poniedziałek, 29 października 2012

Cały ten bigos...!


 
Nadchodzące chwile to czas szczególny. I jakby tego nie ujmować, niezwykle osobisty. Stąd raczej milczenie niż rozpisywanie się. To z pewnością nie halloweenowe szaleństwa a - nieustanne wręcz wspominanie i podróżowanie w czasie. Wzmagane jesiennymi powiewami nostalgii, z łezką w oku i tym charakterystycznym gryzieniem w gardle. Ale także z radością i wdzięcznością za czas miniony. Tyle go było, ile byliśmy w stanie przeżyć, tak a nie inaczej. Wystarczy jakiś zapach, przyniesiony w ramionach wiatru, odnaleziony drobiazg, czyjeś słowa albo jakiś smak... i już mnie nie ma.
 
Dzisiejszy przepis ma dla mnie ogromne i jednocześnie niezwykłe znaczenie. Każda rodzina ma przecież swoje kulinarne tajemnice, swoje sposoby na ulubione dania i swoich mistrzów ceremonii, którzy pieczę nad nimi trzymają. Naszą mistrzynią była moja babcia, mama mojego taty. Tylko ona potrafiła upiec takie makowce, przygotować barszcz, ziemniaki z cebulą i pierogi z kapustą na Wigilię, że choćby o faworkach nie wspomnę. No i bigos. Ale taki bigos, że przez szereg lat nie tknęłam żadnego innego, uznając go ledwie za gotowaną kapustę czyli oględnie mówiąc - nieudaną próbę, niewartą wysiłku spróbowania. Cóż za pycha i ignoracja - powiecie. I tak - macie rację. Ale było właśnie tak i reszta rodziny miała podobnie. Ileż to razy prosiliśmy babcię, by nauczyła nas, jak się go przygotowuje! Ileż to prób spisania krok po kroku wszystkich czynności i dokładnie odważonych ingrediencji. Mijały lata. Bigos wywoziłam na studia częstując nim wszystkich znajomych i przyjaciół. Zawsze przyjmowany, z całkowicie zrozumiałym dla mnie, entuzjazmem. Pewnego razu to moja mama postanowiła raz na zawsze wszystko dokładnie wymierzyć, policzyć i zapisać. Uczestniczyła w rytuale powstawania od początku do końca. I wydawało się, że już wie. Rodzina odetchnęła z ulgą. Już wiemy. Nauczymy się, z czasem.
 
Pewnie każdy z Was, który przeżył stratę bliskiej i ważnej dla siebie osoby pamięta, jak trudne są chwile zrobienia czegoś, czegokolwiek, po raz pierwszy, już bez niej. I z jednej strony jest ogromna potrzeba, by poprzez samo to działanie być bliżej a z drugiej - ogromna troska i jakby niechęć, przez które przemawia strach. Strach przed uświadomieniem sobie namacalnie i ostatecznie, że oto już nic nigdy nie będzie takie samo, za to zawsze już będzie - osobne, pojedyncze.
 
Przygotowywanie bigosu w domu rozpoczynało się od kiszenia kapusty. Bywały takie lata, że były tego 2 beczki. Dziś już tylko jedna. I duży garnek. Taką kapustę, którą to właśnie babcia uznawała za już nadającą się, używaliśmy do przygotowywania bigosu. To zawsze był czas tuż przed 1 listopada. W połowie miesiąca rozpoczynano proces gotowania. Nie było mnie w domu, gdy powstawał ten ostatni, z udziałem babci i ten pierwszy, ugotowany wspólnie przez rodziców. Obu ich smakowałam. I byłam dumna, że choć było im tak szczególnie ciężko, smak pozostał ten sam, niemal niezmieniony. Minęło kilka lat, za nami pierwsza i kolejne Wigilie bez naszej Mistrzyni Ceremonii. I każde, choćby najmniejsze działanie, które odbywało się z jej udziałem, wykonywane dziś już tylko przez nas jest bogate w emocje i wspomnienia. Wiemy, że jest gdzieś blisko nas. I czuje to samo. I czuwa.
 
W końcu nadszedł i czas dla mnie. Musiałam stawić czoła temu wyzwaniu. Pamiętałam wszystkie wskazówki mamy i czynności, jakie wykonywała babcia, rzeczy, na które zwracała szczególną uwagę. I tu, w naszym belgijskim domu, udało mi się. Cud- mąż, który wielokrotnie próbował tamtego bugosu, przygotowywanego jeszcze przez babcię, potwierdził. Udało się uchwycić ten niepowtarzalny smak, sprawiający, że rozpoznałabym go zawsze i wszędzie.
 
Powiecie pewnie - wielkie mi mecyje - bigos. A jednak. Może spróbujecie tego? Zrozumiecie.
 
I jeszcze jedno tylko zastrzeżenie. Prawdziwy, dobry bigos to nie jest sposób na utylizację wszelakich mięsnych resztek. Jest dziełem samym w sobie, w które wkładamy wiele serce i same najlepszej jakości składniki.
 
 
 

Bigos  

Składniki :
2 kg kiszonej kapusty
500 g słodkiej posiekanej kapusty
50 g suszonych grzybów
700 g kiełbasy (koniecznie dobrej jakości, to bardzo ważne – śląskiej lub podwawelskiej)
300 g wołowiny**
200 g świeżego boczku
garść suszonej włoszczyzny
pieprz w ziarnach, ziele angielskie, liść laurowy, jałowiec, lubczyk
500 g przecieru pomidorowego***
suszone śliwki wedle uznania, jeśli kto lubi
180 g cebuli
1 szklanka czerwonego wytrawnego wina 

Przygotowanie: ****
1.       Grzyby zalewamy gorącą wodą. Odstawiamy na moment. Następnie przecedzamy je dokładnie i kroimy w kostkę.
2.      Kiszoną kapustę płuczemy *- zalewamy gorącą wodą. Odciskamy dokładnie w dłoniach (ostrożnie, żeby się nie poparzyć). Sprawdzamy kwaśność. Jeśli trzeba płuczemy ponownie. Szatkujemy.
3.      Kapustę kiszoną przekładamy do dużego garnka. Zalewamy 3 szklankami wody. Dodajemy wszystkie przyprawy, grzyby i włoszczyznę. Gotujemy na małym ogniu.
4.      Siekamy drobno cebulę. Smażymy, uważając aby jej nie przypalić. Ma być zeszklona. Dodajemy ją do kapusty, mieszamy.
5.      Szatkujemy słodką kapustę.
6.      W drugim garnku podsmażamy boczek pokrojony w kostkę. Dodajemy do niego słodką kapustę, mieszamy i zalewamy 1 szklanką wody. Gotujemy na małym ogniu od czasu do czasu mieszając.
7.      Od tej pory gotujemy obie kapusty w dwóch garnkach oddzielnie przez 45 minut, mieszamy od czasu do czasu. Kiszoną kapustę gotujemy pod przykryciem, słodką bez.
8.      W tym czasie kroimy wołowinę. Smażymy a następnie dusimy do miękkości, uważając by się nie przypaliła. Odstawiamy.
9.      Kroimy kiełbasę w kostkę. Smażymy. Odstawiamy.
10.   Łączymy obie kapusty w dużym garnku. Pozostawiamy na małym ogniu jeszcze 20 minut.
11.    Dodajemy wołowinę i kiełbasę. Gotujemy 20 minut.
12.   Całość zalewamy przecierem. Mieszamy dokładnie.
13.   Dodajemy wino i zależnie od smaku – pokrojone suszone śliwki. Mieszamy. Przykrywamy i dusimy pod przykryciem jeszcze 2,5 godziny. Doprawiamy, jeśli potrzeba.
 
Uwagi:
*stopień wypłukania kapusty zależy od jej smaku. Jeśli jest bardzo kwaśna, po zalaniu jej wodą w garnku próbujemy i ewentualnie odlewamy płyn, zastępując go wodą. To co ważne! Tylko na tym etapie możemy regulować poziom kwaśności. Dlatego lepiej wypłukać ją więcej niż mniej, w razie gdyby pod koniec gotowania okazało się, że jest za mało kwaśna, dodajemy trochę odlanego z garnka płynu. Jeśli natomiast bedzie zbyt kwaśna, pole manewru mamy niewielkie. Kapustę po zimie, taką, która w beczkach stała już długo, moja babcia płukała nawet trzykrotnie.  

**moja babcia gotowała bigos na kościach. Obie kapusty układała na kościach i tak dusiła. Przed połączeniem obu – obierała kości i mięso dodawała do całości. Jeśli się na to zdecydujemy, będziemy potrzebować około 300-400 g kości mniej więcej. Można wówczas ewentualnie zmniejszyć odrobinę ilość wołowiny, boczku i kiełbasy. 

***zwykle nie podaję marek produktów, które używam, tym razem jednak to ważne, użyłam przecieru Pudliszki 

****sekretem tego przepisu jest podsmażanie każdego ze składników osobno, przed dodaniem do reszty. To ważne, bo zmienia smak i wygląd całości. Podobnie jest z klasycznym francuskim ratatouille, jego sekretem jest osobne ugotowanie wcześniej wszystkich składników.
 
 

Smacznego!

niedziela, 28 października 2012

Smoothies z buraczkami, gruszką i mrożonymi malinami.


 

Pamiętam jak pewnego razu babcia zarządziła:

- Pijemy soki!

W czasach, gdy pijało się głównie kompoty i od święta oranżadę w woreczku, to było odważne posunięcie. Babcia przygotowywała nam soki w sokowirówce, była to głównie marchewka z jabłkiem (Dlaczego nie może być z samym tylko jabłkiem – pytałam zawsze) aż sokowirówka i tak już wysłużona, odmówiła posłuszeństwa. Kwestia soków, na szczęście dla nas, jakby ucichła na jakiś czas. Odetchnęliśmy z ulgą. Marchewkę z jabłkiem mogłam przeżyć ale sok z buraków to już było zbyt ekstremalne przeżycie. I nikt nie potrafił mnie przekonać, tak samo jak do syropu z cebuli czy dziwacznej czosnkowej mikstury na przeziębienie. 

Temat jednak powrócił. Na osiedlu otworzono pijalnię soków. To było wydarzenie! Gdzieś tak mniej więcej w połowie drogi między domami naszym a babci. I babcia znowu postanowiła zaordonować nam cudowną kurację witaminową. Otworzyliśmy szerzej oczy i nie tylko, ze zdziwienia na widok możliwości i kombinacji warzywno-owocowych. Dla bezpieczeństwa pozostaliśmy przy sprawdzonych połączeniach. Smakowało jakby lepiej, ale i tak skóra cierpła mi po wypiciu i nie mogłam oprzeć się potrzebie otrząsania się po każdym niemal łyku.  

Trzeba nam było dorosnąć. Także po to, by zechcieć jednak posmakować nowości, które pewnie dla innych nowościami nie były już dawno. Jako dziecko kilkuletnie  nie byłam może niejadkiem, za to z pewnością byłam baaardzo wybredna i zamknięta na wszelkie nowości, choćby taki twarożek ze szczypiorkiem. Dość powiedzieć, że rosół mama przelewała nam dokładnie przez gęste sito, nie mogło w nim nic pływać, żadne tam zielenina, czy nie daj Boże – marchewka.  

Sokowirówkę, którą używam do dziś kupiła mi moja babcia. Nie ta sama, ta od syropu cebulowego i ciasta drożdżowego. Obu babci nie ma już między nami. Pozostały wspomnienia chwil takich jak tamte, gdy ze spiżarki przynoszę wielkie pudło z głośno działającym urządzeniem. I przysiadam na krześle, przy kuchennym stole, zatrzymana przez chwilę, podróżuję w czasie, do zdarzeń mininych bezpowrotnie i wciąż w nas żywych jednocześnie.  
 
Jak można się domyślić nasze dzieci świeżych soków nie piją. Pomarańczowy bez farfocli, jabłkowy najlepiej na bazie koncentratu, tak dla pewności, że nic w nim pływać nie będzie. Ja natomiast tak. Trochę z konieczności, coraz częściej – dla smaku. W końcu buraczki i zielona pietruszka to najlepsi przyjaciele nielubiącego jeść czerwonego mięsa anemika.  

To połączenie (burak, gruszka, mrożone maliny) jest jak dla mnie idealne. Podpatrzyłam je w jakimś małym wydawnictwie o produktach bio. Można potraktować je jako wyjściowe dla rożnych dalszych kombinacji z buraczkiem w roli głównej. Co uczyniłam. Zamrożona w całości cytryna jest tu moim zdaniem dodatkiem absolutnie niezbędnym. Polecam gorąco. I zapraszam ponownie już wkrótce. Podzielę się z Wami moimi pomysłami na świeże soki z warzyw i owoców. 
 
 
 
 
Smoothies z buraczka, gruszki i malin 

Składniki:
200 g surowych buraków
100 g mrożonych malin*
1 gruszka
½ cytryny** 

Przygotowanie:
1.       Obieramy buraki. Kroimy na mniejsze cząstki i do sokowirówki.
2.      Obieramy gruszki,  miksujemy je razem z malinami i sokiem z buraków i cytryny.
3.      Przelewamy do szklanek, podajemy. 
 
Uwagi:
*można użyć mrożonych czerwonych owoców. Ja dodaję jeszcze garść zamrożonych jagód, które według mnie pasują tu idealnie. Takie smoothies smakuje jeszcze lepiej.
**używam całej cytryny. Umytą dokładnie przechowuję w zamrażarce. W razie potrzeby ścieram na tarce w całości i dodaję. W tym przypadku połowę cytryny ze skórką zmiksowałam razem z resztą owoców.
***tak przyrządzonego napoju nie trzeba dosładzać, jest bardzo ożywczy i daje poczucie energatycznego. Można go doprawić, na przykład pieprzem.

 
 
Smacznego!

sobota, 27 października 2012

Cranachan.


 

Cranachan to tradycyjny szkocki deser. Drzewiej podawany głównie latem i przy ważnych okazjach, takich jak choćby wesele. Dziś jednak podaje się go przez cały rok. Zwyczajem jest podawanie wszystkich składników osobno, tak aby goście sami kompomowali swoje desery. Podstawowymi komponentami są: bita śmietanka, uprażone płatki owsiane, nasączone odrobiną whiskey (a jakże!) i pozostawione na noc oraz truskawki lub maliny przetarte do konsystencji musu. Pomysłów na realizację tego deseru znajdziecie z pewnością wiele. Ja pozostaję przy tym chyba najbardziej tradycyjnym. Polecam go i Wam, niezmiennie gorąco.

Jutro zaś zapraszam na smoothie z buraczkami. Zaopatrzcie się w większy zapas malin, przydadzą się także i do tego przepisu. Dobrej soboty, Kochani.

 
 
 
Cranachan 

Składniki:
200 ml śmietany kremówki
70 g płatków owsianych
120 g cukru**
400 g malin
2 – 3 łyżki whiskey 

Przygotowanie:
1.       Płatki owsiane wstawiamy na blasze wyłożonej pergaminem do nagrzanego do 150 stopni piekarnika.
2.      Zapiekamy z nawiewem przez około 20 minut.
3.      1 łyżkę odkładamy do dekoracji, resztę skrapiamy whiskey* i odstawiamy na kilka godzin, najlepiej na noc.
4.      Maliny zasypujemy 60 g cukru, gotujemy około 10-15 minut, aż woda trochę odparuje. Mielimy, przecieramy przez sito. Studzimy.
5.      Ubijamy śmietankę z pozostałym cukrem. Dodajemy do niej płatki owsiane, mieszamy dokładnie.
6. W szklankach układamy warstwami maliny i śmietankę. Wierzch posypujemy płatkami, wstawiamy do lodówki na minimum 2 godziny. Podajemy. 

Uwagi:

*jeżeli deser zamierzamy podać dzieciom będziemy musieli zrezygnować z alkoholu. Wówczas najlepiej jest po uprażeniu i przestudzeniu płatków większą część z nich zmielić i dodać do ubitej śmietanki. Przy tej opcji zyskujemy także na czasie.

**można zrezygnować z połowy cukru na rzecz odrobiny miodu, z którą ubijemy śmietankę.  

 
 
Smacznego!
 

piątek, 26 października 2012

Pomidorowa. Ale jaka?!


 

Wieczorem wszyscy będziemy w komplecie. Wróciła córka pierwsza, wróci cud-mąż. Tymczasem wszystko nie na swoim miejscu. Nikt praktycznie nie śpi u siebie. Każdy szuka śladów obecności chwilowo nieobecnych. Zapachu włosów na poduszce, małej złośliwości, która pojawiłaby się przy kolacji, gdyby przy stole nie brakowało akurat pewnej szalonej nastolatki...  

Rano było ciężko. Ostatni dzień przed wakacjami (prawie 10 dni!) i tuż przed zmianą czasu. Brakowało argumentów, także mnie samej. Utracjusz po raz pierwszy spędził noc w naszym domu. Można więc sobie łatwo wyobrazić, jaka pogoda tuż za progiem. Przypominało mi to trochę czuwanie nad małym dzieckiem. Nie wiedziałam, czy się w nocy nie obudzi i nie będzie domagał się, na przykład wyjścia na zewnątrz? Tymczasem spał spokojniej niż ja, do samego rana.  

Gdybym miała przeanalizować mój jadłospis ostatnich dni i tygodni przeraziłaby mnie zapewne ilość pochłanianych pomidorów. Tak, jakbym magazynowała na zimę zapasy likopenu. Nazwa bloga powstała raczej z sympatii dla Starszych Panów. Kabaretu Starszych Panów. A tu ciągle te pomidory. Spiżarnia wciąż uzupełniana zapasami passaty, nie może jej zabraknąć. Taka jednak widać potrzeba. W kombinacji z kaszą wszelkich rodzajów, podobno jesienią najlpeszą, najzdrowszą. Chłopcy – kuskus, dziewczyny głównie bulgur, cud-mąż jest wielkim smakoszem gryczanej. Oprócz pomidorów w dużych ilościach głównie cukinia i buraki, o których zapewne w niedzielę.
Powoli wygląda mi to na rewizję klasyki polskich zup. Ostatnio – krupnik, dziś pomidorowa. Moja ulubiona, w formie kremu bardziej, bez udziału rosołu. Same pomidory. Z kaszą, a jakże. I lekko karmelizowaną cukinią, która dodaje całości słodyczy, przełamaną garstką sera i szczyptą garam masali, dla egzotyki, która rozweseli kubki smakowe. Gotowa w 15 minut. Jeśli pomidorów dodamy mniej, wyjdzie nam z tego gulasz. Gorąco polecam.
Zapraszam jutro na pyszny deser. A poźniej będzie nieco bardziej konkretnie. Dobrego weekendu Wam życzę. I niezmiennie – słońca. Pod każdą postacią, niezależnie od pogody.

 
 

Pomidorowa z cukinią 

Składniki:
90 g kaszy bulgur (można zastąpić jęczmienną lub kuskusem)
180 g cukinii
1 łyżka cukru
140 g passaty pomidorowej (gęstego przecieru)
duża szczypta garam masali (jeżeli nie mamy, a szukamy urozmaicenia, można użyć np. curry)
sól, pieprz
do zabielenia – jeśli zabielamy, 1 czubata łyżka mascarpone albo też – np. mleko kokosowe
żółty ser do posypania całości 

Przygotowanie:
1.       Bulgur zalewamy 220 g wody. Doprowadzamy do wrzenia, zmniejszamy ogień, solimy, przykrywamy i pozostawiamy tak na 10 minut.
2.      W tym czasie kroimy w kostkę cukinię. Przekładamy ją na patelnię z odrobiną masła, posypujemy cukrem, pozostawiamy na chwilę, mieszając od czasu do czasu. Kiedy cukinia lekko zmięknie, (powinna pozostać chrupka), wlewamy passatę i mieszamy.
3.      Kaszę przekładamy do talerza.
4.      Pomidorową zabielamy i doprawiamy wedle uznania.
5.      Gorącą wlewamy na kaszę. Posypujemy serem.

 


Smacznego!

środa, 24 października 2012

Tarta żurawinowa.

 
 
Czekam na powrót dzieci ze szkoły. Odruchowo układam na stole trzy talerzyki. A przecież córka pierwsza na wycieczce. Zostałam sama z chłopakami. Zrobiłam im ulubiony męski obiad. Schabowe. Nie inaczej. Synek drugi aż podskoczył z radości. I ucałował mnie na widok talerza z kuskusem, kotletem i ogóreczkami.  Ja, jak zwykle bezmięsnie. Ale o tym akurat posiłku już wkrótce.
 
Czekając na powrót chłopaków siadam na schodkach  na taras, z kubkiem zielonej herbaty. Wyciągam szyję ku słońcu. Wyprowadzam królika, zastanawiając się, który to już ostatni raz w tym roku... lato takie nieustępliwe. Nadchodzi utracjusz w białych skarpetkach. Muszę przypomnieć mu, że ten królik to nie jego obiad. Ani dziś ani nigdy. Sprawia pozory pogodzonego z sytuacją. Wolę jednak obu ich mieć na oku. Czekam. Przeczesuję wzrokiem pajęczynę między ogrodowym stołem a ławą. Zawieszona jakby na promieniach słońca. Wydaje się, że byle westchnienie wiatru zdmuchnęłoby jej koronkową egzystencję, jak skarpetkę nieprzypiętą klamerką do sznurka. Pozory. Wiele wytrzyma.
 
Chodziła za mną żurawina calutki wrzesień. I doczekałam się. Układałam ją sobie w różnych konfiguracjach. Na pierwszy ogień poszły te chyba najbardziej oczywiste. Ale efekt zdecydowanie lepszy niż spodziewany. Skondensowane mleko lekko się karmelizuje, kruchy spód jest delikatny a żurawina kwaśna, w kontraście ze słodyczą polewy. I jest jej taka obfitość. Żurawinowość...Polecam gorąco.
 
 
 
Tarta żurawinowa 
 
Składniki: 
 
Na kruchy spód:
180 g mąki orkiszowej typ 700 (można zastąpić tortową)
25 g jasnego trzcinowego cukru
50 g jogurtu naturalnego
1 łyżeczka soku z cytryny
85 g zimnego masła
szczypta soli 
 
Ponadto:
340 g żurawiny
3 łyżki cukru
3 łyżki różowego wina
skórka otarta z 1 pomarańczy
100 g białej czekolady
70 g mleka skondensowanego bez cukru
70 g serka mascarpone
50 g płatków migdałowych 
 
Przygotowanie:
1.       Przygotowujemy kruch spód. Jogurt naturalny łączymy z sokiem z cytryny, mieszamy. Masło siekamy na mniejsze kawałki. Mieszamy mąkę z cukrem i solą. W zagłębienie wlewamy jogurt i masło. Wyrabiamy opuszkami palców najpierw do formy kruszonki, następnie szybko zagniatamy. Owijamy w folię, wstawiamy do lodówki na 1 godzinę.
2.      Przygotowujemy żurawinę. Owoce przekładamy do garnka, zalewamy winem i zasypujemy cukrem. Mieszamy. Gotujemy na dość dużym ogniu przez kilka minut aż część owoców się rozpadnie. Odstawiamy.
3.      W osobnym garnuszku na małym ogniu rozpuszczamy czekoladę z mleczkiem i mascarpone. Mieszamy do połączenia w jedwabistą i gładką konsystencję. Odstawiamy.
4.      Migdały lekko prażymy na patelni.  
5.      Nagrzewamy piekarnik do temparetury 180 stopni.
6.      Ciasto wykładamy do foremki (okrągłej, o średnicy 20-22 cm lub prostokątnej). Nakławamy widelcem. Opiekamy przez 20 minut.
7.      Na podpieczony spód wykładamy żurawinę. Zalewamy masą czekoladową. Posypujemy płatkami migdałowymi.
8.      Pieczemy bez nawiewu przez 20-25 minut.
9.      Lekko studzimy przed pokrojeniem.
 
 
 
 
 
 
Smacznego!

wtorek, 23 października 2012

Krupnik z bakłażanem.


 

Czasami wystarczy postawić na stole talerz parującej zupy. O gęstości mgły, zatrzymującej samoloty, bogatej w aromaty i nieoczekiwane składniki. Zawiesistej i kremowej. Nakarmić. Bez słów. Zjeść ze smakiem do ostatniej łyżki.  

Jesień to pewnie dla większości z nas czas jabłeczników, gęstych zup i dań jednogarnkowych. Energetycznych, rozgrzewających i uszczęśliwiających taak zwyczajnie i po prostu. Stąd pomysł na zupę, którą Wam gorąco polecam. Pierwszego dnia zjedliśmy ją w postaci zupy, drugiego – gulaszu, tak zgęstniała przechowana w lodówce. Cztery porcje, przygotowane szybko i ze smakiem. Wypróbujcie koniecznie.

 
 

Krupnik z bakłażanem
 
Składniki:
500 g pieczarek
275 g bakłażana pokrojonego w kostkę
100 g kaszy jęczmiennej z soczewicą*
150-200 g wędzonego boczku
1,2 l bulionu (użyłam wołowego, ale może być warzywny albo z kurczaka)**
90 g kiszonych ogórków (3 szt.)
sól, pieprz, liść laurowy
 
Przygotowanie:
1.      Kaszę płuczemy. Gotujemy w małej ilości wody (2 objętości wody, 1 kaszy).
2.      Pieczarki oczyszczamy/myjemy. Kroimy w kostkę. Skrapiamy sokiem z cytryny, by nie zczerniały. Podsmażamy partiami na oliwie z masłem. Przekładamy na sitko do odsączenia.
3.      Na oliwie podsmażamy do miękkości bakłażana. Łączymy z odsączonymi pieczarkami i kaszą. Mieszamy.
4.      Boczek kroimy w kostkę, podsmażamy. Odlewamy wytopiony tłuszcz. Ogórki kroimy w kostkę.
5.      Kaszę z bakłażanem i pieczarkami zalewamy bulionem. Gotujemy przez chwilę z liściem laurowym. Dodajemy boczek i ogórki. Wedle uznania zabielamy śmietanką do zup. Doprawiamy. Gotujemy jeszcze ok. 10 minut.
6.      Podajemy posypaną obficie natką pietruszki.
 

Uwagi:
*użyłam kaszy jęczmiennej z soczewicą marki Sys. Zawiera ona także dodatek suszonych pomidorów, marchewki i cebuli. Jeżeli użyjemy czystej kaszy jęczmiennej warto wzbogacić zupę o te dodatki.
**bulion wlewamy partiami. Zupa w miarę gotowania gęstnieje.  Bulionu dodajemy więc wedle uznania. Jeżeli podlejemy nim kaszę minimalnie uzyskamy pyszny, gęsty gulasz lub kaszotto – jak kto lubi.
***zupę możemy przygotować w wersji wegetariańskiej. Wystarczy pominąć boczek i użyć bulionu warzywnego.

 
 
Zgadnijcie, kto wrócił...
Utracjusz jeden.
Córka pierwsza wyjechała. Czekanie. Znowu czekanie.
 
 
Smacznego!

sobota, 20 października 2012

Chouquettes.




Mały chłopiec powrócił. Cały i zdrów. Jakby nie-swój. Do jutra mu przejdzie. Zmieniony przez wydarzenia, których świadkami nie byliśmy. I przez to taki inny. Opowiadał jak zwykle niewiele. Pytał o mecz, bo nie dane mu było go zobaczyć. Przeżywał, że minęło go takie wydarzenie.  
Kot zaginął. Nie ma go już trzeci dzień. Mam złe przeczucia.  
Pogoda jak panna już niemłoda a w mini i makijażu nastolatki. Jesienna przecież a wiosenną udaje. Nikt nie da się nabrać. Choć to niewątpliwie atrakcja.  
Potworny ból głowy nie daje się oszukać kolejnym tabletkom. Nawet sen nie pomaga. Minie. Tylko kiedy?  
Ptysie budzą we mnie dziecko. I wspomnienia sobót z czasów dzieciństwa.
I znowu sobota. Czas na kolejny deser. Chouquettes (wym. szuket) albo po prostu ptysie. Tyle, że posypane cukrem perełkowym. Bez użycia miksera. Czy innych utensyliów. Wystarczy garnek i łyżka. Przygotowanie zajmuje góra 15 minut, plus pieczenie. Kiedy wyjmuje się je z pieca trudno oprzeć się pokusie, by zjeść je natychmaist wszystkie. Jednrgo po drugim. Powinny ciut wystygnąć. Kiedy kończymy jeść ostatniego - pierwszą myślą jest wstać i przygotować następne. W sumie – czemu nie? Nie mają w sobie zbyt wiele cukru ani tłuszczu. Są lekkie. Można nadziewać je ulubionym kremem, budyniem lub delikatnym owocowym musem (wówczas nazywane są profiteroles). A cukier perełkowy można już kupić w polskich sklepach. Poszukajcie, bo to niezbędny dodatek. Perełki cukru lekko chrupią podczas jedzenia. Ja je uwielbiam. I wreszcie znalezłam przepis idealny. Polecam gorąco.


Chouquettes
Składniki:
200 ml wody
3 g soli
15 g cukru pudru lub drobnego
60 g masła
120 g przesianej mąki tortowej
4 jajka
cukier perełkowy
Przygotowanie:
1.       Nagrzewamy piekarnik do temperatury 180 stopni. Blaszkę wykładamy pergaminem.
2.      W garnku doprowadzamy do wrzenia wodę z dodatkiem soli, cukru i masła.
3.      Kiedy masło się rozpuści wsypujemy na raz mąkę i mieszamy energicznie do połączenia składników drewnianą łyżką. Nie martwmy się o grudki, powstanie nam gładka klucha ciasta. Pozostawiamy garnek jeszcze przez krótki moment – ok. 2 minut, na gazie, by wysuszyć ciasto, mieszamy.
4.      Zdejmujemy z ognia i dodajemy partiami roztrzepane wcześniej jajka. Mieszamy do uzyskania gładkiej, lekko błyszczącej masy.
5.      Ciasto przekładamy do szprycy lub łyżeczką układamy porcje ciasta zachowując spore odstępy, na blasze. Uzyskujemy około 25 małych chouauettes. Każdą posypujemy cukrem perełkowym.
6.      Pieczemy 35-40 minut. W połowie pieczenia otwieramy na chwilę piekarnik, by uwolnić parę powstałą podczas pieczenia.




Przepis pochodzi z wrześniowego numeru "Saveurs".

Smacznego!