych i zmielonych pestek dyni
290 g mąki pszennej chlebowej
90 g zmielonych płatków owsianych
3 łyżki oleju z pestek dyni
1 łyżeczka drożdży instant
1 łyżeczka soli
1,5 łyżki cukru trzcinowego

Przygotowanie:
1.       Do dużej miski wlewamy wodę i zakwas. Mieszamy.
2.      Mąkę, cukier, sól, zmielone pestki i płatki mieszamy w oddzielnym pojemniku. Dodajemy oliwę.
3.      Do suchych składników dodajemy płynne, mieszając i wyrabiając do dokładnego połączenia. Wyrabiamy.
4.      Przekładamy do miski i odstawiamy pod przykryciem w ciepłym miejscu do wyrośnięcia, na około 1,5 godziny.
5.      Po tym czasie wyrabiamy jeszcze raz przez chwilę i przekładamy do okrągłej foremki o średnicy 24 cm wysmarowanej tłuszczem i wysypanej pestkami dyni.
6.      Odstawiamy do ponownego wyrastania.
7.      Nagrzewamy piekarnik do 230°
8.      Pieczemy w 230° przez 10 minut, następnie redukujemy temperaturę do 210° i pieczemy jeszcze 30 minut.
9.      Chleb wyjmujemy z foremki i studzimy na kratce.

*zakwas pszenny przygotowujemy na bazie zakwasu żytniego. Z dokarmionego 12 godzin wcześniej zakwasu żytniego odkładamy do oddzielnego słoika 90 g, które dokarmiamy 100 g wody i 100 g mąki pszennej chlebowej. Dokładnie mieszamy i odstawiamy na 12 godzin, na przykład na noc. Po tym czasie zakwas pszenny jest gotowy i możemy go użyć do upieczenia chleba dyniowego.
 


Smacznego!

poniedziałek, 21 lutego 2011

Wine Chocolate Cake na Czekoladowy Weekend



Znowu ścigam się z czasem. Dlatego tylko tyle dziś. Jutro zdjęcia. Ciasto, jeszcze gorące powędrowało w gości. Wieczorem dowiozłam z powrotem do domu kilka kawałków, by zrobić zdjęcia, na co zabrakło mi jednak czasu. Przed wyjazdem trudno znaleźć czas na wszystko. A tak się zawsze składa, że Czekoladowy Weekend przypada w czasie naszych ferii...

Zamarzyło mi się ciasto czekoladowe o wyraźnym, wytrawnym smaku. Niekoniecznie słodkie. Deserowe. Wyraziste. Z nutą pieprzu. I oczywiście - intensywnie czekoladowe. Do mocnej kawy. I rozmów o książkach. Z przyjaciółmi. Dziękujemy Wam za to i wszystkie inne nasze spotkania.
A ciasto polecam Wam gorąco. Jest naprawdę wyjątkowe.

Wine Chocolate Cake

Składniki:
100 g ciemnych rodzynek
90 g czerwonego wytrawnego wina
175 g ugotowanych buraczków
255 g czekolady deserowej 70% zawartości kakao
60 g masła
120 g muscovado
2 jajka
1 białko
szczypta soli morskiej
3 g proszku do pieczenia
5-7 ziarenek dzikiego pieprzu
100 g mąki


Przygotowanie:
1. Dzień wcześniej zalewamy rodzynki 60 g czerwonego wina. Odstawiamy na noc.
2. Rodzynki powinny wchłonąć całość, dolewamy resztę wina i mielimy na purée. Dodajemy ugotowane buraczki i ;ielimy ponownie do uzyskania gęstej, kre;owej masy.
3. Rozpuszczamy czekoladę z masłem. Dosypujemy cukier i mieszamy do całkowitego rozpuszczenia..
4. W misce ubijamy mikserem jajka, dodajemy rozpuszczoną czekoladę i buraczkowo-rodzynkowe purée.
5. Przesiewamy do oddzielnej miski mąkę, mieszamy ją z proszkiem do pieczenia i roztartym w moździerzu pieprzem. Całość dodajemy do masy czekoladowej.
6. Ubijamy osobno białko na sztywno ze szczyptą soli morskiej.
7. Nagrzewamy piekarnik do temperatury 175°
7. Dodajemy je mieszając delikatnie drewnianą łyżką do całości.
8. Okrągłą foremkę o średnicy 20 lub 22 cm smarujemy masłem i wysypujemy kakao lub semoliną.
9. Wylewamy ciasto do formy i pieczemy 25 do 30 minut. Ciasto najlepiej jest wyjąć z piekarnika po 25 minutach i pozwolić mu jeszcze "dojść" w foremce.

Smacznego!

sobota, 19 lutego 2011

Topinambur? Zupa!



Obiecałam Wam na dzisiaj zupę. Z topinambura. Spieszyć się muszę nim dzisiaj dopełni się ostatecznie. Będzie więc krótko.
Topinambur. Specyficzne, słodkawe warzywo, o czosnkowo-grzybowym posmaku. Pomyślałam, że dopełnię ten smak garścią leśnych grzybów i pieczarek. Złamię go trochę kwaśnością tamaryndowca. Zupełnie szczerze. Nie wszystkim smakowało. Przypadła do smaku tym lubiącym nowości, egzotyczne nuty i odmianę. Zupa. Ale jak zupa. Spróbujcie sami.

Jutro będzie czekoladowo. Będzie też o targach książki, które odbywają sie właśnie w Brukseli. Zapraszam.



Zupa z topinambura

Składniki:
1 kg bulwy topinambura
1 -1,5 l bulionu warzywnego
garść suszonych leśnych grzybów
2 posiekane drobno szalotki
kilka gałązek świeżego tymianku
200 g pieczarek
½ łyżeczki pasty z tamaryndowca, można zastąpić sokiem z limonki do smaku
odrobina kremówki, jeśli lubicie


Przygotowanie:
1.       Grzyby leśne myjemy, zalewamy wrzątkiem i odstawiamy na 2 godziny.
2.      Pieczarki oczyszczamy, kroimy w plasterki.
3.      Topinambur obieramy. Myjemy. Kroimy w dużą kostkę.
4.      W głębokiej patelni lub żaroodpornym naczyniu podsmażamy szalotkę na odrobinie masła, dodajemy pieczarki.
5.      Nagrzewamy piekarnik do temperatury 180°
6.      Kiedy pieczarki lekko odparują dodajemy topinambur i tymianek. Podsmażamy 10 minut. Zalewamy połową bulionu.
7.      Osączamy grzyby leśne, siekamy i dodajemy do zupy.
8.      Wstawiamy do piekarnika na ½ godziny.
9.      Rozrabiamy pastę z tamaryndowca w odrobinie bulionu i dodajemy do zupy.
10.   Rozcieńczamy zupę bulionem do konsystencji, jaką lubimy. Zabielamy, jeśli chcemy śmietaną. Podajemy.




Smacznego!



czwartek, 17 lutego 2011

Oliebollen. Holenderskie pączki z jabłkiem.



Codziennie odliczanie. Czasu, który pozostał do ferii, do świąt, do weekendu, do wakacji...Upływające dni paradoksalnie cieszą, przecież jesteśmy coraz bliżej... Wymarzonego odpoczynku, przygody, wytchnienia, wyjazdu. Czasami mam wrażenie, że to takie nierozważne matrnotrawstwo. Oddawane lekką ręką dni odchodzą bezpowrotnie. A co jeśli są cenniejsze od tego czego tak wyglądamy? Nawet jeśli są zwykłe, nieszczególnie wyróżniające się jedne od drugich? 
Od kilku dni dodaję dzieciom otuchy odliczaniem dni, które pozostały do wyjazdu. Dni, kiedy nie będą musiały wstawać tak wcześnie. To zawsze dobry argument, by wstać. I zastanawiam się, czy dobrze robię? Czy może nie lepiej motywować je inaczej? Na przykład tak: Cieszmy się, że się obudziliśmy. Że nikt nie miał w nocy gorączki, nie kaszlał, nie miał złych snów... Że mamy przed sobą cały nowy dzień. Podobnie z zasypianiem. Wieczne bunty i targi... A może lepiej - zamknąć po prostu oczy z wdzięcznością za dzień co odchodzi bezpowrotnie?

Wracając jednak do kulinarnej rzeczywistości. Polecam Wam dziś gorąco te pączki. Nie mogą nie wyjść, nie trzeba ich formować, nadziewać i w związku z tym denerwować się. Nie potrzeba też wiele czasu. Robiłam je już trzykrotnie w ciągu ostatnich kilku dni i przyznam, że kiedy spisywałam przepis miałam ochotę wstać i biec na dół, by nastawić je ponownie. I gdyby nie fakt, że praca czeka, tak właśnie bym zrobiła. Nie będę opisywała ich smaku. To trzeba spróbować samemu. 

W sobotę zapraszam na zupę z topinambura. Od dawna czeka cierpliwie na publikację. Nie tylko ona zresztą :-)



Oliebollen

Składniki:
1 pomarańcza
2 jabłka, najlepiej reneta, boscop lub koksa
150 g ciemnych rodzynek
500 h mąki tortowej
7 g suchych drożdży
1 łyżeczka cukru
1 łyżeczka soli
1 jajko
250 ml maślanki (dostępna w Belgii w każdym większym sklepie jako karnemelk/lait battu)
250 ml chudego jogurtu naturalnego
tłuszcz do smażenia
cukier puder do podania



Przygotowanie:
1.       Dokładnie myjemy i sparzamy skórkę pomarańczy. Obieramy tylko pomarańczową część i drobno kroimy.
2.      Jabłka kroimy drobno, mniej więcej na kostkę o boku 0,5 cm.
3.      Rodzynki skropiłam dodatkowo rumem i powostawiłam na chwilę.
4.      W jednym naczyniu łączymy pokrojone jabłka, skórkę pomarańczową i rodzynki. Posypujemy całość 1 czubatą łyżką mąki, mieszamy i odstawiamy.
5.      Do osobnej miski przesiewamy mąkę, dodajemy sól, cukier i drożdże. Mieszamy dokładnie.
6.      Jajko, maślankę i jogurt łączymy w oddzielnym pojemniku.
7.      Do sypkich składników wlewamy maślankę miksując  na średnich obrotach. Uzyskamy bardzo gęstą masę, ale taka ma być. Dodajemy jabłka i mieszamy raz jeszcze.
8.      Odstawiamy ciasto przykryte ściereczką w ciepłym miejscu, na 1,5 godziny aż podwoi objętość.
9.      Rozgrzewamy tłuszcz we frytkownicy (do 175°) lub w głębokiej patelni.
10.   Ciasto nabieramy łyżką do lodów lub po prostu dużą łyżką. Pączki nie będą miały idealnych kształtów. Ale po kilku dojdziemy wreszcie do wprawy. Zresztą – taki ich urok. Smażymy nie więcej niż 5 sztuk na raz. Osuszamy na ręczniku papierowym. Podajemy posypane cukrem pudrem lub polane lukrem.


środa, 16 lutego 2011

Nie zapomnij śniadania do pracy...Petits pains au lait



Mogę podzielić się z Tobą wszystkim...
każdym groszem,
bamboszem,
z samochodem
już chyba nie poszłoby tak łatwo
(musiałbym się zastanowić).
Troskami
a jakże!
Wieszakami w szafie,
miejscem na kanapie
i nawet tym przy stole...
Choć, jeśli pozwolisz,
spać wolę po mojej stronie łóżka...
Do głowy przychodzi mi jeszcze
moja ulubiona poduszka,
nie bez wahania dorzucę też:
Manna i nawet Hellera
I...
Jak to grzecznie, cholera, powiedzieć?
Powtórzę więc...
Wszystko, co powyżej spisane
pod wpływem chwili i rozpaczy... która mną ciska!
Dam Ci to wszystko,
tylko
nie jedz, kochanie, z mego talerzyka...
Proszę...

Warto posłuchać: Grand Corps Malade "Roméo kiffe Juliette"
http://www.youtube.com/watch?v=RcxRMikZrbY

16 lutego
Obsypane szkarłatem i kiczem sklepowe dekoracje straciły na wartości. Komercyjnej. Jednak to, do czego usiłują nawiązywać, może właśnie dziś jest jeszcze bardziej w cenie. Zwykłego, szarego, mroźnego dnia. Gdy znowu trzeba było wstać do pracy. (Szczęśliwi Ci, którzy mają ferie...) Zrobić komuś śniadanie...
Nagonka czasu i awaria komputera uniemożliwiły mi publikacje. Przedstawiam Wam obiecany przepis na mleczne bułeczki śniadaniowe. Są dokładnie takie, jak obiecuje ich nazwa. Bardzo mleczne. Dodam do tego jeszcze – delikatne i miękkie. W sam raz na śniadanie. Podarowane komuś wyjątkowemu. Polecam.

Zapraszam jutro na pyszne holenderskie pączki.



Petits pains au lait
Wszystkie składniki powinny mieć temperaturę pokojową.

Składniki:
300 g mąki pszennej typ 550
120 g mąki ziemniaczanej
80 g zmielonych płatków owsianych
180 ml mleka
20 g świeżych drożdży
2 średniej wielkości jajka
60 g drobnego cukru
10 g soli
100 g miękkiego masła lub margaryny

Przygotowanie:
1.       Rozpuszczamy drożdże w mleku.
2.      Do miski przesiewamy mąkę pszenną, dodajemy zmielone płatki i mąkę ziemniaczaną, mieszamy je z solą, cukrem i jajkami. Dolewamy mleko. Wyrabiamy około 10 minut. Możemy dodać odrobinę mleka lub mąki zależnie od konsystencji ciasta, które nie powinno się kleić.
3.      Dodajemy partiami masło aż do wyrobienia ciasta, które powinno być elastyczne, gładkie i nieklejące się. Formujemy kulę.
4.      Pozostawiamy w misce do wyrośnięcia na 1 godzinę.
5.      Po tym czasie wyciągamy ciasto w miski, podnosimy i upuszczamy z góry. Formujemy na nowo i w przykrytej misce wstawiamy do lodówki na 30 do 60 minut.
6.      Wykładamy ciasto na stolnicę delikatnie wysypaną mąką. Dzielimy ciasto na kawałki o wadze 65-70 g / 12 sztuk, pozostawiamy by odpoczęło na 10 minut przykryte ściereczką.
7.      Formujemy byłeczki, lekko podłużne. Układamy na blasze wyłożonej pergaminem i pozostawiamy do wyrośnięcia w cieple na 1,5 godziny.
8.      Nagrzewamy piekarnik do temperatury 210°. Każdą bułeczkę smarujemy jajkiem lekko ubitym ze szczyptą soli. Pieczemy 10-15 minut. Po 10 minutach warto sprawdzić patyczkiem. Suszymy na kratce.


Przepis pochodzi z bloga Sandry. Zmieniłam go jednak, a wersję oryginalną znajdziecie tutaj.
Smacznego!

czwartek, 10 lutego 2011

Krucha karkówka i pożar do ugaszenia.



Jest kilka takich pytań, które zajmują stałe miejsce w naszym codziennym repertuarze. Wracają jak bumerang. Najczęściej w  najmniej odpowiednim momencie. Każdego dnia od nowa. I często zdarza się, że nie ma na nie dobrej i jedynie słusznej odpowiedzi.  
- Mamo, gdzie jest moja bluzka?
- Dlaczego musimy jeść marchewkę?
- Co jedli rycerze?
- Dlaczego muszę chodzić do szkoły?
- Co pływa w tej zupie?
- Kto schował moją piłkę?
- Dlaczego nie mogę chodzić później spać?
Wszyscy znamy je doskonale. Nie będę więc mnożyć tych przykładów. Ale jeśli do tego dodamy jeszcze pytania, które zadajemy sobie sami?
- Dlaczego nie poszłam wcześniej spać?
- Gdzie ja włożyłam swój telefon?
Skończę na tym, by nie podnosić poziomu frustracji, którą mogłaby spowodować szczegółowa wyliczanka.
Zapomniałabym jeszcze o moim ulubionym – Co zrobię na obiad?

Kilka dni temu przysiadłam sobie w kuchni po raz kolejny usiłując znaleźć odpowiedź, która usatysfakcjonuje wszystkich. Choć z góry wiadomo, że to raczej niemożliwe. I nie chciało mi się nic. Ani gotować, ani robić zakupów, ani sprzątać. Marzyłam o tym, by usiąść z książką na słońcu i choćby zmarznąć, ale poczytać sobie na świeżym powietrzu.

Zajrzałam do lodówki. Postanowiłam, że karkówkę upiekę z tym, co znajdę w środku. Spojrzałam na cebulę i przystąpiłam do dzieła. Upiekłam co najmniej trzy pieczenie na jednym ogniu: karkówkę, przy jednoczesnej utylizacji zapasów cebuli i dobrej lekturze w otwartych drzwiach tarasu. I bardzo nam smakowało. I pachniało cudnie. Polecam.

- Mamo, a w co ja mam się przebrać na bal karnawałowy?

Czasami wydaje mi się, że jestem członkiem zupełnie nieochotniczej straży pożarnej a wszystko co robię to gaszenie pożarów...


Karkówka pieczona w cebuli z porto

Składniki: na 3-4 porcje
650 g karkówki
550 g cebuli różnych gatunków  (z przewagą czerwonej plus szalotki i cukrowa)
200 ml porto
4 łyżki aceto balsamico
kilka gałązek świeżego tymianku
tymianek suszony
sól morska, pieprz
2 łyżki masła
6 łyżek cukru
2 duże gruszki
garść orzechów włoskich

Przygotowanie:
1.       Karkówkę kroimy tak, by uzyskać około 5 ładnych sznycli równej grubości. Nacieramy je solą, pieprzem i suszonym tymiankiem. Odstawiamy.
2.      Kroimy 450 g cebuli w piórka.
3.      Na wysokiej patelni z grubym dnem lub w żaroodpornym garnku roztapiamy 1 łyżkę masła, dodajemy 3 łyżki cukru. Nie mieszamy, poruszamy patelnią aby równomiernie rozprowadzić cukier i czekamy aż lekko się skarmelizuje. Następnie dodajemy połowę pokrojonej cebuli. Mieszamy dokładnie. Po chwili układamy na niej mięso. Smażymy około 10 minut.
4.      Nagrzewamy piekarnik do temperatury 180°.
5.      Dodajemy resztę pokrojonej wcześniej cebuli, zalewamy 175 ml porto i 3 łyżkami aceto balsamico. Mieszamy delikatnie. Na wierzchu układamy gałązki tymianku. Przykrywamy. Wstawiamy do piekarnika. Pieczemy około 40 minut, po tym czasie sprawdzamy miękkość mięsa i konsystencję sosu, podlewamy odrobiną wody w razie potrzeby.
6.      Gruszki obieramy, kroimy na ćwiartki.
7.      Siekamy drobno resztę cebuli.
8.      Na patelni rozpuszczamy masło, posypujemy cukrem. Karmelizujemy, dodajemy cebulę i suszony tymmianek, dokładnie mieszamy, po chwili resztą porto i aceto balsamico. Gdy całość lekko odparuje dodajemy gruszki, delikatnie mieszamy. Po 2-3 minutach zdejmujemy z patelni.
9.      Pokrojone grubo orzechy prażymy na patelni.
10.   Karkówkę po wyjęciu z piekarnika wyciągamy z garnka. Sos miksujemy na gładki krem, doprawiamy w razie potrzeby.
11.    Karkówkę podajemy z purée lub prażoną kaszą gryczaną z sosem i gruszką z cebulowym chutneyem, posypaną uprażonymi orzechami.


Smacznego!

środa, 9 lutego 2011

Toast za przyjaźń. Yellow WOW.



Pamiętacie opowieść sprzed roku? (klik) Dla mnie, dla nas, jest to opowieść sprzed wielu lat, na przestrzeni których zmieniło się tak wiele, prócz naszej przyjaźni. Nie wiem jak Wy to odczuwacie, ale uświadomienie sobie zmian, które dokonały się na przełomie ostatnich 20 lat, może przyprawić o zawrót głowy. To był świat bez telefonów komórkowych i internetu. Wysyłaliśmy do siebie maile z laboratorium Politechniki, bo tylko tam był dostęp do sieci. Nowe technologie stanowią dziś podstawę naszego życia zawodowego, a ja piszę kolejny post z życzeniami urodzinowymi dla mojego przyjaciela. Przeczyta go zapewne za kilka chwil i odpisze. Nasze dzieci nam nie wierzą, to niemożliwe, że nie było internetu - mówią. Jak wy wtedy żyliście? Co robiliście, żeby ze sobą porozmawiać? Jak słuchaliście muzyki? (Wypożyczaliśmy płyty CD do przesłuchania w domu i słuchaliśmy Trójki)...
Myślę sobie o nas, wesołych, szalonych dzieciakach, którym do szczęścia potrzeba było tak niewiele, a radosnego bycia razem nie zastępowały żadne gadżety i cieszę się mimo wszystko. Bez poczucia żalu, że naszą młodość przyszło nam spędzić w takich a nie innych czasach. Zmiana to jedyna constans w naszym życiu. Dynamika, którą narzuca, zmusza i nas do zmian, podejmowania wyzwań, stawiania sobie celów do realizacji, i marzeń do spełnienia. Stabilizacja? Fatamorgana!
Zmianom podlegały powiększające się wciąż odległości i położenie geograficzne. Niezależnie od tego, kolejny raz wznosimy dziś Twoje zdrowie. I niezmiennie – dziękujemy Ci za tamte czasy i Twoją obecność w naszym życiu.

A skoro o toaście mowa. Wiem, że purée z mango pojawia się ostatnio u mnie dość często w różnych konfiguracjach. Nic jednak nie poradzę, że to właśnie połączenie tak bardzo nam pasuje... Inspiracją był klasyk gatunku – Bellini.




Yellow WOW

Składniki: na 2 porcje
250 g mango zmielonego na purée
2 łyżki świeżo wyciśniętego soku pomarańczowego
2 łyżki Malibu
350 ml jasnego wina musującego,  użyłam wytrawnego Chardonnay, może być też wytrawne Cremant

Przygotowanie:
Mango ucieramy z sokiem pomarańczowym na purée, dodajemy Malibu, mieszamy dokładnie. Zalewamy winem, mieszamy ponownie i podajemy.

Smacznego!