środa, 26 września 2012

Placki z dyni.


 
Nowy dzień. Jak naleśnik rozlany na patelni. Niby rutyna. Tuż obok stos już usmażonych, których wciąż przybywa. Jak wyrwanych kartek z kalendarza. A jednak nigdy nie wiadomo, czy wyjdzie i jak się to skończy. Skupienie, prezyzja, dobre przygotowanie, pomagają. Ale ta szczypta nieprzewidywalności, jak sól. W odrobinie – wzmacnia słodycz, w nadmiarze psuje wszystko nieodwracalnie.  
 
Aby się Wam dziś wszystko upiekło, Kochani! Dobrego dnia Wam życzę. 

I zapraszam na placki w dyni i batatów. (Bataty możecie zastąpić zwykłymi ziemniakami, w razie konieczności). I podać je, na przykład z sosem curry lub raitą. Wedle uznania. Polecam.

 
 

Placki z dyni i batatów 
 
Składniki: dla 2 osób
110 g tartych batatów
110 g tartej dyni
2 jajka
35 g mąki (użyłam orkiszowej razowej)
szalotka (35 g przed obraniem i starciem)
1 łyżeczka soli
kilka kropli tabasco
pieprz
sok z cytryny lub limonki, kilka kropli
1 łyżka ziaren słonecznika 
 
Na sos:
2 łyżki gęstej śmietany
2 łyżki gęstego jogurtu naturalnego
1 łyżka majonezu
½ łyżeczki curry w proszku
½ łyżeczki miodu
sól, pieprz do smaku
kilka kropli tabasco i sosu worcestershire 

Przygotowanie:
1.       Przygotowujemy sos. Mieszamy ze sobą wszystkie składniki. Doprawiamy.
2.      Cebulę ucieramy na drobnej tarce.
3.      Łączymy ze sobą wszystkie składniki. Mieszamy je dokładnie widelcem. Doprawiamy.
4.      Nakładamy dużą łyżką na rozgrzaną patelnię wysmarowaną oliwą. Smażymy z obu stron. Podajemy gorące.
 



Smacznego!

poniedziałek, 24 września 2012

Zamknij oczy, otwórz buzię...


 

- Zamknij oczy, otwórz buzię – mówię do synka pierwszego. On jeden z całej trójki najodważniej podchodzi do podobnych eksperymentów mamy. Choć zawsze z wielką niepewnością.  

Lubię wpatrywać się w jego twarz w takiej chwili, gdy już za oka mgnienie wszystko stanie się jasne. Smak ropłynie się w ustach, kubki smakowe zarejestrują nowość a oczy otwierają się w zdumieniu. Radosnym lub zdegustowanym. 

Tym razem radosnym. Smak kremowego serka zupełnie jak z naszych dziecięcych lat. Jak z kubeczków ze srebrno-niebieską pokrywką, które przynosiła rano babcia. Smarowała nam nimi chałkę na śniadanie. Koniecznie trzeba go było posłodzić. Ja dodaję ziarenka wanilii. Synek wyjada całość oblizując pojemnik. Jego wspomnienia będą inne. Każda taka nowość to próba ich kreowania. Wiązania ze sobą chwil w łańcuchy smakowitej beztroski dzieciństwa. Wiele smaków możemy już tylko później odtwarzać, ich prototypy tkwią i tkwić będą głęboko w naszej pamięci. Prawdziwe Cuda. Często, jak to cuda, nie do odtworzenia. Nie dość bliskie ideału sprzed lat.  

Dla mnie – przwdziwa delicja. Mocno kremowa, intensywna, aromatycza. Aksamitna. Polecam gorąco.
 
 
 
 
Deser brzoskwiniowo-waniliowy

Składniki: na 3-4 porcje
400 g brzoskwinii (3 małe)
500 g kremowego twarożku*
1 laska wanilii
cukier wedle uznania
2 łyżki miodu
kilka biszkoptów
 
Dodatkowo:
kilka łyżek mleka
likier brzoskwiniowy**
cukier do smaku 

Przygotowanie:
1.       Nagrzewamy piekarnik do temperatury 200 stopni.
2.      Foremkę do pieczenia wykładamy pergaminem.
3.      Brzoskwinie myjemy, osuszamy, kroimy na połówki i pozbawiamy pestek.
4.      Układamy w foremce skórką do dołu. Każdą smarujemy miodem.
5.      Pieczemy 15 minut z nawiewem. Studzimy.
6.      W czasie gdy brzoskwinie się pieczą, przygotowujemy serek.
7.      Z laski wanilii wyskrobujemy ziarenka. Dodajemy je do twarożku. Jeśli jest taka konieczność dodajemy do niego mleko, aby nie był zbyt gęsty. Dosładzamy wedle smaku. Mieszamy dokładnie do połączenia się składników.
8.      Brzoskwinie obieramy ze skórki***. Miksujemy na kremową, gładką masę.
9.      Na dno kielichów wysypujemy pokruszone w dłoniach ciasteczka. Skrapiamy je alkoholem. Wykładamy serek, następnie mus brzoskwiniowy, odrobinę ciasteczek skropionych alkoholem  i znowu – tym razem mniejszą porcję twarożku. Podajemy.
 

 
* użyłam belgijskiego maquée Campiny. Ważne, by serek był gęsty, aksamitny w konsystencji i kremowy
** w wersji dla dzieci alkohol można zastąpić sokiem z cytryny zmieszanym z miodem
*** pieczone brzoskwinie dają się idealnie obrać ze skórki 
 
 
 
Smacznego!

czwartek, 20 września 2012

Wyborne cytrynowe ciasteczka.


 
Zawsze mam z tym niemały problem. Zawsze, ilekroć chcę napisać o książce. Nie potrafię pisać recenzji, chociaż powinnam, nawet opowiedzieć o książce nie bardzo umiem. Bo odbiór tych, o których chciałabym móc napisać jest zwykle związany z emocjami. Niepodatnymi na obiektywizm struktur i form. Wymykającymi się słowom jako ich nieadekwatnym obrazom. Tak jakby pójść do gabinetu luster, by zobaczyć czy pasuje mi ta sukienka.   
Problem polega na tym, że odbiór każdej książki jest przecież sprawą bardzo osobistą. Ocenianie, polecanie, zachwalanie czy zniechęcanie wydaje się mocno ryzykowne. Ktoś inny może mieć zdanie zupełnie inne. I zapewne je ma.  
Dziś będzie o książce, której odbiór jest tak osobisty, intymny niemal, że szczególnie trudno mi o niej pisać. I jednocześnie – wiem, że trzeba. Wielu już ją zna, to pewne. Ja zawsze chciałam po nią sięgnąć ale dopiero niedawno trafiła w moje ręce.
 
„Na świecie ma się do wyboru tylko samotność albo pospolitość (Schopenhauer). Chcąc uniknąć samotności, wpadłam w pospolitość. Jakże odległa wydaje mi się teraz tamta porzucona młodzieńcza samotność w domu rodziców, rozmyślałam o niej nad kartką papieru, celebrowałam swoją osobność, inność, chodziłam na samotne spacery, owijając się smuteczkiem jak szaliczkiem...
A Kraina Pospolitości jest niezmierzona i mami fatamorganą... Ileż to razy mi się zdawało, że stoję w obliczu cudu? Jednorazowego, niepowtarzalnego wydarzenia w życiu dwojga istot, które stanęły solidarnie naprzeciw Tajemnicy świata? To były tylko wzniosłe chwile, ułamki zwykłego czasu, który jakby się zachwiał, wypadł z amplitudy... Wystarczył skrzek pospolitości, by perłowa struktura cudu zapadła się i powracam do normy: śniadanie, sprzątanie, gotowanie, spacer, zakupy, karmienie, zamywanie, pranie, gotowanie, sprzątanie, prasowanie, czekanie, witanie, karmienie, uśmiechanie się, słuchanie, pocieszanie, zanikanie, zanikanie... Leżę na powierzchni życia, porzucona przez cud, i muszę się ratować. Ratuje mnie mechaniczna odpowiedzialność, powrót do codziennych obowiązków podtrzymywania samego życia: dom, dzieci, psy, koty. Istnienie, które należy obsłużyć, bo życie jest wartością samą w sobie, tym bardziej, jeśli jest to życie, które sprowadziłaś na świat, przytuliłaś, obiecałaś przeprowadzić przez przeszkody.
Pospolitość. To jest w istocie pustynia serca. To jest w istocie prawdziwa samotność. Bez cienia wzniosłości. Najgorsza z możliwych, bo tracisz nawet siebie samą.”
Anna Janko napisała książkę niesamowicie kobiecą (Co to w ogóle za stwierdzenie? Czy mogła napisać inną? Odpowiedź brzmi – ta książka jest intensywnie kobieca). Książkę inteligentną i poetycką. Z pewnością też bardzo osobistą. Przejmującą, przemawiającą, pozostawiającą w zachwycie i zastanowieniu. Sięgnijcie po „Dziewczynę z zapałkami” jeśli właśnie tego w książkach szukacie. Ja uświadomiłam sobie, jak bardzo pozostajemy czasami samotni po lekturze książki, która nas poruszyła, wzruszyła czy zastanowiła. Przebyliśmy drogę, którą wprawdzie można zawrócić, ale nigdy nie będzie już ona taka sama.

A teraz coś dla przeciwwagi. Ciasteczka. Po prostu. I kwaśne i słodkie. Jak życie. Wymienię tylko kilka ich zalet: wyborne w smaku, delikatne, o piaskowo-kruchej strukturze, szybkie w wykonaniu i łatwe. Bez jajek. Reszta składników nieskomplikowana i dostępna. Polecam gorąco.
 
 
 
  
Ciasteczka cytrynowe (Sablés citron)
 
Składniki :
165 g masła klarowanego*
70 g cukru pudru
25 g mąki ziemniaczanej
250 g mąki tortowej
2 łyżki oliwy
3-4 łyżki soku z cytryny
1 łyżeczka skórki cytrynowej
½ łyżeczki proszku do pieczenia
 
 
 
 
Przygotowanie:
1.       Nagrzewamy piekarnik do temparatury 180 stopni.
2.      Mikserem ucieramy masło z cukrem.
3.      Dodajemy oliwę, posiekaną drobno skórkę i sok z cytryny. Mieszamy.
4.      Wsypujemy obie mąki zmieszane z proszkiem. Mieszamy tak długo jak to jest możliwe, następnie wyrabiamy ręcznie. Krótko i sprawnie.
5.      Całość dzielimy na 25-30 części. Formujemy z nich kulki. Każdą z nich spłaszczamy widelcem dwukrotnie, horyzontalnie i wertykanie. W ten sposób powstaje kratka.
6.      Ciastka układamy zachowując odległości od siebie, trochę się rozrosną. Na blasze wyłożonej pergaminem.
7.      Pieczemy 0k. 15-20 stopni.
8.      Studzimy na kratce. 

 
*masło klarowane możemy kupić z marketach lub przygotować je samemu. Wystarczy rozpuścić masło w rondlu, następnie zebrać sitkiem pływające po powierzchni szumowiny. Następnie wstawić je na mniej więcej 1 godzinę do lodówki. Powinno mieć konsystencję stałą ale miękką, by łatwo dało się utrzeć z cukrem. Dla struktury i delikatnego smaku ciasteczek niezwykle ważne jest użycie właśnie masła klarowanego.  
 
 

Przepis pochodzi z tego bloga.
 
Smacznego!

wtorek, 18 września 2012

Risotto? Z cynamonem i karmelizowanymi jabłkami.

 
 
 
Pamięta dobrze tę całkiem niedawną chwilę. Schodziła po schodach. W domu otwarte niemal wszystkie okna. Przeciąg, który nie zmieniał nic w konsystencji upału. I przerażenie. No może nie aż tak. Strach? Już bliżej. Że może wrócić. Już poźegnane, ułożone w zakładce wspomnień, na końcu. Najświeższe ale jednak, wspomnienie. Przeszłość, zaszłość, przeżyta, przebrzmiała, skończona, zamknięta.  
 
Lato przeszło. Jego dni, rozebrane ze złudzeń, już całkiem nagie skończonością, niepotrzebne jak słomkowy kapelusz i sandały. (Te ostatnie przydadzą się jeszcze przynajmniej w następnym sezonie.)  
  
Więc jak to tak? Upał? Teraz? Gdy wszystko pozapinane na ostatni niemal guzik. Jeszcze dekolt frywolny, ot całe szaleństwo. I choć żal lata, kiedy już przeminie, głowę odwraca w innym kierunku, nie chce oglądać się za siebie. Bo nie ma powrotu. Jest tylko to, co pod stopami. Kolejny zakręt, smagany wiatrem, zasypany liśćmi i trud, by odnaleźć właściwą drogę. 
 
Nie bardzo potrafiłam znaleźć właściwą nazwę dla tego dania. Risotto, risolatte, czyli bardziej puding, ryż na mleku? Wszystko po troszę. Z pewnością na słodko, jesiennie. Z jabłkami, które uwielbiam karmelizować. Obserwować tę przemianę a potem, rozkoszować się jej owocami. Jeśli lubicie takie klimaty, dla mnie to powrót do czasów dzieciństwa, polecam gorąco.

 
 

Risotto z jabłkami w karmelu 

Składniki:
200 g ryżu do risotto, użyłam carnaroli, może być arborio
500 ml mleka
25 g masła
200 ml wina*
10 cm kawałek kory cynamonu**
100 ml śłodkiej śmietanki
1 duża łyżka cukru lub syropu z agawy  

Do podania:
3 duże jabłka
3 łyżki cukru, najlepiej brązowego
3 łyżki wina
3 łyżeczki masła 

Przygotowanie:
1.       Mleko gotujemy i pozostawiamy na małym ogniu, tak by cały czas było gorące.
2.      W garnku o grubym dnie lub wysokiej patelni roztapiamy masło, wsypujemy ryż i wlewamy wino, dodajemy korę cynamonową, mieszamy aż ryż się zaszkli i wchłonie niemal cały płyn.
3.      Mieszamy dokładnie i dodajemy część gorącego mleka, które dolewać będziemy partiami, ilekroć ryż wchłonie płyn.
4.      Mieszamy często i regularnie, uważając byż ryż się nie przypalił, dolewając gorące mleko. Pod koniec gotowania dosładzamy.
5.      Po mniej więcej 20 minutach ryż powinien być już gotowy i mieć kremową konsystencję.
6.      Ryż zestawiamy z ognia. Jabłka obieramy kroimy wedle uznania na mniejsze kawałki. Na patelni rozpuszczamy masło, dodajemy jabłka, mieszamy. Wsypujemy cukier, mieszamy. Kiedy tylko cukier się rozpuści wlewamy wino. Mieszamy i czekamy aż całośc się skarmelizuje a jabłka oblepią słodyczą.
7.      W tym czasie podgrzewamy lekko śmietankę. Dolewamy ją do ryżu. Mieszamy dokładnie. Przekładamy na talerzyki. Podajemy na gorąco, z jabłkami w karmelu.

Uwagi:
*użyłam słodkiego greckiego wina Muscat, można użyć Masali lub białego wytrawnego wina, wówczas jednak trzeba użyć mniejszą lub większą ilość cukru
**risotto możemy aromatyzować także wanilią, wedle smaku i dostępności
 
Smacznego! 

piątek, 14 września 2012

Papryka faszerowana. Ogłoszenie wyników konkursu.


 

Wciąż nie mogę dogonić rzeczywistości. (Tak sobie powtarzam jak mantrę ten zwrot, choć przecież trudno o coś bardziej rzeczywistego niż codzienność). Mam jednak takie poczucie, że tylko biegnę tuż za, lub - chwilami obok tego, rozpędzonego już na dobre pociągu, nie mogąc do niego wskoczyć, rozsiąść się wygodnie. Już nie mówię o wagonie pierwszej klasy, choć w tej chwili najbardziej marzy mi się sypialny. (Kiedy ja w ogóle z niego wysiadłam/wypadłam)? A może w ogóle zgody na tę podróż nie było i stąd wszystkie kłopoty?) 
 
Częstym motywem w filmach jest moment, gdy ktoś z tego rozpędzającego się pociągu, wyciąga do Ciebie rękę i chce Ci pomóc wskoczyć do środka w absolutnie ostatnim momencie. Tu następuje zbliżenie dłoni, już już prawie w uścisku, na tyle silnym, co pomocnym w istocie i nerwowe oczekiwanie widza: uda się, czy się nie uda?

Kończy się, jak sami dobrze wiecie, różnie. Ja poproszę o happy end. O ten widok roztaczający się z ostatniego wagonu pociągu, na krajobraz uciekający spod nóg, wiatr we włosach i satysfakcję, że się udało, w ostatniej chwili. Pozostaje już tylko, no właśnie - poszukać dla siebie miejsca w środku. Lub też konduktora, w przypadku, gdy kolejka po bilet w kasie była zbyt długa a ty chwilowo jesteś pasażerem na gapę...

I tu rozpoczyna się podróż, z momentami szarości za oknem. Akcja też jest, ale wszystko to jakieś rozwleczone w czasie, nie nadające się już na film. Chyba, że reklamowy. Taki, w którym usłyszysz, że „strasnie duzo jes...”

Dobrze, przejdźmy do meritum. Obiecałam Wam podać wyniki i zwycięzców konkursu Kreatywnie w kuchni. Niestety, albo konkurs był źle pomyślany, albo zwiniły wakacje, albo nagrody nie dość kuszące. Nie wiem i zachodzę w głowę do dziś. Z niejakim smutkiem, dodam. Ale bywa przecież i tak. W konkursie wzięły udział 3 uczestniczki i przynajmniej w związku z tym, nie ma kłopotu z losowaniem nagród, których też jest 3. Przynajmniej wszystko się dobrze składa. Poniżej znajdziecie nadesłane zdjęcia i przepisy. Dla przypomnienia, zasady uczestnictwa znajdziecie choćby tutaj. Chcę uhonorować wszystkie uczestniczki, niezależnie od tego jak bardzo kreatywnie podeszły do samych zasad konkursu :-) Choćby dlatego, że wykonały wysiłek i wykazały chęć wzięcia udziału a nadesłane przepisy i zdjęcia są baaaardzo kuszące. A to, jak sami wiecie, już dużo. Z laureatkami skontaktuję się mailowo.  

Was zapraszam dziś na faszerowaną paprykę. Może być także cukinia, albo pomidor. Tym, którzy chcieliby w farszu odnaleźć kawałek mięsa, polecam dodanie np. zrumienionego boczku w małych kawałkach lub szynki. Z założenia jednak danie jest bezmięsne, za to niezwykle pyszne i sycące. Tajemnym składnikiem, spajającym wszystkie pozostałe jest masło orzechowe, które dodajemy także do kruszonki. Polecam gorąco.  

 
 

Papryka faszerowana 

 
Składniki:
3 ząbki czosnku
3 łyżki oliwy
1 średnia marchewka (100 g przed obraniem)
2 łodygi selera naciowego
1 żółta papryka (100 g przed obraniem)
225 g cukinii
2 czerwone papryki
6-8 łyżek bulionu
100 g bulguru (można zastąpić kuskusem lub kaszą jęczmienną)
1 jabłko
1 łyżka soku z cytryny
1 duża łyżka masła orzechowego
 
Na kruszonkę:
1 czubata łyżka mąki
1 łyżka masła orzechowego
1 łyżka startego sera, użyłam grana padano
 
Przygotowanie:
1.       Na oliwie delikatnie podsmażamy posiekany czosnek.
2.      Ucieramy marchewkę na tarce. Dodajemy na patelnię. Podobnie z selerem, żółtą papryką i cukinią. Na końcu jabłko. Siekamy warzywa i kolejno, jedno po drugim dodajemy do reszty składników. Warzywa powinny tylko lekko zmięknąć, bo będą jeszcze opiekane.
3.      Kiedy wszystkie warzywa już są na patelni podlewamy je bulionem. Doprawiamy, solą, pieprzem, sokiem  z cytryny  i odrobiną cynamonu.
4.      Bulgur gotujemy, odsączamy.
5.      Nagrzewamy piekarnik.
6.      Przygotowujemy kruszonkę. Łączymy wszystkie składniki do powstania granulowatej konsystencji.
7.      Papryki czerwone myjemy, przekrajamy, oczyszczamy wewnątrz. Wypełniamy farszem i posypujemy kruszonką. Wkładamy do naczynia żaroodpornego.
8.      Pieczemy 30 minut w 175 stopniach z nawiewem.




Oto konkursowe propozycje.

Katarzynka prowadząca bloga www.onionchoco.blogspot.com przysłała przepis na bób smażony z czosnkiem i świeżą miętą. Napisała: 
 
Oto moje Mięto i owo z bobem dołącza do konkursowych przepisów.

Smacznego!

Bób smażony z czosnkiem i świeżą mięta

Na 2 duże porcje:
2 szklanki wyłuskanego bobu
2 ząbki czosnku
10 dużych listków mięty
2 łyżki oliwy
szczypta czarnego pieprzu 
 
 

Bób ugotuj al dente, wystudź i obierz. Czosnek bardzo drobno posiekaj, listki mięty przerwij na pół. Na patelni rozgrzej oliwę, wrzuć czosnek i miętę, smaż 2-3 minuty do zeszklenia czosnku. Dodaj bób, dopraw pieprzem i często mieszając smaż całość jeszcze ok. 5 minut. Trzeba pilnować żeby czosnek się nie przypalił. Gotowe! Najlepiej smakuje z kawałkiem chleba albo z pitą. Idealne jako dodatek do letniego obiadu w towarzystwie steków.
 
 
Ewa Miller przygotowała śliwkowe crumble i napisała tak: 

Koniec lata ma dla mnie zawsze smak śliwek. Uwielbiam ich smak i słodki aromat, który wypełnia dom. I choć zwiastują one koniec błogiego lenistwa z chęcią przygotowuję wszelkie dania z nimi w roli głównej by nasycić ciało i duszę na cały rok. Zainspirowana Twoim przepisem na śliwkowe crumble stworzyłam taki deser:

Śliwkowe crumble

1 szklanka malin
4 duże śliwki
15 dag sera pleśniowego lub typu philadelfia
2 łyżki miodu
3 łyżki amaretto
3 łyżki płatków owsianych
1/4 kostki masła
3 łyżki mąki pszennej
2 łyżki płatków migdałowych




Do miski wsypujemy mąkę, płatki owsiane i migdałowe, dodajemy miód, amaretto i zalewamy gorącym roztopionym masłem, śliwki pokroić na cząstki i razem z malinami ułożyć w kokilkach do zapiekania, przełożyć pokrojonym w kostkę serem i zasypać kruszonką, piec ok. 20-30 min. w temp. 180 st.

Monika Fiszer, prowadząca blog www.bentopopolsku.blogspot.be napisała tak:
 
Zainspirowana Twoją mizerią z koperkowym pesto zrobiłam pudding z kaszy jaglanej właśnie z pesto koperkowo cytrynowym. Pesto jest pyszne, będę je robić często bo świetnie pasuje do ryb. 
 
Puding z kaszy z pesto koperkowo-cytrynowym

1 filiżanka kaszy jaglanej
pół małej marchewki
1 ziemniak
1 łyżka płatków owsianych
przyprawy

 
Kaszę, marchewkę i ziemniaka ugotowałam na parze (wszystko osobno). Następnie wszystko razem zblendowałam z przyprawą Vegeta natur. Dodałam płatki owsiane. Wyszła przepyszna, kleista masa. I wszystko byłoby fajnie, gdybym miała patelnię, żeby móc obsmażyć te kotleciki. Nie chciało mi się podsmażać placuszków w tosterze (pewnie byłoby to możliwe), więc zostawiłam tę masę taką - o konsystencji puddingu. Włożyłam do pudełeczka bento i do smaku dałam pesto z koperku i cytryny, a dla ozdoby marchewkę. 
 
 
 
Pesto koperkowo-cytrynowe
 
1 pęczek koperku
1 łyżka soku z cytryny
1 łyżeczka skórki otartej z cytryny
1/2 filiżanki oliwy
1/4 filiżanki pestek słonecznika

(opcjonalnie 1 ząbek czosnku - ja pominęłam, bo miałam to pesto zabierać do pracy, a z zasady nie biorę woniejących rzeczy do pracy, pomimo posiadania i używania szczoteczki i pasty w pracy). 
Wszystko razem cierpliwie blendujemy aż do uzyskania konsystencji pasty. 
 
Dziewczyny! Dziękuję za Waszą kreatywność i udział w konkursie. W sprawie nagród skontaktuję się z Wami mailowo.
 
Smacznego!
 

środa, 5 września 2012

Najlepsze, kiedy wracam do domu jest...


 
Pamiętam jeszcze, jak śpiewały świerszcze. Jak konik polny zaplątał się w firankę. Jak pachniało latem, jeszcze na granicy. Jeszcze kilka oddechów po naszej stronie. Bo już w Pradze zapachniało jesienią. Tą piękniejszą, o suchych włosach, w których zaplączą się klonowe liście. I zachwyt nad tym miastem, zagubiony w tłumie. Turystów.
 
A potem już tylko smutek słoneczników rozsianych po polach wzdłuż autostrady. Zgięte ciężarem słońca, uśmiechnięte już raczej w godnej rozpaczy, pochylone w stronę ziemi. Purpurowy szal na ramionach nieba, ostatni krzyk dnia, z zachodu.
 
I wreszcie dom. Długo oczekiwany. Wyglądany. Po raz pierwszy z nutą smutku. Dom, w którym nie ma już kota.
 
Z kieszeni, których nie zliczę, wyjmuję bilety do tramwaju, metra, kopalni, papierki po żujkach, kamyki (Mamo, zobacz, jaki piękny! Weźmiemy go ze sobą? Proooszęęęęę...?!), okulary słoneczne, chusteczki, guzik zielony... A w samochodzie wciąż piasek znad morza. Tak wyprać, wysprzątać, odkurzyć wszystko? Czy się da? A czy trzeba?
 
Cieszymy się, że wróciliśmy cali i zdrowi. Szczęśliwi, ze wspomnieniami, które uporządkuje czas. Z czasem. Ciekawa jestem, co z nich wspominać będą dzieci za lat kilka, kilkanaście...?
 
Kochani Moi!
Powrót zajmie mi jeszcze kilka dobrych dni. Zanim na dobre rozsiądę się i zadomowię. Przed komputerem i w domu bez kota. Obiecuję Wam, następnym razem informacje dotyczące konkursu, zapewne czekacie na jego rozwiązanie. Proszę o odrobinę cierpliwości. I obiecuję jeszcze sporą garść informacji wakacyjnych, o ciekawych miejscach, które dane nam było poznać. I jabłeczniki, które chodzą mi po głowie. I waniliowe ciasto z brzoskwiniami (jeśli się uda). Wszystko to już niedługo.
 
Tymczasem, danie gotowe w  10 minut. Klasyk nad klasykami. Wydaje się, nie wymagający przepisu. Może nawet niektórym wyda się zbyt banalnym by o nim napisać. Ale właśnie wtedy, gdy wraca się do domu, a lodówka straszy światłem po oczach, wystarczają 3 składniki, by nasycić niecierpliwe i zmęczone ciało ciepłą strawą. Agio olio (vel Anglio olio, jak mawiają nasze dzieci). Przywiozłam z domu pyszny czosnek, niemal słodki i kruchy, tę kruchość słychać pod naciskiem noża. Do tego oliwa. I ulubiony makaron, lub taki, który się ostał. A gdy mamy kilka minut więcej i pierwsze zakupy po powrocie za sobą, można dorzucić jeszcze coś.  
  
 
 
 
Aglio olio. Fetuccine.
 
Przepis podstawowy
 
Składniki:
350 g suchego makaronu
1 czubata łyżka soli, najlepiej morskiej (30 g)
2 małe główki czosnku (50 g po obraniu i pokrojeniu)
4 – 5 łyżek oliwy
1 łyżka masła
1 czubata łyżka posiekanej drobniutko natki pietruszki
1 łyżka papryczki chili (jeśli świeża) lub 1 łyżeczka (jeśli suszona)
 
Przygotowanie:
1.      W dużym garnku zagotowujemy 0k. 4 litrów wody. Dodajemy sól. Kiedy zacznie wrzeć, wrzucamy makaron. Mieszamy. Gotujemy minimalnie krócej, niż wskazuje producent makaronu. Musi być al dente! Zachowujemy odrobinę wody z gotowania.
2.     W tym czasie kroimy czosnek w płatki. Nie muszą być bardzo cienkie.
3.     Rozgrzewamy 3 łyżki oliwy na patelni. Przekładamy czosnek, dusimy na małym ogniu, aż się ładnie przyrumieni.
4.     Siekamy pietruszkę i papryczkę.
5.     Makaron odcedzamy. Polewamy pozostałą oliwą. Przekładamy na patelnię z czosnkiem. Dodajemy pietruszkę, papryczkę, masło i 2 łyżki wody z gotowania makaronu. Mieszamy do połączenia. Doprawiamy, jeśli trzeba jeszcze, solą a z pewnością – pieprzem. Posypujemy serem.
 
 
Wersja rozszerzona
 
Postępujemy cały czas jak wyżej. Jednocześnie, na drugiej patelni podsmażamy na chrupko boczek. Posypujemy nim makaron przed podaniem. Możemy go wcześniej osuszyć na ręczniku kuchennym.
 
Wersja mocno odbiegająca od klasycznej
 
Jest ich oczywiście wiele. Można dodać podsmażone na maśle z czosnkiem krewetki i skropić całość cytryną. Można podać makaron z kleksem sosu pomidorowego (tak, jak na zdjęciu) i rukolą. Można dorzucić czarne oliwki. Z pełną świadomością, jak bardzo oddalamy się od ideału prostoty.
 
Jedno jest pewne. To właśnie tę wersję, podstawową, nasze dzieci określają jako, cytuję: Wyśmienitą!
 
Uwagi:
1.       Do wody, w której gotujemy makaron nie dodajemy oliwy. Zmniejsza ona absorbcję soli. A taka jej ilość użyta do gotowania właściwie wystarcza, potem makaronu nie trzeba już dosalać.
2.      Ważną sprawą jest, aby czosnek się zrumienił a nie został zbyt mocno podsmażony czy przypalony. Ten ostatni jest gorzki. A ma być chrupiący i delikatnie słodki.
3.      Ponieważ to kuchnia włoska, szczególnie ważna jest jest jakość składników. Zwróćmy na to uwagę i w miarę możliwości – użyjmy najlepszych.  
 
Smacznego!