wtorek, 25 grudnia 2012

Najserdeczniejsze życzenia...


Kochani Moi,

Na ten wyjtkowy czas, Świąt Bożego Narodzenia i nadchodzący nowy rok, chciałabym życzyć Wam i sobie, abyśmy umieli widzieć to, co nas otacza takim, jakie jest naprawdę, nie dając się zwieść pozorom, ułudzie czy doraźnym korzyściom.

Abyśmy umieli patrzeć dalej, wnikliwiej, z większą troską i uwagą.

Wreszcie, abyśmy umieli cieszyć się, a kiedy trzeba - także i smucić, krótko mówiąc - radzić sobie z tym, co przed nami, za kolejnym zakrętem czasu.

Niech będzie dobrze, po prostu dobrze, wolniej i z uśmiechem, przez wszystkie dni nadchodzącego nowego roku.

Anna 

wtorek, 18 grudnia 2012

Basler Läckerli.


 

Rozstawiam wszechświat po kątach stolnicy. Gwiazdy spadają, księżyce gubią pełnię, anioły stawiam na głowie. Powstają nowe konstelacje lukrowanych gwiazd. Całość zamykam w wysokiej puszce odcinając im drogę powrotu.  
- Mamo, co jest w tej puszce? – słyszę bezustannie. – Mogę jednego? Tylko jednego, pliissss...

Dobrze, żeschowałam pozostałe puszki. Nikogo nie kuszą. Albo raczej tylko jednego nikogo, który wie, że i gdzie schował.

Pora jednak powiedzieć sobie dość. Zabrać z oczu, uporządkować kuchnię i spakować bagaże. Już niedługo ruszamy w drogę.  

Basler Läckerli upiekłam już dwukrotnie. Druga partia, mam nadzieję, zostanie wywieziona i dowieziona na miejsce, a nie zjedzona niemal natychmiast, tak jak ta pierwsza. Lubią je dzieci, bo lekko ciągnące są i miękkie, no i słodkie niezwykle. Dorośli tacy jak ja, cenią je za odmienność i przepełnienie bakaliami. Jeśli nie spróbowaliście jeszcze pierniczków z Bazylei, zróbcie to konieczne. Polecam gorąco.



 

Basler Läckerli 
 
Składniki :
225 g migdałów w całości
100 g całych orzechów laskowych
75 g zmielonych migdałów
250 g mąki
2 łyżeczki cynamonu
1 łyżka przyprawy do piernika
1 łyżeczka kakao
2 łyżeczki sody
70 g suszonych moreli
125 g kandyzowanej skórki pomarańczowej lub cytrynowej
400 g miodu
100 g cukru (użyłam muscovado)

 
Przygotowanie:
1.       Całe migdały zalewamy wrzątkiem i gotujemy 3 minuty. Przelewamy na sitko. Obieramy ze skórki.
2.      Orzechy laskowe prażymy na suchej patelni. Wysypujemy na kuchenną ściereczkę. Rozcieramy, żeby pozbawić je skórki.
3.      Morele i skórkę pomarańczową oraz obrane migdały i orzechy siekamy drobno.
4.      Do miski przesypujemy mąkę, migdały mielone, wszystkie przyprawy, kakao i sodę, dokładnie mieszamy.
5.      Dodajemy skórkę i morele. Mieszamy.
6.      Wsypujemy posiekane orzechy i migdały. Łączymy.
7.      Miód i cukier podgrzewamy w rondelku aż do całkowitego rozpuszczenia się cukru.
8.      W misce z mąką robimy zagłębienie, do którego wlewamy ciepły miód. Mieszamy dokładnie dużą drewnianą łyżką do połączenia się wszystkich składników.
9.      Po dokładnym wymieszaniu, przelewamy masę do formy o wymiarach 24 x 16 cm wyłożonej papierem i rozsmarowujemy na ok. 1 cm wysokości. Foremkę przykrywamy i odstawiamy na 30 minut.
10.   Po tym czasie nagrzewamy piekarnik do temperatury 170 stopni. Pieczemy bez nawiewu 20-30 minut maksymalnie. Ciasto nie może być zbyt wypieczone, ponieważ stygnąc jeszcze stwardnieje. Warto zatem sprawdzić po 20 minutach i ewentualnie przedłużyć czas pieczenia o następnych kilka.
11.   Po wyciągnięciu z piekarnika zostawiamy piernik na kilka minut do przestygnięcia. Kroimy na kawałki wedle uznania i dekorujemy*. Pozostawiamy je do całkowitego wystygnięcia i wyschnięcia dekoracji, układamy w hermetycznym pudełku.
 
*tradycyjnie Basler Läckerli dekoruje się lukrem. Dla mnie to zdecydowanie za dużo. My polewamy je gorzką czekoladą lub posypujemy delikatnie cukrem pudrem.

 
 
Smacznego!

sobota, 15 grudnia 2012

Pyszny świąteczny obiad i wyjątkowe miejsce na Święta.


 
Portmonetka (trochę pieniądzów) z 11 zł., 89 euro centów, 3 Hot Wheelsy (dla kuzyna Antka), lornetka (żeby lepiej widzieć Mikołaja, kiedy będzie szedł) i polska flaga...  Synek drugi spakował się już na świąteczny wyjazd do Polski. Aż boję się zaglądać do pakunków reszty. (Nie pytajcie, po co ta flaga. Zawsze zabiera ją ze sobą, gdziekolwiek jedzie). U nas pełne podekscytowanie, wciąż pytania, kiedy wyjeżdżamy, i o której dojedziemy, i właściwie, zgodnie z tym, co wskazują adwentowe kalendarze Boże Narodzenie powinno nastąpić dziś, za 8 lub za 9 dni.  W tym roku to córka pierwsza nie mogła się już doczekać i z wrażenia tego całego pochłonęła zawartość swojego słoiczka, który służył jej był za kalendarz.
 
Ja mam wrażenie, że czas zatacza kolejne koło. A my, jakby w tym samym punkcie. To oczywiście raczej spirala, bo jak wiadomo nic dwa razy... Choć zdecydowanie najlepiej pamiętam właśnie te momenty w roku. Nie wiosnę, tak zawsze wypatrywaną, ani lato, czekane rok cały, a ten czas szczególny. Niby oczywisty, spowity nicią tradycji i rutyny a zawsze wyjątkowy.
 
W tym roku będzie naprawdę inny. Po raz pierwszy dla wszystkich babć i dziadków, dzieci i wnuków, spędzony poza domem. W górach. Wszyscy razem w jednym miejscu i mamy, i babcie, niezajęte w kuchni, mające czas, by pozjeżdżać z dziećmi workami na śniegu a wieczorem usiąść spokojnie przy kominku i zagrać z Dixit albo Mafię. (Obie gry polecam Wam gorąco na czas dużych rodzinnych spotkań, sprawdzają się idealnie w takim gronie i sprawiają, że wciąż możemy się o sobie czegoś nowego dowiedzieć).
 
Do tego miejsca przyciągnęła nas na początku nazwa jednego z obiektów - Uroczysko i z całą pewnością także opatrzność. Pojechaliśmy tam latem. Po raz pierwszy chyba udało nam się znaleźć miejsce, w którego prowadzenie włożono tak wiele serca, dobroci i smaku. Gościnność w najlepszym wydaniu. Wyborne jedzenie, śniadania, jakich nie oferuje żaden 4 czy 5 gwiazdkowy hotel. Miejsce zaciszne, spokojne i zwyczajnie piękne. Wzniesione z ruin, po których została nazwa i część fundamentów. Przyjazne i otwarte. Prowadzone przez fantastycznych ludzi, z którymi można rozmawiać godzinami. Piszę o nim, ponieważ jest naprawdę wyjątkowe, godne polecenia, szczególnie kulinarnym blogerom. Jego gospodyni - Pani Małgosia, wie i zna się na kuchni jak mało kto. Menu obfituje w sezonowe produkty, rzadko się powtarza, obfituje w produkty domowe, własne likiery, przetwory, konfitury, grzyby i zioła zbierane w okolicy. Jest jednocześnie i proste i bardzo wyrafinowane, czerpiące z kuchni całego świata. Polecam Wam gorąco to miejsce. Apartamenty "Miranda", położone 5 km od centum Kudowy-Zdrój. Tutaj znajdziecie pozostałe informacje.   
 
Dziś polecam Waszej uwadze przepis niezwykły. Kiedy pada hasło zrazy, niby wszystko wiadomo. Wołowina, ogórek kiszony, kawałek chleba, chrzan, musztarda... i trochę roboty. Ten przepis jednak ma w sobie taką obfitość składników w ciekawej kombinacji, przypominającej mi trochę sposób przygotowania włoskich involtini, że jest naprawdę wyjątkowy i wart spróbowania. Jeśli szukacie przepisu na świąteczny, tradycyjnie polski obiad - ten nadaje się idealnie. Do wcześniejszego przygotowania. Polecam gorąco.
 
 
 

Zrazy wołowe

Składniki: porcja dla 6-8 osób
1500 g wołowiny (szynki lub rostbefu)
5-6 cebul
4 łyżki bułki tartej
masło
olej
500 ml domowego rosołu
ostra musztarda rosyjska lub z Dijon
2 marchwie
5 - 6 obranych ogórków kiszonych
korzeń chrzanu
300 g chudego wędzonego boczku pokrojonego w cienkie plastry
sól
pieprz
6 - 8 ziaren ziela angielskiego
5 liści laurowych
pęczek kopru
słoiczek marynowanych prawdziwków (lub innych grzybów)
1 garść suszonych kapeluszy prawdziwków (lub innych grzybów)
1 kubek kwaśnej gęstej śmietany 

Przygotowanie:
1.       Dzień wcześniej kroimy mięso na plastry i rozbijamy dość cienko. Posypujemy pieprzem i przekładamy plastrami surowej cebuli (2 - 3 cebule). Przykrywamy i zostawiamy na noc w lodówce. Dzięki temu mięso nabierze aromatu.
2.      Na dugi dzień pozostałe cebule kroimy w drobną kostkę i smażymy na maśle na szklisto. Solimy i dodajemy bułkę tartą. Mieszamy aż bułka wchłonie masło. Odstawiamy.
3.      Obieramy marchew i kroimy cieniutko, ogórki również kroimy w cienkie paski.
4.      Chrzan obieramy i albo cienko ucieramy albo kroimy w drobne wiórki (można użyć także gotowego chrzanu ze słoiczka).
5.      Z mięsa zdejmujemy plastry cebuli i odkładamy ją na bok, użyjemy jej później do sosu. 
6.      Na każdym plastrze mięsa rozsmarowujemy 1 łyżeczkę musztardy i 1 łyżeczkę smażonej cebuli z bułką. Na to nakładamy kilka kawałków marchwi, ogórka, chrzan i plaster boczku. Ściśle zwijamy i spinamy wykałaczką lub zawijamy bawełnianą nicią kuchenną. Czynności te powtarzamy z każdym plastrem mięsa. Powinno pozostać trochę kiszonego ogórka, którego paski kroimy w kostkę.
7.      Każdy zraz obsmażamy szybko na gorącym oleju.
8.      Na dno garnka wsypujemy połowę plastrów surowej cebuli, solimy, na to układamy obsmażone zrazy, posypujemy suszonymi prawdziwkami i znowu warstwa zrazów i cebuli. Dodajemy ziele angielskie i liście laurowe i związany nicią pęczek kopru. Zalewamy rosołem, przykrywamy  i gotujemy na małym ogniu do miękkości.
9.      Gotowe zrazy wyjmujemy z garnka, zdejmujemy nić lub wykałaczkę. Z sosu wyjmujemy liście laurowe, ziele angielskie i koper. Duże kapelusze grzybów z sosu możemy pokroić w paski. Na maśle przesmażamy resztę ogórka kiszonego i marynowane prawdziwki. Dodajemy do sosu razem z kwaśną śmietaną. Z powrotem wkładamy zrazy, podgrzewamy,  podajemy z sosem.
 
 
 
Przepis pochodzi z bloga Lo.
 
Smacznego!

środa, 12 grudnia 2012

Pralinki kokosowo-migdałowe z żurawiną.




Zapraszam po południu ...

A po południu czasu jeszcze mniej niż rano...

Tak sobie myślę, jeśli każdy ma swój czas, to gdzie się podział mój? Ten, co go nie było wczoraj, przedwczoraj i 9 listopada też i rano dziś? Raczej w to nie wierzę, ale spiskowe teorie czasu, chodzą mi właśnie po głowie... Najcenniejszy, najlepszy jest ten czas świąteczny i przedświąteczny... on cieszy się najlepszym wzięciem. Znika jak ciepłe bułeczki. Tylko kto, KTO - pytam, pożera go wciąż z takim apetytem...? Jakieś pomysły?

Kto zjadł te pralinki, to akurat wiem. Szybko to poszło, jak zwykle... Szczęśliwie szybko też się je przygotowuje. Posmakują wielbisielom kokosów i migdałów. Polecam.



Pralinki kokosowo-migdałowe z żurawiną

Składniki: na około 15 pralinek
50 g suszonej żurawiny
75 g wiórków kokosowych
3 łyżki Amaretto
2 łyżki mleka
65 g zmielonych migdałów bez skórki
100 g miałej czekolady

Przygotowanie:
1. Żurawinę przelewamy wrzątkiem. Odcedzamy. Zalewamy 2 łyżkami Amaretto. Odstawiamy do nasaczenia.
2. Czekoladę rozpuszczamy z mlekiem i pozostałym Amaretto. Pozostawiamy do przestudzenia.
3. Dodajemy 8 łyżek wiórków (resztę zużyjemy do obtoczenia) i wszystkie zmielone migdały. Mieszamy.
4. Na dłoni wysypujemy odrobinę wiórków, nakładamy masę kokosową (około 1 łyżeczki), na środku układamy żurawinę, zlepiamy, formujemy kulkę, obtaczamy ją w wiórkach. Po uformowaniu wszystkich odstawiamy je w chłodne miejsce. Po godzinie mniej więcej, można jeszcze skorygować ich kształt, uładzając do form idealnych kulek.



Smacznego!

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Oiseau sans tête... propozycja świątecznego obiadu.

 
 

Odwiedza nas zaprzyjaźniony belgijski sąsiad. Przyszedł pożyczyć drabinę. Akurat siedzimy przy kominku pijąc grzane czerwone wino. To znaczy - cud-mąż siedzi, ja wstawiam chleb. A tu okazja, by się zatrzymać, usiąść wspólnie przy kuchennym stole. Zapraszamy go do towarzystwa. Od progu, zadziwiony rozgląda się wokół. Że u nas tak świątecznie... Czy Ana sama tak to wszystko przygotowała...? Nie, ciasto? Widzieliście mój brzuch? No, dobrze...
Przypominam sobie jak kilka lat temu, pisząc artykuł, usiłowałam poznać bożonarodzeniowe tradycje Belgów. Właściwie ich nie mają. Indyk na świątecznym stole, tak. Koniecznie wszelkie owoce morza, homary, ostrygi - obowiązkowo... A sąsiad od lat nie kupuje nawet choinki. W promieniu kilkuset metrów jedynie nasz dom udekorowany jest na zewnątrz. Kryzys? Chyba znacznie więcej. Tylko sklepy pełne klientów i jeszcze trudniej niż zwykle znaleźć gdziekolwiek miejsce do parkowania. Jak dobrze, że my mamy nasze tradycje.
 
Oiseau sans tête nie jest, jak wskazywałaby na to nazwa, ptakiem serwowanym bez głowy. Meandry językowe i znaczeniowe, które sprawiły, że we frankofońskiej część Belgii nazywa się tak po prostu roladki faszerowane mielonym mięsem, są dość zawiłe.

To bardzo popularny, niemal codzienny posiłek Belgów, łatwy do przygotowania, smaczny i niedrogi, ponadto – dostępny w sprzedaży w postaci gotowej. Dla nas to mogą być po prostu zrazy, angielscy autorzy upodabniają je do francuskich paupiettes. 
Podaje się je najczęściej w towarzystwie piwa lub czerwonego wina. Ja podaję je razem z innym belgijskim specjałem – stoemp czyli rodzajem ziemniaczanego purée, do którego dodaje się inne warzywa, czasami boczek. Jak mawiają specjaliści  stoemp to nie warzywny ogródek i do ziemniaczanego purée powinno dodawać się jedno, góra dwa wybrane warzywa, ale dla mnie to zawsze okazja, by przemycić tam nieco więcej wartości. Tradycyjnie i najczęściej do stoemp dodaje się marchewkę, białe części pora lub kapustę. Moja ulubiona wersja to dodatek kalafiora i solidnej szczypty curry.
 
Nasze oiseaux możemy przygotować z wyprzedzeniem, zatrzymując się na etapie podsmażenia i kończąc następnego dnia podduszeniem i redukcją sosu. Będzie aromatycznie i smacznie. Polecam gorąco.
 
 
 
 
Oiseaux sans tête

Składniki: dla 2 osób
200 g mielonej wołowiny
2 łyżki posiekanej szalotki
2 łyżki posiekanej natki pietruszki
1 łyżeczka posiekanego świeżego tymianku
1 łyżeczka posiekanej ostrej papryczki
1 czubata łyżka suszonych pomidorów
2 łyżka startego jabłka
sól, pieprz, kumin, cynamon
sok z cytryny
kilka plastrów boczku
125 ml czerwonego wytrawnego wina 

Przygotowanie:
1.       W małej miseczce łączymy szalotkę, zioła, papryczkę i pomidory. Mieszamy dokładnie. Odkładamy jedną czubatą łyżkę. Resztę dodajemy do mięsa.
2.      Mięso skrapiamy kilkoma kroplami soku z cytryny, dodajemy utarte jabłko. Mieszamy dokładnie. Odstawiamy na chwilę.
3.      Z mięsa formujemy 3 wałeczki, które zawijamy w plastry boczku, tak jak zrazy. Możemy je obwiązać lub zapiąć wykałaczkami ale nie jest to konieczne.
4.      Na patelni rozgrzewamy odrobinę oliwy. Układamy nasze oiseaux, obsmażamy delikatnie ze wszystkich stron. Na patelnię dodajemy odłożoną łyżkę mieszanki z ziołami. Mieszamy, zalewamy winem, przykrywamy i smażymy około 10 minut.
5.      W tym czasie wino zredujuje się tworząc pyszny kremowy sos.
6.      Oiseaux pozbawiamy wykałaczek, jeżeli ich użyliśmy, podajemy w akompaniamencie sosu. Najlepiej w towarzystwie stoemp lub po prostu ziemniaczanego purée i świeżej sałaty. 


Stoemp 

Składniki:
460 g ziemniaków (waga przed obraniem)
150 g cukinii
1 marchewka (ok.100g)
sól, pieprz, gałka muszkatołowa
gęsta śmietana, masło

Przygotowanie:
1.       Ziemniaki obieramy, kroimy w dużą kostkę. Przekładamy do garnka z osoloną gotującą się wodą. Gotujemy ok. 15 minut, do miękkości.
2.      W tym czasie na odrobinie masła z oliwą podsmażamy pokrojoną w kostkę marchewkę, po 7 minutach dodajemy pokrojoną w kostkę cukinię. Dusimy jeszcze przez 5-7 minut.
3.      Ugotowane ziemniaki przecedzamy. Gorące przecieramy przez sitko. Dodajemy śmietanę i masło. Doprawiamy.
4.      Do ziemniaków dodajemy pozostałe warzywa. Łączymy. Doprawiamy solą, pieprzem i odrobiną soku z cytryny. Posypujemy obficie posiekanymi świeżymi ziołami, tymiankiem lub pietruszką. 
 

 
Smacznego!

czwartek, 6 grudnia 2012

B.A.B.A !!!




Zapraszam rano...



- Mmmmhhhhhhhhmmmmmmm... – usłyszała.
- Mmmmmhhhhhhhhhhhhhhhhhhhhmmm... –  i znowu.
(Takiego zachwytu nie słyszała od ? ... nie pamiętała kiedy, jeśli pozostajemy przy temacie jedzenia ).
- O co chodzi? – spytała patrząc na tę jego euforyczną reakcję nad talerzem.
- To...to... jest jeszcze lepsze niż to ostatnie... naaajlepsze, mmmhhmmm...
(- Ok, zachwyt zachwytem – pomyślała – ale ten mnie naprawdę zadziwia i onieśmiela tym całym mmmmhhhmmm. –  Może tak ją nazwę? Baba Mmmhhmmm...)
- Chodziło Ci o brownie z marcepanem? A mówiłeś, że jego nic nie pobije – poczuła się niemal zdradzona i natychmiast się uśmiechnęła.
- Ok, masz rację. Zmieniam zdanie. Mogę jeszcze jeden kawałek? I zapakujesz mi jeszcze jeden jutro do pracy?
- Jeśli tylko zostanie... 

Muszę uczciwie przyznać, że sama zjadłam tej baby nie wiem ile kawałków. Na początku w nerwach, bo źle przygotowałam foremkę i spód baby pozostał w środku. Dlatego też nie bardzo była wyjściowa i przygotowana do sesji. Nie mogłam jej od razu powtórzyć, bo i mak był wyszedł w całości. Na to zimno, wyobrażacie sobie? Żurawina też i biała czekolada... Zdjęcia zrobiłam więc pokrojonym kawałkom.  

B.A.B.A czyli Bezmączna, Aromatyczna, Baba, Baaaa! 


Jak dla mnie absolutny świąteczny must dla wielbicieli makowców. Niespecjalnie skomplikowana, do wykonania bez miksera (choć z jego pomocą będzie szybciej), wyraźnie migdałowa, o bogatym, bakaliowym wnętrzu i bardzo wilgotna. Polecam gorąco.  


B.A.B.A.  


Składniki:
100 g suszonej żurawiny
80 g wiórków kokosowych
6 małych jajek
145 g posiekanych drobno migdałów bez skórki
135 g białej czekolady
150 ml oleju
5 łyżek Ameretto
150 ml mleka
200 g maku
65 g mielonych migdałów
1 łyżeczka proszku do pieczenia
95 g cukru pudru 


Przygotowanie:
1.       Łączymy ze sobą suche składniki: wiórki, migdały mielone i posiekane oraz proszek do pieczenia. Odstawiamy.
2.      Żurawinę zalewamy wrzątkiem. Odstawiamy na 10 minut. Potem przelewamy na sitko, odsączamy i zalewamy Amaretto. Odstawiamy.
3.      Białą czekoladę rozpuszczamy z olejem na małym ogniu.
4.      Mak zalewamy gorącym mlekiem i gotujemy przez chwilę. Kiedy czekolada się rozpuści dodajemy ją do garnka z makiem. Mieszamy. Odstawiamy do przestygnięcia.
5.      Nagrzewamy piekarnik do 175 stopni.
6.      Przygotowujemy dużą foremkę do baby z kominkiem. Smaryjemy ją masłem i ysypujemy bułką tartą lub kaszą manną.
7.      Oddzielamy żółtka od białek. Żółtka ubijamy dodając stopniowo cukier, na gęstą, puszystą masę.
8.      Białka ubijamy na sztywno osobno ze szczyptą soli.
9.      Do żółtek wlewamy mak z czekoladą, mieszamy. Następnie dodajemy sypkie składniki i żurawinę. Na końcu, łącząc delikatnie z całością, ubite białka. Ciasto przelewamy do foremki. Wyrównujemy.
10.   Pieczemy ok. 35 minut, bez nawiewu, do suchego patyczka. Wyłączamy piekarnik. Uchylamy drzwiczki. Po kilku minutach wyjmujemy z piekarnika. Pozostawiamy w foremce do przestudzenia i odstania. Po mniej więcej 20 minutach wyjmujemy babę z foremki. Kiedy przestygnie, dekorujemy. Cukrem pudrem, lukrem lub białą czekoladą z Amaretto.


Smacznego!

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Korzenny cydr na gorąco.


 

Krajobraz za oknem oprószony świeżym śniegiem. Wylizany ciepłym językiem dnia.
  
Pierwszy śnieg.  Jak pierwsze chwile miłości. Motyle w brzuchu. A potem już tylko narzekamy, że zimno i mróz.  
 
Widoki za oknem samochodu oszałamiają. Tu w lesie wciąż jest jeszcze na tyle zimno, by śnieg utrzymywał równowagę na gałęziach drzew. W drodze powrotnej to już będzie całkiem inna bajka. 
 
Zapalamy pierwszą świecę na adwentowym wieńcu. Mam wrażenie, że od tej chwili czas będzie płynął jeszcze szybciej. Rozpędzony przez ostatnie miesiące do granic możliwości, bez potknięć, aż do ostatniego dnia roku.  
 
A wieczorem, można zasiąść przy kominku z gorącym cydrem w dłoniach lub aromatycznym grzańcem.
 
 
 

Korzenny cydr na gorąco 
 
Składniki:
2 butelki wytrawnego cydru (2x750 ml)
1 duża gruszka (225 g po obraniu)
2 jabłka (225 g po obraniu)
3 łyżki cukru trzcinowego
3 łyżki Calvadosu
3 łyżki miodu
3 łyżki syropu pomarańczowego
3-4 kawałki kandyzowanego imbiru
12-15 goździków
10-15 cm kawałek kory cynamonowej
1 saszetka zielonej herbaty z jaśminem 
 
Opcjonalnie – garść rodzynek i 2-3 plastry kandyzowanej pomarańczy lub kandyzowana skórka z pomarańczy 
 
Przygotowanie:
1.       Jabłka i gruszkę kroimy w dużą kostkę. Przekładamy na patelnię. Zasypujemy cukrem, dodajemy miód, Calvados i syrop. Mieszamy dokładnie. Pozostawiamy do skarmelizowania na średnim ogniu.
2.      W tym czasie otwieramy cydr i przelewamy go do garnka. Dodajemy do niego imbir, korę cynamonową, rodzynki, pomarańczę  i goździki. Po skarmelizowaniu dodajemy jabłka z gruszką. Mieszamy. Zagotowujemy, zmniejszamy ogień i pozostawiamy na 10 minut.
3.      Dodajemy saszetkę herbaty. Gotujemy jeszcze 5 minut. Wyjmujemy ją. Gotujemy kolejne 10 i podajemy gorący. (Na tym etapie można także pozostawić cydr do wystudzenia i zostawić na całą noc do przegryzenia. Następnego dnia podgrzewamy i od razu podajemy). Koniecznie z łyżeczką do wyjadania całego tego dobra ze środka. 
 
 
 
Smacznego!