środa, 30 maja 2012

Alu kofta.




- Czy to ma w sobie czosnek?
- Nooo, jak chuchniesz na Facebooku, to serwer padnie...
- A czy tu je w ogóle mięso?
- Niekoniecznie...
- To dlaczego nazywasz je klopsikami? Jak kotlet może myć bez mięsa?

Nasze rozmowy przy stole. Ciągła edukacja. I, jak się możecie przekonać, różne przynosi efekty. Ostatecznie, cieszyłam się, że - choć w oparach dyskusji, której fragmant zacytowałam, zostało zjedzone. Alu kofty podałam z grillowanymi na patelni warzywami, grillowanym manouri i sosem czosnkowym. Zwyczajnie. Smacznie. Bardzo smacznie. Polecam gorąco. Na piknik, na obiad na świeżym powietrzu.



Alu kofta (kulki warzywne w sosie pomidorowym) 

Składniki: 

Na kofty:
1/2 kalafiora
100 g mąki z ciecierzycy (można kupić w ośrodku krysznaitów) lub pszennej
3 łyżki posiekanej świeżej kolendry
garam masala (mieszanka kolendry, czarnego pieprzu, kminku, goździków, cynamonu i kardamonu)
olej do smażenia

Na sos:
1 kg posiekanych pomidorów bez skórki (mogą być z puszki)
łyżka ghee
łyżeczka tartego świeżego imbiru
łyżeczka kurkumy
łyżeczka mielonego kuminu
sól, pieprz, chilli
mały jogurt

Przygotowanie:
1.       Przygotowujemy kofty. Ziemniaki i kalafiora podgotowujemy na półtwardo. Zcieramy warzywa na tarce z dużymi oczkami, mieszamy z resztą składników, wyrabiamy 2 minuty, formujemy kulki.
2.      Przygotowujemy sos. Do gorącego ghee dodajemy imbir i chilli. Jak zapachnie, dodajemy resztę przypraw, chwilę smażymy, mieszając. Dodajemy pomidory, dusimy na małym ogniu pod przykryciem, czasami mieszamy, aż powstanie gęsty sos. Sos przecieramy przez sito. Dodajemy jogurt i podajemy na ciepło. Z takim sosem można też podać usmażone kostki sera panir – u mnie grillowany manouri.
3.      Smażymy kulki na gorącym oleju, podajemy z ciepłym sosem.

Przepis Agnieszki Kręglickiej.



Smacznego!

poniedziałek, 28 maja 2012

Quiche ze szparagami, miętą i parmezanem.



- Ja właściwie lubię czytać przepisy kulinarne. Tylko jeśli nie mają zbyt długiej listy składników – powiedział tata.
- Mąka, cukier i masło? – zapytałam.
- Za dużo o jeden – dorzuciła z uśmiechem mama.

Rozmowy przy stole. Dwie babcie, dwóch dziadków, dwoje rodziców i troje dzieci. Między nimi więzy krwi, rozpisane w rysach twarzy, ruchu głowy, posturze...

Dobrodziejstwo mieszkania w wielopokoleniowym domu nie było nam dane. Wyfrunęliśmy z naszych gniazd dość wcześnie, z dala od tego rodzinnego założyliśmy swoje własne. Nauczyliśmy się żyć i radzić sobie bez pomocy babci i dziadka, którzy są w pobliżu, na wypadek nagłej gorączki czy ochoty na wyjście do kina. Z pełną świadomością, że obecność dziadków w codziennym życiu dzieci i wnuków wzbogaca w stopniu nie dającym się ogarnąć doraźnymi korzyściami. To dlatego powroty do domu tak cieszą, tak wiele dają. To także dlatego tak bardzo radują nas ich przyjazdy. Gdzie, w naszym domu, choć przez chwilę, mieszkamy wszyscy razem. Razem przygotowujemy posiłki, siadamy wspólnie do stołu, rozsuniętego do granic jego możliwości, przedstawiamy sąsiadom, przyjaciołom, zabieramy ze sobą, by pokazać im nasze życie tutaj, z dala od nich. Wszyscy chcą wszystko opowiedzieć, pokazać każdy rysunek, kamyk w ogrodzie, rozwiązywać wspólnie zadania matematyczne, odrabiać lekcje z dziadkiem.

I jest śmiesznie. Kiedy dziadek woła do naszego małego sąsiada Maksa:
- Stój, tam są pokrzywy!  
Chociaż Maks, który jest Hiszpanem, po polsku mówi tylko: Dobrze i cześć.

I sportowo, oczywiście. Dwóch dziadków na bramkach, choć przyznać trzeba, że wypuszczają się w pole i przechodzą do ataku, babcie podające piłkę spoza boiska i wiele emocji wykrzykiwanych w trzech językach. (Dorośli przegrali wczoraj z dziećmi 8:6, w petanque także nam dorosłym się oberwało, ale tak to pewnie już jest).

Przygotowałam wczoraj quiche ze szparagami, dobry pomysł na lunch w tym upale. Polecam Wam gorąco przepis na ten kruchy spód, który możecie wykorzystać do tart wytrawnych lub słodkich – wówczas tarty parmezan zastępujemy cukrem pudrem. Wielokrotnie sprawdzony i po prostu najlepszy, moim zdaniem – pyszny jako spód do babeczek z owocami, tak jak choćby tutaj. Zmielone ziemniaki przyczyniają się do kremowości nadzienia, mięta – do świeżości a zapieczone w ten sposób szparagi są idealnie kruche. Polecam gorąco.



Quiche ze szparagami, miętą i parmezanem

Składniki: 

Na kruchy spód:
153 g mąki pszennej
43 g tartego parmezanu
93 g masła
23 g białego wina

Miętowe pesto:
duża garść świeżej mięty pieprzowej, ok. 8 g
1 łyżeczka oliwy
duża szczypta soli

Nadzienie:
500 g zielonych szparagów
175 g ziemniaków (waga po obraniu)
120 ml śmietanki do sosów 20%
2 jajka
sól, pieprz

Posypka:
25 g masła
50 g bułki tartej
garść mięty
25 g tartego parmezanu




Przygotowanie:
1.       Przygotowujemy spód. Do miski przesiewamy mąkę. Mieszamy ją z parmezanem, do zagłębienia wlewamy wino i dodajemy masło o temperaturze pokojowej. Całość mieszamy drewnianą łyżką do chwili połączenia. Przekłądamy na blat i szybko zagniatamy. Formujemy kulę, owijamy ją folią i wstawiamy do zamrażalnika na 30 minut.
2.      W tym czasie obieramy ziemniaki, gotujemy je w osolonej wodzie do miękkości.
3.      Szparagom odłamujemy końce. Nie odkrajamy ich nożem, tylko właśnie odłamujemy.
4.      Przygotowujemy pesto. Miętę drobno siekamy. W moździerzu rozcieramy ją z oliwą i solą. Odstawiamy.
5.      Przygotowujemy nadzienie. Ugotowane ziemniaki studzimy. Kroimy na mniejsze kawałki. Miksujemy je razem ze śmietanką i jajkami na gładki krem. Doprawiamy go solą i pieprzem.
6.      Nagrzewamy piekarnik do temperatury 180 stopni.
7.      Foremkę na tartę o wymiarach 35 x 13 cm (najlepiej z wyjmowanym dnem) wykładamy rozwałkowanym ciastem. Na nim układamy, w miarę ściśle, szparagi. Całość zalewamy przygotowanym kremem.
8.      Quiche wstawiamy do piekarnika. Pieczemy 15 minut.
9.      W tym czasie przygotowujemy posypkę. Roztapiamy masło na patelni. Dodajemy bułkę tartą. Mieszamy dokładnie. Całość posypujemy tartym na jarzynowej tarce parmezanem i posiekaną drobno miętą. Łączymy w całość.
10.   Quiche wyjmujemy z piekarnika, posypujemy posypką. Wstawiamy do piekarnika jeszcze na 10 minut lub do zrumienienia się wierzchu.
11.    Podajemy lekko przestudzoną.




Smacznego!

czwartek, 24 maja 2012

Makaroniki truskawkowe.




Nie byłoby tych makaroników, gdyby nie pewien konkurs. Nie byłoby takiego zadania konkursowego, gdyby nie pewne mistrzostwa. Pomysł pewnie nie zrodziłby się, ani teraz, ani być może później. Muszę przyznać zupełnie uczciwie, że nie lubię ich przygotowywać. Nakład pracy i stresu, być może współmierny z ich smakiem, zniechęca mnie zawsze, ilekroć pomyślę, że znikną w ciągu 2 minut maksymalnie. Żadnej celebracji, zachwytu, nic. Nasze dzieci tak je uwielbiają, że po prostu pochłaniają je łapczywie, niezależnie od przygotowanej ilości. Nigdy nie jest ich wystarczająco dużo. Kiedy one właśnie tej celebracji się domagają... Taka ich natura, wydaje mi się.

 Udało mi się w końcu wypracować przepis na makaroniki, który się sprawdza, a efekt spełnia wszelkie makaronikowe standardy. Polecam spróbować.




Składniki:
70 g  mielonych migdałów bez skórki
60 g białek
70 g cukru pudru
80 g drobnego cukru
płaska łyżeczka skrobii ziemniaczanej  

Na truskawkowe przełożenie:
300 g truskawek
9 łyżek cukru
3 łyżeczki skrobii ziemniaczanej




Przygotowanie:

1.    Migdały mielimy z cukrem pudrem. Przesiewamy przez możliwie najgęstsze sito.

2.   Białka ubijamy mikserem. Gdy tylko zaczynają nabierać białego koloru dosypujemy małymi porcjami drobny cukier nie przestając ubijać. Całość nie powinna być ubita na sztywno. Tu jest czas na dodanie barwnika. Jeśli zamierzamy z jednej porcji przygotować dwa kolory makaroników dzielimy powstałą masę na pół. Do jednej z nich dodajemy barwnik, ilość jest zależna od efektu, który chcemy uzyskać.

3.   Rozpoczynamy najdelikatniejszą operację. Czas wmieszać zmielone migdały (dzielimy je na połówę, jeśli podzieliliśmy wcześniej białka i dodajemy równą ilość do obu mas białkowych, z barwnikiem i bez). Używamy do tego celu szpatułki. Powoli wsypujemy migdały mieszając od dołu, od środka, do góry, delikatnie, aż do dokładnego połączenia.

4.   Przekładamy do szprycy. Wyciskamy na blaszkę wyłożoną pergaminem. Najlepiej wyrysować sobie na niej wcześniej równe kółka.

5.   Odstawiamy na minimum 30 minut do około 1 godziny, by makaroniki wyschły, tworząc na wierzchu cieniuteńką skorupkę. Po tym czasie delikatnie dotykamy powierzchnię makaronika. Palec nie powinien się do niego przykleić.

6.   Nagrzewamy piekarnik do temperatury 150 stopni.

7.   Makaroniki wstawiamy do piekarnika, pieczemy bez nawiewu, 10 minut. Po tym czasie wyłączamy piekarnik, uchylamy drzwiczki i po 2-4 minutach wyciągamy blaszkę z piekarnika.
8.   Makaroniki najlepsze są na drugi dzień. Jeżeli ktoś ma wystarczającą siłę woli, by tyle przeczekać...

9.   Przygotowujemy truskawkowe przełożenie. Truskawki myjemy, osuszamy, mielimy dokładnie. Odlewamy kilka łyżek do szklanki. Resztę zagotowujemy z cukrem. W szklance rozrabiamy skrobię do całkowitego rozpuszczenia. Gdy truskawki w garnku się zagotują wlewamy rozpuszczoną skrobię, mieszając cały czas, by nie powstały grudki. Gotujemy przez kilka minut. Odstawiamy do całkowitego wystudzenia. Przekładamy makaroniki.



Uwagi: 
1.       W przygotowywaniu makaroników najważniejsze są szczegóły. Jeśli potraktujemy je z wymaganą starannością, wszystko się uda. Białka nie mogą być świeżutko rozbite a sezonowane, czyli powinny odstać trochę czasu w lodówce - około tygodnia, lub też 1-2 dni w temperaturze pokojowej. Wówczas nadają się do przygotowania makaroników. Drugą ważną sprawą jest dokładne przesianie cukru z migdałami i na koniec - delikatne wymieszanie całości tak, jak to opisałam powyżej.

2.      Truskawkowe przełożenie można także wykonać z użyciem cukru żelującego zamiast skrobii lub poprzez redukcję - powolne gotowanie zmielonych truskawek z cukrem tylko, do momentu aż uzyskają wymaganą gęstość.



Smacznego!

wtorek, 22 maja 2012

Brioche bouclettes. Na dzień Mamy.



Jeden krótki dzień. Jak całe życie prawie. Nie wie poranek, co popołudnie założy na grzbiet. Gdzie zawędruje i z kim. Czy wziąć parasol, ciepłe ubranie? Jak przygotować się na niewiadomą? Nie można przewidzieć wszystkiego. Żadna dalekowzroczność tego nie ogarnie. Jaki będzie wieczór? W jakim towarzystwie i czy? przyłoży głowę do poduszki? Jakiej? Gdzie? I kiedy?

Poranek jeszcze nieświadom, jeszcze go to nie dotyczy, kwestia wagi upływających chwil, z beztroską pod pachą i nadzieją w kieszeniach. Z optymizmem, niczym blaskiem w oczach. Pewnym, sprężystym krokiem.

Kiedy przesiewałam mąkę na brioszkę, chmura pyłu tańczyła w promieniach słońca. Ucieszyłam się. Szybko wyrośnie. Zdążę na kolację. Uformowana kula przykryta ściereczką na oknie werandy nie doczekała się słońca. Niebo poplamiły chmury. Zaciemniły obraz całości, odbierając radość i burząc nadzieję. Minutnik wzywał do gotowości w takcie pierwszych kropli deszczu. Grochowa z nieba. Pioruny na okrasę. Drożdżowe kwiatki na blacie. Za oknem ulica zaczęła przypominać strumień wartkiej rzeki. Szum deszczu zagłuszał hałas starego piekarnika.

I pomyśleć, że rano można było założyć sandały, pójść na łakę i cieszyć się słońcem, które wreszcie wyszło. Snuć plany na piknikową kolację na świeżym powietrzu. Ale to było rano. Wieczór zasypiał w objęciach deszczu.

Myślałam o tej brioszce jako o prezencie, który można przygotować z okazji zbliżającego się dnia Matki. Taki prezent od serca, dzieło własnych rąk. Pachnęce i pełne dobroci, którą chcielibyśmy, choć nie jesteśmy w stanie, odzwajemnić. Nam smakowała wybornie. Polecam gorąco.    



Brioche bouclettes

Składniki:
350 g mąki tortowej
80 g miękkiego masła
2 żółtka
140 ml letniego mleka
3 łyżki cukru
1 opakowanie cukru waniliowego
10 g drożdży liofilizowanych (użyłam 15 g świeżych drożdży)
½ łyżeczki soli

Dodatkowo:
mleko, posłodzone delikatnie do posmarowania brioszki (użyłam roztrzepanego jajka)


Przygotowanie:
1.      Przygotowujemy rozczyn. Rozkruszamy drożdże, mieszamy je z 1 łyżeczką cukru, dodajemy ciepłe mleko. Mieszamy, odstawiamy przykryte ściereczką, w ciepłym miejscu na 10 minut.
2.      Do miski przesiewamy mąkę, dodajemy cukier i sól. Mieszamy. Robimy wgłębienie, do którego wbijamy żółtka i wlewamy gotowy rozczyn. Mieszamy łyżką, zagarniając mąkę do środka. Kiedy coraz trudniej się miesza – dodajemy po kawałku masło. Po połączeniu w całość, przekładamy ciasto na stolnicę, wyrabiamy do momentu aż ciasto będzie idealne gładkie. Ciasto dobrze współpracuje, nie klei się zupełnie, warto poświęcić mu przynajmniej 10 minut.
3.      Formujemy kulę, którą przekłądamy do miski, przykrywamy, odstawiamy w ciepłe miejsce na 1,5 godziny do podwojenia objętości. Jeśli będzie naprawdę ciepło zajmie to znacznie mniej czasu.
4.      Po tym czasie przekładamy ciasto na wysypaną lekko mąką stolnicę. Rozwałkowujemy do cienko do 0,5 cm, nie więcej. Wykrawamy foremką koła o średnicy minimum 8 cm. (Jeśli użyjemy większych, np. 10 cm brioszka będzie mniejsza ale wyższa.) Składamy po 3 koła, tak jak na zdjęciu, zwijamy w ruloniki, przekrajamy każdy rulonik na połowę, uzyskując w ten sposób dwa kwiatki. Układamy je w foremce o średnicy 22 cm, wysmarowanej masłem i wysypanej mąką, blisko siebie, tak, by się stykały ale nie ciasno, bo jeszcze się rozrosną. Powinniśmy uzyskać 22 kwiatki (gdy wykrawamy 33 koła o średnicy 8 cm).
5.      Foremkę przykrywamy ściereczką i pozostawiamy do wyrośnięcia jeszcze na 30-40 minut.
6.      Nagrzewamy piekarnik do temperatury 180 stopni, przed wstawieniem brioszki do piekarnika smarujemy ją posłodzonym mlekiem lub roztrzepanym jajkiem.
7.      Pieczemy 20-30 minut (piekłam 25 minut, bez nawiewu).









Przepis pochodzi z tego bloga.

Smacznego!

sobota, 19 maja 2012

Granola. Z białą czekoladą, żurawinami i kokosem.



Dziś trochę w biegu. Choć w tej chwili jeszcze na starcie przed turniejem piłkarskim synka pierwszego i wieczornymi występami tanecznymi córki pierwszej. Jutro turniej synka drugiego. Niewiele chwil wytchnienia. Czas intensywny ale radosny. Pożywne śniadanie wręcz niezbędne w obliczu takich okoliczości. Cud-mąż wspominał studenckie czasy, kiedy "takie mieszanki" kupowali sobie na śniadanie.
- Tylko, że tam pełno było płatków owsianych a tu ich nie ma... - stwierdził mieszając w talerzu łyżką.
Nie wyczuł ich obecności. I bardzo mu smakowało. Polecam gorąco. Czekolady możecie użyć więcej, jeżeli zależy Wam by płatki były słodsze, bo w wersji poniżej nie są przesłodzone. A jeżeli to kokosowy smak ma być bardziej wyczuwalny, można wmieszać do białej czekolady 2 łyżki gęstego mleka kokosowego lub też wmieszać je bezpośrednio do mleka, z którym granolę będziemy spożywać.


Granola z białą czekoladą, żurawiną i kokosem

Składniki:
290 g płatków owsianych
145 g płatków orkiszowych
50 g quinoa soufflé (dmuchanych ziaren quinoa, można zastąpić dmuchanym ryżem)
300 ml wody
60 g masła kokosowego (można zastąpić inną oliwą neutralną w smaku)
45 g syropu z agawy (można zastąpić miodem)
150 g białej czekolady
125 g suszonej żurawiny
60 g wiórków kokosowych
60 g płatków migdałowych
50 g płatków kukurydzianych

Przygotowanie:
1.       Nagrzewamy piekarnik do temperatury 140 stopni.
2.      Gotujemy wodę. Przelewamy ją do miarki, dodajemy masło kokosowe i syrop, mieszamy do rozpuszczenia.
3.      Mieszamy w misce płatki obu rodzajów i quinoa.
4.      Zalewamy płatki wodą zmieszaną z syropem i masłem. Mieszamy dokładnie. Przekładamy na blachę wyłożoną pergaminem, rozkładamy równomiernie na całej powierzchni.
5.      Wstawiamy do piekarnika, pieczemy z nawiewem 60 minut. Po każdych 20 minutach (warto nastawić minutnik) mieszamy całość.
6.      Pod koniec pieczenia ucieramy na tarce czekoladę. Odważamy pozostałe składniki, kruszymy płatki kukurydziane i prażymy na patelni płatki migdałowe.
7.      Wyjęte z piekarnika płatki posypujemy równomiernie czekoladą. Mieszamy dokładnie całość. Dodajemy wymieszane ze sobą wcześniej płatki, wiórki i żurawinę. Łączymy w całość. Pozostawiamy do wystygnięcia. Przekładamy do słoja. Przechowujemy szczelnie zakryte.

Smacznego!

piątek, 18 maja 2012

Bill Granger i szparagi.




Dzwoni minutnik.  

(Wciąż coś/ktoś do mnie dzwoni. 

W samochodzie:
 – Mamo, dzwonią, żebyś zapięła pasy, słyszysz? 

W domu, telefon na górze, kiedy jestem akurat na dole. 

W kieszeni wiosennego płaszcza, kiedy akurat wyszłam na spacer w zimowej kurtce, tak jest zimno.) 

Obieram właśnie truskawki. Lepkie od czerwonego soku palce, niezdolne wyłączyć denerwujący hałas uciekającego czasu. Pozostaje tylko uśmiechnąć się. Minutnik najczęściej dzwoni w najmniej odpowiednim momencie. Kiedy zajęci jesteśmy czymś zupełnie innym. Bardzo rzadko zdarza mi się wpatrywać w jego tarczę z wytęsknieniem wyglądając końca (najczęściej wtedy, gdy piekę w nocy chleb). Ale jest tylko narzędziem, jak wiele innych, w moich rękach, z założenie bardzo pomocnym, nawet jeśli denerwującym.

Ktoś, gdzieś tam, ustawił minutnik. W nim czas dla mnie. Nie wiem, ile jeszcze mi go zostało. Ale wiem, że kiedy zadzwoni, moment pewnie także będzie najmniej odpowiedni.

Kiedy dzwonił minutnik przypominał mi, że czas pomieszać piekącą się w piekarniku granolę. Granolę z białą czekoladą, żurawinami i kokosem. Wyjątkową, chrupiącą i bardzo sycącą. Po przepis zapraszam jutro.

Dobrego piątku Wam życzę.   




Smażone krewetki na ostro ze szparagami

Składniki:
2 łyżki stołowe olejum np. słonecznikowego
20 dużych surowych krewetek, oczyszczonych*
2 łyżki stołowe czerwonej pasty curry
1 duża cebula, pokrojona na cząstki
400 g szparagów, oczyszczonych i pokrojonych w poprzek w paski dł. 4 cm
1 czerwona papryka, pokrojona w paski
200 ml mleka kokosowego
2 łyżki stołowe soku z limetki
1 łyżka stołowa sosu rybnego
1 łyżeczka cukru

Do podania:
liście kolendry
ryż gotowany

*użyłam krewetek gotowanych, więc dodałam je na samym końcu

Przygotowanie:
1.       Rozgrzewamy w woku, na dużym ogniu, 1 łyżkę oleju. Wrzucamy krewetki i smażymy przez 2 minuty, aż nabiorą różowego koloru i będą ugotowane. Wyjmujemy je z woka i odstawiamy na bok.
2.      Ponownie wstawiamy wok na duży ogień, wlewamy resztę oleju, dodajemy pastę curry i gotujemy, mieszając, przez 1 minute lub do momentu, aż zacznie wydobywać się aromat. Dodajemy cebulę i szparagi, smażymy przez 2 minuty, wtedy wrzucamy czerwoną paprykę i gotujemy przez następna minutę.
3.      Wlewamy mleko kokosowe, sok z limetki, sos rybny, wsypujemy cukier i mieszamy. Wkładamy z powrotem do woka krewetki i gotjemy przez minutę lub do chwili gdy się podgrzeją. Posypujemy całość liśćmi kolendry i podajemy z gotowanym ryżem.

Przepis pochodzi z książki Billa Gangera „Nakarm mnie”.

Smacznego!

środa, 16 maja 2012

Petits pains au chocolat.



Coraz brzydsza. Przejmująca chłodem aż po dreszcze. Zapłakana.

Wiosna.

Maj?

Ogrzewanie w domu wciąż pracuje. Meble ogrodowe niezmiennie w szopie. Drzewko oliwne wraca na noc do domu. Azalie poniszczone chłodem a trawnik w ogrodzie ozdobiony perełkami gradu.

Wieczorem marzy mi się już tylko ciepło kominka i szklanki mleka. Wczoraj do tego zestawu dołączyły bułeczki wypełnione czekoladą. Pysznosci - stwierdziły dzieci. I dla mnie rewelacja. Polecam gorąco.



Petits pains au chocolat

Składniki:
265 g mąki tortowej
50 g mąki ziemniaczanej
70 g drobnego cukru
1 łyżeczka soli
15 g świeżych drożdży
105 g miękkiego masła
125 ml ciepłego mleka

Dodatkowo:
200 g czekolady deserowej (jeśli wolimy można zastąpić mleczną)
roztrzepane jajko do posmarowania bułeczek przed pieczeniem




Przygotowanie:
1.       Mąki przesiewamy do miski, dodajemy sól i cukier. Mieszamy dokładnie.
2.      Robimy zagłębienie, do którego wkruszamy drożdże i wlewamy ciepłe mleko, mieszamy zagarniając trochę mąki, do powstania papki. Odstawiamy na 15 minut.
3.      Zaczynamy wyrabiać ciasto, gdy jest już mniej więcej uformowne w kulę, dodajemy miękkie masło. Wyrabiamy dokładnie, do uzyskania gładkiego, nieklejącego się ciasta.
4.      Ciasto uformowane w kulę osypujemy mąkę, wkładamy do miski i odstawiamy w ciepłe miejsce do wyrośnięcia, na około 1 – 1,5 h.
5.      Po tym czasie przekładamy je na lekko wysypany mąką blat, rozwałkowujemy do grubości ok. 0,5 cm do formy prostokąta. Dzielimy go na 4 równe paski, każdy z nich jeszcze na połowę. Na brzegu paska układamy kawałek czekolady, zwijamy dwukrotnie, na zwinięciu układamy drugi kawałek czekolady i znowu zwijamy aż do końca. Na tym etapie bułeczki są kanciaste, dopiero po wyrośnięciu nabiorą właściwych sobie kształtów.
6.      Przekładamy je na blachę wyłożoną pergaminem , zachowując odstępy, na 45 minut pod przykryciem, w ciepłym miejscu.
7.      Nagrzewamy piekarnik do temperatury 220 stopni.
8.      Każdą bułkę smarujemy dokładnie roztrzepanym jajkiem.
9.      Pieczemy 10-15 minut bez nawiewu.
10.   Studzimy na kratce. 


Pomysł na sposób zwijania zaczerpnęłam z tego przepisu.

Smacznego!