wtorek, 31 stycznia 2012

Crêpes i galettes w kilku odmianach, z różnych zakątków Francji.


O Chandeleur, przypadającym każdego roku 2 lutego, pisałam Wam już kiedyś tutaj i tutaj. Jesteśmy wielkimi wielbicielami wszelkich placków, placuszków i naleśników, dlatego tak bardzo to święto nas cieszy. W miarę upływu dnia i w ciągu najbliższych jeszcze 2, które pozostały nam do Chandeleur publikować będę różne ciekawe i sprawdzone przepisy. Polecam gorąco.

Jeszcze dziś pozostałe zdjęcia i kilka uwag. Proszę o cierpliwość wszystkich łasuchów.  


Crêpes de froment (Bretagne)
Naleśniki bretońskie


Delikatne, miękkie i lekkie. Idealnie słodkie i same w sobie tak smaczne, że nie potrzebują już właściwie żadnych dodatków. Pyszności. Jeżeli pominiemy cukier i zastąpimy go przyprawami lub ziołami są także dobrą bazą dla naleśników z nadzieniem wytrawnym.

Składniki :
250 g mąki pszennej (lub też 200 g pszennej i 50 g mąki gryczanej)
4 jajka
40 g masła
½ l mleka
100 g cukru pudru
szczypta soli
opcjonalnie – 1 łyżka rumu

Przygotowanie:
1.       Rozpuszczamy masło. Podgrzewamy lekko mleko.
2.      Mąkę wsypujemy do miski, robimy zagłębienie, do którego wbijamy jajka, wsypujemy cukier, sól, wlewamy rum i przestudzone masło.
3.      Mieszamy, zagarniając mąkę z brzegów.  
4.      Dolewamy delikatnie mleko. Masa będzie naprawdę rzadka. Ale właśnie taka ma być.
5.      Odstawiamy przykrytą ściereczką miskę do lodówki na minimum 2 godziny.
6.      Po tym czasie ciasto jeszcze raz dokładnie mieszamy. Nagrzewamy patelnię. Smażymy naleśniki.

WARIANT
Możemy zastąpić mleko słodkim cydrem. Wówczas dodajemy jeszcze do masy 3-4 łyżki gęstej śmietanki.



La galette de Saintonge (Poitou-Charentes)
Placki z Saintonge

Bardziej ciasteczka o smaku naleśnikowym. Kruche i smakowite. Ich wielkim atutem jest możliwość przechowywania.

Składniki :
250 g mąki
125 g cukru
1 duża szczypta soli
szczypta proszku do pieczenia
125 g miękkiego masła
1 duże jajko
100 g kandyzowanych owoców

Przygotowanie:
1.       W misce mieszamy mąkę, cukier, sól i proszek. Następnie dodajemy masło, jajko i pokrojone kandyzowane owoce. Zagniatamy szybko. Odstawiamy w misce przykrytej ściereczką na 2 godziny do lodówki.
2.      Nagrzewamy piekarnik do temperatury 190 stopni.
3.      Ciasto po wyjęciu z lodówki wyrabiamy raz jeszcze. Rozwałkowujemy na placek o grubości 5 mm.
4.      Wykrawamy placki o dowolnych kształtach. Układamy na blasze wyłożonej pergaminem. Smarujemy żółtkiem wymieszanym z odrobiną mleka. Wówczas ładnie się zrumienią.
5.      Pieczemy bez nawiewu. Przepis oryginalny mówi o 30 minutach. W naszym przypadku wystarczyło 15 minut.
6.      Studzimy na kratce. Przechowujemy w szczelnie zamkniętej puszce.




La Galette ardennaise (Champagne-Ardennes)
Placek ardeński

Wielkie zaskoczenie. Bardzo pozytywne. Ni to placek, ni naleśnik, ni omlet. I każdy z nich po trochu. I jedyny w swoim rodzaju. Do spróbowania koniecznie! Szczególnie na smakowite, leniwe śniadanie.

Składniki:
20 g świeżych drożdży
100 ml mleka
125 g drobnego cukru
150 g masła
300 g mąki
3 jajka
szczypta soli
50 g cassonade do posypania (możemy zastąpić brązowym cukrem)



Przygotowanie:
1.       Rozkruszamy w dłoniach drożdże. Zalewamy połową lekko podgrzanego mleka. Dodajemy 2 łyżki cukru, mieszamy. Odstawiamy na 30 minut.
2.      Rozpuszczamy połowę masła.
3.      Do miski przesiewamy mąkę, dodajemy sól, resztę mleka, jajka i zaczyn drożdżowy. Mieszamy.
4.      Dodajemy rozpuszczone masło.
5.      Wyrabiamy do uzyskania jednolitego, elastycznego i gładkiego ciasta. Użyłam do tego po prostu łyżki. Ciasto jest dość luźne. Wystarczy je dokładnie wymieszać do jednolitej postaci. 
6.      Tortownicę o średnicy 30 cm smarujemy masłem i wysypujemy mąką.
7.      Wykładamy placek ciasta, w którym robimy zagłębienia, około 5-6, w których układamy małe kawałeczki pozostałego masła.
8.      Nagrzewamy piekarnik do temperatury 160 stopni.
9.      Wierzch placka wysypujemy cukrem.
10.   Pieczemy 15-20 minut.
11.    Podajemy lekko przestudzony.



Galettes de blé noir (Bretagne)
Naleśniki gryczane

Ta ich wersja smakuje nam najbardziej. I jednocześnie trudno o coś prostszego. Dobrze się składają, są elastyczne. W wersji klasycznej, z jajkiem, szynką i gruyère smakują wyśmienicie.

Składniki :
250 g mąki gryczanej
1 duże jajko
5 g soli
20 g masła

Przygotowanie:
1.       Mąkę przesypujemy do miski, robimy zagłębienie, wsypujemy do niego sól i wbijamy jajko. Mieszamy drewnianą łyżką zagarniając mąkę do środka.
2.      Dolewamy stopniowo ½ l wody. Ciasto będzie rzadkie. Ale takie ma być.
3.      Odstawiamy w chłodnym miejscu na 24 h.
4.      Przed smażeniem naleśników dodajemy rozpuszczone masło. Mieszamy dokładnie.
5.      Smażymy naleśniki z obu stron.
6.      Tradycyjnie w centrum usmażonego już naleśnika na patelni wbijamy jajko, posypujemy je kawałkami szynki i tartym serem gruyère. Następnie zakładamy do środka brzegi naleśnika tak, by nadzienie było jednak widoczne.
Wszystkie powyższe przepisy pochodzą z książki "Les meilleurs recettes de nos terroirs".

Smacznego!

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Karnawałowa przystawka. Rouleaux de printemps.


Ciemność zajechała pod okna wielkim wozem. Ptaki szepczą przed snem. Powietrzem zawładnął aromat mrozu. Przedcisza. Przedspokój. Przedpokój nocy. Bardzo lubię te chwile.

Jeszcze tylko szybka powtórka przed dyktandem z polskiego (Mamo, co to jest huba?), z francuskiego, z okoliczników, czytanka o Ulemce i na dobranoc lektura obowiązkowa – Anaruk. Wreszcie jednak ciszę przeszywać będą dziecięce oddechy a pająki ukryte w kącie odetchną z ulgą. Ja także.

Szczególnie, że weekend, co za nami, pełen był emocji. Dobrych emocji. Mieliśmy okazję uczcić ważną rocznicę urodzin, potańczyć i pośpiewać kolędy w zacnym towarzystwie i przy wyśmienitym akompaniamencie. To właśnie na spotkanie kolędowe, które stało się już tradycją, powstały między innymi ruloniki z krewetkami. Polecam.

Jutro zapraszam na naleśniki. Na przegląd po różnych regionach Francji i ich odmiany. Kilka przepisów, które będziecie mieli okazję przemyśleć i wybrać coś dla siebie. W końcu Chandeleur już w czwartek.  

Dobrego tygodnia Wam życzę. Ja już odliczam dni do wyjazdu do Krakowa. Chociaż, kiedy patrzę na zapowiadane tam na weekend temperatury, mój zapał wprawdzie nie stygnie, ale uszy już marzną. O tym, co będę tam robiła, napiszę wkrótce.




Rouleaux de printemps

Składniki:
300 g małych różowych krewetek
1 duża łodyga selera naciowego
puszka liczi w syropie
garść świeżej bazylii
liście sałaty lodowej
makaron sojowy nitki, połowa opakowania 100 g
papier ryżowy

Przygotowanie:
1.       Przygotowujemy makaron sojowy zgodnie z instrukcją na opakowaniu.
2.      Oczyszczamy łodygę selera, kroimy ją na drobną kosteczkę.
3.      Rozdrabniamy bazylię i sałatę lodową. Liczi osączamy z syropu i kroimy w drobną kostkę.
4.      Krewetki skrapiamy sokiem z cytryny.
5.      Pod strumieniem wody z kranu moczymy pojedynczy papier ryżowy. Osuszamy, układamy na ściereczce lub na kratce, jak nam wygodniej. Instrukcję składania rouleaux znajdziecie tutaj. Układamy porcjami sałatę, makaron, krewetki, seler, liczi. Całość posypujemy bazylią. Zwijamy.
6.      Podajemy z sosem sojowym, w którym maczamy nasze ruloniki.



Smacznego!

piątek, 27 stycznia 2012

Maślana babka cytrynowo-waniliowa.


Pytam cud-męża, dlaczego wciąż wiszą świąteczne dekoracje wokół domu. Te wewnątrz zdjęłam jakiś czas temu. Nasz dom jest jedynym w okolicy, który wciąż jaśnieje z daleka niczym pierwsza gwiazdka.

– Wiesz, jak przyjemnie wraca się do domu, kiedy się widzi to światło? O ile łatwiej przez to jest zapomnieć o szarości stycznia?

Poprosiłam, by dokonał w końcu aktu demontażu. Zobaczymy jutro.

Mnie w powroty do domu osładza często świadomość pozostawionego w chlebaku kawałka ciasta. Wtedy wystarczy mi już tylko szklanka mleka i chwila dla siebie. Kilka minut w cierpliwej ciszy domu, który na nas czeka. Kiedy jest czas na skupienie nad każdym kęsem i wzrok wbity w kilka pozostałych okruszków. Zanim dom wypełnią dzieci wracające ze szkoły a wszystkie związane z tym emocje rozgoszczą się w każdym kącie.

Wracając do rozpoczętego wczoraj tematu babki. Osładza zimową egzystencję aksamitną teksturą, cytrynowym podtekstem i kołyszącym aromatem wanilii. Pycha. A jej przygotowanie, jeśli tylko mamy pod ręką ten syrop i Limoncello (może być także nasza cytrynówka lub inny alkohol o cytrynowej nucie), to kwestia 10-15 minut. Polecam gorąco.


Maślana babka cytrynowo-waniliowa

Składniki:
4 żółtka
7 łyżek Limoncello (może być także nasza cytrynówka lub inny alkohol o cytrynowej nucie)
7 łyżek syropu waniliowo-cytrynowego (przepis tutaj)
140 g masła
80 g cukru pudru
125 g chudego jogurtu naturalnego
170 g mąki
garść kandyzowanej skórki cytrynowej – można pominąć, jeśli nie mamy
2 łyżeczki esencji waniliowej
2 łyżeczki proszku do pieczenia

Przygotowanie:
1.       Rozpuszczamy masło. Odstawiamy do przestudzenia.
2.      Nagrzewamy piekarnik do temperatury 175 stopni. Przygotowujemy keksówkę, którą wykładamy pergaminem.
3.      Miksujemy żółtka z cukrem. Dodajemy syrop, esencję, skórkę, alkohol i jogurt. Miksujemy krótko.
4.      Mąkę przesiewamy, mieszamy z proszkiem.
5.      Miksując dodajemy do jajecznej masy na przemian stopniowo masło i mąkę. Mieszamy tylko do dokładnego połączenia się składników.
6.      Wylewamy do foremki. Wyrównujemy wierzch.
7.      Pieczemy z nawiewem około 35-40 minut. Można przykryć foremkę folią, jeśli ciasto za bardzo się zrumieni.
8.      Lekko przestudzone po wyjęciu z piekarnika polewamy jeszcze dodatkowo kilkoma łyżkami syropu. Ciasto kroimy, gdy syrop się wchłonie. 




 Smacznego!

czwartek, 26 stycznia 2012

Syrop waniliowo-cytrynowy. Do herbaty i do wypieków.


 
Mam wielką słabość do herbaty. Pogłębiła się ona szczególnie od kiedy przestałam pić kawę. Ale i tak jej smak był dla mnie zawsze nieporównywalny. Kiedy proszę o herbatę i w odpowiedzi słyszę kolejne pytanie: Jaką? Wiem, że trafiłam na bratnią duszę. Smakosza herbacianego, jak ja. Kiedy zaś ktoś prosi mnie o opublikowanie przepisu na „tę twoją herbatę” jestem trochę w konsternacji. Przecież to nie jest jakieś wielkie halo – jak mawiała niegdyś młodzież, ani też szczególna umiejętność. A jednak. Oprócz zielonej, której nadużywam, a nie powinnam, mam też słabość do earl grey a dokładnie do bergamotki. Ale najbardziej lubię do herbaty dodać konfiturę z pomarańczy z kardamonem lub też z grejfruta z cynamonem. Do białej zaś herbaty – syrop waniliowo-cytrynowy.  I to o nim właśnie będzie dzisiaj. Przygotowanie go jest niezwykle proste. Przechowywany w słoiczku ma wyjątkowy smak i aromat, a herbata z nim... mmmhhhhhh... Z dodatkiem takiego aromatycznego syropu przygotowuję babkę. Waniliowo-cytrynową. Maślaną, pachnącą, delikatną ale i z charakterem.

Na babkę zapraszam jutro. A dziś przepis na syrop waniliowo-cytrynowy.




Syrop waniliowy-cytrynowy 

Składniki: na 1 mały słoiczek: 
1 szklanka (250 ml) wody
1 i 1/3 szklanki cukru
1 duża cytryna bio
sok z ½ cytryny
laska wanilii 

Przygotowanie:
1.       W garnuszku zagotowujemy wodę z cukrem. Kiedy cukier się rozpuści dodajemy sok z połowy cytryny.
2.      Całą cytrynę dokładnie myjemy, sparzamy wrzątkiem. Kroimy na plasterki około półcentymetrowe. Laskę wanilii rozkrajamy na połowę i każdą z nich wzdłuż. Wyskrobujemy ziarenka.
3.      Całość, to znaczy – pokrojoną cytrynę i wanilię dodajemy do syropu. Gotujemy kilka minut. Odstawiamy do przestudzenia. Kiedy wystygnie przykrywamy go i wstawiamy do lodówki na 1-2 dni. Po tym czasie zagotowujemy raz jeszcze, gotujemy kilka minut i przelewamy do słoiczka. Zamykamy. Przechowujemy w lodówce.
4.      Dodajemy do herbaty po 2-3 łyżeczki.






Smacznego!

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Jeżyki?


Oprócz przepisu na ciasteczka obiecałam Wam dzisiaj kilka słów o „Marzi”.  

Wielu z Was pewnie już ją zna, lub przynajmniej o niej słyszała. Marzi jest główną bohaterką komiksów o Polsce lat 80. Opowieść to o czasach, w których większość z nas dorastała, widzianych oczami kilkuletniej dziewczynki.  Autorka serii komiksów o Marzi – Marzena Sowa, na co dzień mieszka i tworzy w Brukseli, razem ze swoim życiowym partnerem i autorem rysunków do „Marzi” – Sylvain Savoia.  

Dla mnie, która w dzieciństwie czytała jedynie Tytusa, spotkanie z Panią Marzeną było doświadczeniem zupełnie nowym. Co ciekawe, również sama autorka, jak przyznaje, komiksów w swojej młodości nie czytała. Skąd zatem pomysł?  

Wszystko zaczęło się od karpia. Podczas świątecznych spotkań rodzinnych we Francji, Pani Marzena opowiadała Sylvain o Polsce, panujących tam zwyczajach i sposobie obchodzenia świąt. Wszystko to w gronie Francuzów wzbudzało i zainteresowanie i zdziwienie jednocześnie. Polska w tych opowieściach była dla nich krajem niezwykle egzotycznym, przedziwnym. Słuchając na przykład opowieści o losach bożonarodzeniowego karpia pytali – Dlaczego nie kupujecie filetów? Pewnego dnia więc Sylvain zasugerował, że być może warto te opowieści zapisać, by pozostały w pamięci, by inni mogli je poznać. Tak też się stało. Sylvain czytał je w miarę powstawania i zaczął przygotowywać szkice. Wówczas jeszcze dla samej autorki nie było oczywiste, że powstanie z tego komiks. Tymczasem wprowadzony wcześniej w temat wydawca, otrzymawszy projekt pierwszego komiksu, oddzwonił z propozycją jego wydania już po 15 minutach. I tak to się zaczęło. Kolejne tomy. Tłumaczenia. „Marzi” w oryginale napisana po francusku, jest dziś tłumaczona na 6 języków, w tym miedzy innymi na koreański, wkrótce ukaże się, ocenzurowane (!) tłumaczenie na chiński.  

- Zawsze chciałam mówić innym językiem, chciałam mieszkać w innym kraju – przyznaje sama autorka. Ale wyjazd z kraju, w 1991 roku, był nie tylko spełnieniem marzeń. Potrzeba znalezienia dystansu, uwolnienia się odegrały tu swoją rolę.
  


Czytam „Marzi” z przejęciem. Choć nigdy nie sądziłam, że będę czytać komiksy. Po prostu nie przemawia do mnie ta stylistyka. Dlaczego więc? „Marzi” pomaga mi odkodować moje własne wspomnienia z dzieciństwa. I nie chodzi wcale o to, by powracać do wspomnień o kolejkach i rzeczywistości stanu wojennego, choć to też. „Marzi” to także niezwykle uniwersalna opowieść o dzieciństwie w ogóle. Kiedy czytam kolejne części wraca do mnie perspektywa, z jakiej dziecko ogląda otaczający świat. Więcej rozumiem, inaczej patrzę. I może właśnie ten uniwersalizm z jednej strony i wyjątkowość opisanych czasów  z drugiej, stanowią o sukcesie „Marzi”? Czytają ją belgijskie i francuskie dzieci, przychodzą na spotkania autorskie i opowiadają o swoich wrażeniach. W tej części Europy, o tym jak żyliśmy w Polsce tamtych lat, wciąż wie się za mało. Stąd ciekawość, chęć poznania.
  


Dla dorosłych Polaków „Marzi” to okazja do rewizji wspomnień. Opowiada o wielkich sprawach i wydarzeniach, o Papieżu, Solidarności, Jaruzelskim, Czernobylu i zwyczajnej codzienności... Mam wrażenie, że spojrzenie dziecka grozę tamtych czasów obłaskawia, co nie znaczy, że nie jest krytyczne. Trzeba przyznać, że jest też momentami niezwykle poetyckie, dając dowód  niezwykłej wrażliwości autorki. Dla naszych dzieci jest „Marzi”  okazją do poznania rzeczywistości, która, na szczęście, nie powróci.

Seria wciąż nie jest ukończona. Powstanie jeszcze kilka opowieści, między innymi z czasów licealnych Marzi. Jednocześnie Marzena Sowa, tym razem z  Krzysztofem Gawronkiewiczem, pracuje nad komiksem o Powstaniu Warszawskim. W sierpniu zaś ukaże się komiks o czasach tuż po II wojnie światowej, powstający przy współpracy z francuską rysowniczką.  
„Marzi”jest przetłumaczona na polski, choć niestety, nie wszystkie jej części. Sięgnijcie po nią. Zachęcam, bo warto.

Spotkanie z Panią Marzeną zorganizował Brukselski Klub Polek, w skrócie nazywany przez nas BeKaP.  Spotykamy się, by wspólnie gotować, dyskutować o książkach, poznawać ciekawych ludzi. Zapraszam na strony BeKaPu i do uczestnictwa w spotkaniach Klubu.




Jeżyki mnie zaskoczyły. Choć wcale jeżykami być nie miały. Miałam ochotę na słodkie, chrupiące ciastka o mocno orzechowej nucie. Takie było założenie. Ale efekt był inny. Pierwszy kęs - jeżyki! Tak, przypominają je, ale nie do końca. Nie jest przecież moim celem tworzenie domowych kopii produktów gotowych, dostępnych w sklepach. Tyle tylko, że te skojarzenia nasuwają się same. Spróbujcie koniecznie.

Jeżyki 

Składniki:

Na ciasto:
60 g solonego masła (można zastąpić zwykłym a do całości składników dodać ½ łyżeczki soli)
90 g gotowej masy krówkowej
1 żółtko
85 g mąki owsianej (można zastąpić ją zmielonymi płatkami owsianymi)
55 g zmielonych orzechów ziemnych
30 g brązowego cukru
Dodatkowo:
110 g orzeszków ziemnych*
75 g masy krówkowej
200 g czekolady mlecznej na polewę



Przygotowanie:
1.       Łączymy wszystkie składniki na ciasto. (Ja mieszałam je łyżką). Masa się klei, dlatego to najlepsze rozwiązanie.  
2.      Dokładnie połączone w całość, zawijamy w folię spożywczą i wstawiamy na 30 minut do zamrażarki.
3.      W tym czasie siekamy drobno orzeszki i prażymy je na patelni. Jeszcze gorące mieszamy z masą krówkową.
4.      Nagrzewamy piekarnik do temperatury 165 stopni.
5.      Z ciasta wyjętego z zamrażarki formujemy kuleczki wielkości małych orzechów włoskich.
6.      Następnie każdą z nich obtaczamy w orzechach w masą i układamy, zachowując odległości, na blasze wyłożonej pergaminem.  Nie spłaszczamy!
7.      Ciasteczka pieczemy przez 12 minut bez nawiewu. I jeszcze 2 minuty z nawiewem.
8.      Przekładamy na kratkę, ostrożnie, bo są jeszcze miękkie. Studzimy je na kratce.
9.      Rozpuszczamy czekoladę. Polewamy nią wystudzone ciastka. 



*użyłam orzeszków niesolonych. Dla kontrastu słone-słodkie możecie użyć solonych, wszystko to kwestia smaku...
Smacznego!

piątek, 20 stycznia 2012

Monkey bread.


Skąd wzięła się jego nazwa, nie jest pewne. Nazywany jest także sticky bread, african coffee cake, golden crown, pinch-me cake, bubbleloaf. Na starym kontynencie podobnie - pain de singe. W Stanach podaje się go na śniadanie. Posypuje zawsze cukrem i cynamonem ale i też posiekanymi pekanami, jeśli szukamy odmiany.

Pewne są dwie obiektywne kwestie. Przygotowujemy go bez jajek i bardzo szybko – mnie zajęło to 1h 45 minut. Co do smaku - to pyszny, puszysty, delikatny chleb. Niezbyt słodki. To nie są buchty, ani brioszki. Najbliżej mu do chleba śniadaniowego właśnie. Polecam gorąco.


Monkey bread 

Składniki :
500 g mąki pszennej tortowej
7 g drożdży instant
80 g cukru pudru
300 ml mleka
90 g miękkiego masła
1 łyżeczka soli

Do posypania:
cukier kryształ  i cynamon



Przygotowanie:
1.       Podgrzewamy mleko. Powinno być letnie. Odlewamy kilka łyżek, w których rozpuszczamy drożdże. Odstawiamy na czas przygotowania pozostałych składników.
2.      Przesiewamy mąkę do miski. Dodajemy cukier i sól. Mieszamy. Robimy dołek. Wlewamy do niego mleko i rozpuszczone drożdże. Wyrabiamy. Przekładamy na stolnicę.
3.      Dodajemy 40 g miękkiego masła i wyrabiamy dalej do uzyskania jednolitego ciasta. Ciasto nie klei się i dobrze współpracuje. Warto wyrobić je dokładnie.
4.      Przekładamy je do omączonej miski do podwojenia ilości. Niezawodny i najszybszy sposób to włożenie go do plastikowej miski, którą zamykam i wkładamy do gorącej wody. Wówczas potrzebujemy zaledwie 30 minut, by ciasto wyrosło.
5.      Po tym czasie ciasto krótko jeszcze raz wyrabiamy. Następnie dzielimy na 9 równych części. Przykrywamy ściereczką.
6.      Rozpuszczamy pozostałe masło. Do miseczki przesypujmy cukier i cynamon w dowolnych proporcjach, wedle smaku. Ja używam cukru cynamonowego.
7.      Formę na babkę, z kominkiem smarujemy masłem.
8.      Formujemy 9 kulek. Każdą osobno obtaczamy najpierw w rozpuszczonym maśle, potem w cukrze. Układamy w foremce. W czasie gdy piekarnik się nagrzewa, ciasto powinno odstać.
9.      Nagrzewamy piekarnik do temperatury 180 stopni.
10.   Pieczemy 20-30 minut bez nawiewu. Ja piekłam 20 i było idealne.



Przepis pochodzi z książki "C'est du gateau" Julie Poux.


Smacznego!