poniedziałek, 28 stycznia 2013

Xerotigano, croustillon, oliebollen, bugnes...

 
 
3.43 pobudka
4.00 wyjazd
4.20 szpital
4.33 L. na łóżku
4.52 Oskar urodzony. Znaki szczególne: podobny do Ryszarda Kalisza J 
 
I chociaż od piątku nie udało mi się ustalić, czy Ryszard Kalisz już o tym wie, to przyznać muszę, że kiedy dostaje się taką wiadomość o 7 rano, dzień zaczyna się bardzo szczególnie.
 
Szczęśliwy początek nowego życia dla małej istotki zupełnie jeszcze tego nieświadomej, jej rodziców, rodzeństwa i nas, którzy gdzieś tam, czasami w pobliżu i częściej z oddali, będziemy jego świadkami i uczestnikami. Moment, w którym nabiera się głębszego oddechu, wzdycha z wdzięcznością i rozmarzeniem na wspomnienie takich chwil z naszego życia. I nie pamięta się jak to było, bo nie sposób dokładnie. Ale tak wielki odzywa się głód, by przeżyć na nowo te chwile. Zwłaszcza, gdy nasze szczęścia są już tak samodzielne, że niemal samowystarczalne,  a głowy ich wielkie  (nie mówiąc o stopach – to zdecydowanie genetyczne, prawda Harry?) 
 
Szczęśliwym tatą i jednocześnie autorem J wiadomości jest nasz przyjaciel Harry. Pamiętacie naszą historię? Dziś znowu chwila, by wznieść toast.  

Kochani nasi, zdrowie Wasze i Waszej rodziny! Cieszymy się Waszym szczęściem niewymownie.  

Ci, którzy zaglądają tu regularnie pewnie wiedzą, że z wizytą u nas goście. Przyjaciele z Polski. Stąd czasu mniej na przygotowanie czegokolwiek na bloga, nie mówiąc już o fotografowaniu... 

Dlatego dziś tylko przypomnienie karnawałowych przepisów na pączki i faworki. Zapewne już szukacie sprawdzonych przepisów, które wykorzystacie w okolicy Tłustego Czwartku... 

Oto kilku moich faworytów.
 
W kategorii faworków zdecydowanym są cudeńka. Niekoniecznie klasyczne faworki, choć śmiem twierdzić, smakują znacznie lepiej. Zwłaszcza, że nie są wymagające. Potrzeba chwili i gotowe.
 
 
 
Osobiście lubię także francuską odmianę faworków czyli bugnes.

 
 

A kiedy zależy mi na dobrym wrażeniu i mam więcej czasu – idealne są xerotigano czyli faworki greckie. Naprawdę niepowtarzalne (na zdjęciu pierwszym).


W kategorii pączków już dawno straciłam głowę dla miejscowych specjałów z tej dziedziny: croustillons, oliebollen oraz znane Wam, bo publikowane niedawno – cicerchiata, małe włoskie cuda.  

Sprawdzony przepis na nasze tradycyjne pączki znajdziecie także. Zajrzyjcie tutaj. Znajdziecie więcej propozycji. Polecam gorąco. 

Przypomnę się jeszcze w kwestii głosowania na Blog Roku. Jeśli jeszcze nie głsowaliście na Addio a chcielibyście, bardzo proszę.
 
Wyślijcie SMS o treści D00340 na numer 7122

Dochód z SMS zostanie przekazany na integracyjno - rehabilitacyjne obozy dla dzieci z ubogich rodzin i dzieci niepełnosprawnych. Koszt SMS - 1,23zł brutto.

Z jednego numeru telefonu można zagłosować tylko raz. Głosowanie potrwa do 31 stycznia, do godziny 12.  

Dziękuję. 

piątek, 25 stycznia 2013

Krem de la krem...


 
Myśli zaplątane w oczekiwanie. Całe kłębki tego czekania. Głównie w kolorze zielonym. Bawi się nimi czas. Dobrze się bawi. A ja czekam. My czekamy.
 
Dziś wraca synek pierwszy. Po raz pierwszy wyjechał na tak długo. I kolejne dziecko wróci już nie to samo. Zmienione, doroślejsze, bogatsze o  wydarzenia, o których nie mamy pojęcia.
 
I jedno czekanie wymienimy na kolejne. Będziemy czekać na naszych przyjaciół z Polski. Pamiętacie mężczyznę, który piecze drożdżowe ciasto? Uśmiechamy się do siebie wirtualnie na wspomnienie innego naszego spotkania, także głęboką zimą. Kiedy ziąb był taki, że rosły obawy o to, czy słupków rtęci nie zabraknie, a nam było razem tak dobrze. I już się cieszę na te wszystkie emocje, opowieści, recenzje, wspomnienia, piłkarzyki i kto wie, co jeszcze? Rozpisuję w głowie, co przygotuję, jakie zakupy zrobić muszę. Bo bardzo lubimy tak po prostu usiąść wszyscy razem przy jednym dużym stole, zjeść gorącą kolację, rozlać wino do kieliszków i rozmawiać, długo rozmawiać.
 
Wiem też, że na pewno przygotuję dla nich ten krem. Bo wiem, że im posmakuje. Tak jak nam. Wystarczy chwila na jego przygotowanie i szczypta mniej na to, by się nim delektować. Można oczywiście wzbogacać jego smak. Podać z chrupiącymi paskami boczku i czosnkowymi grzankami, dodać marynowane pieczarki, posypać serem... Ale już te trzy składniki stanowią połączenie na tyle idealne, że jak dla mnie, gdy pośpiech przysiada na moim ramieniu, a głód puka do drzwi, wystarczy.
 
Pamiętacie o głosowaniu na Blog Roku? Jeśli uznacie, że warto, oddajcie, proszę, swój głos na Addio.
 
Wyślijcie SMS o treści D00340 na numer 7122

Dochód z SMS zostanie przekazany na integracyjno - rehabilitacyjne obozy dla dzieci z ubogich rodzin i dzieci niepełnosprawnych. Koszt SMS - 1,23zł brutto.

Z jednego numeru telefonu można zagłosować tylko raz. Głosowanie potrwa do 31 stycznia, do godziny 12.
 
Dziękuję.
 

 



Krem z pora

Składniki: na 2 porcje
600 g pora umytego, oczyszczonego i pokrojonego z talarki
100 g sera z zieloną pleśnią
500-550 g bulionu (użyłam warzywnego)

Do podania:
chleb ciemnoziarnisty
opcjonalnie plasterki chrupiącego boczku
świeży rozmaryn lub natka pietruszki

Przygotowanie:
1.       Por podsmażamy na oliwie z masłem. Dusimy do miękkości, ezentualnie podlewając bulionem. Kiedy jest już miękki – dodajemy pokruszony ser, mieszamy i gotujemy do roztopienia. 
2.      Całość miksujemy z bulionem na gęsty krem. Doprawiamy wedle uznania.   
 



Smacznego!

czwartek, 24 stycznia 2013

Ananasowa tarta Tatin z marakują.




Ograniczam do minimum wszelką aktywność. Robię dokładnie tyle, ile muszę. Trochę jakby bez energii, nerwa, który każe wciąż biec szybciej. Jeśli gotowanie to bardzo szybkie, minimalistycznie. Zupa krem z trzech składników (o niej będzie jutro, zapraszam), rozgrzewa i syci. Raduje oczy nieśmiałą zielenią. Jeśli ciasto to takie, którego przygotowanie nie zajmie więcej niż góra 25 minut. Takie, do którego dodajemy same ulubione składniki. Ma pocieszyć, ukołysać, rozweselić, należycie podnieść poziom cukru i być dobrym towarzystwem, jeśli nie – konkurencją, dla gorrrącej herbaty.
- Mmmhh, pyyycha! Takie lubię najbardziej – powiedział cud-mąż.
- Nie powiedziałabym wcale, że jest z ananasem, gdybym nie wiedziała – powiedziała bliska, uprzywilejowana sąsiadka.
Ma szanse, duże szanse! ucieszyć i Was. Nawet jeśli nie bardzo Wam ten ananas smakuje. Bo w tym zestawieniu to zupełnie inny owoc. Pełen słodyczy i gęstej, karmelowej soczystości, którą przełamuje marakuja.

Z ostatniej chwili!

Ponieważ wiele dobrych rzeczy w moim życiu dzieje się pod wpływem decyzji podejmowanych w ostatniej chwili, zdecydowałam się zgłosić Addiopomidory do konkursu Blog Roku. Będę prosiła o Wasze wsparcie i poparcie. Szczegóły już wkrótce. Już teraz dziekuję i pozdrawiam serdecznie. Anna.

A oto szczegóły:

Jeżeli chcecie, uznajecie, że blog jest tego wart, zaglądacie tu i korzystacie, i służy Wam dobrze - zagłosujcie! Wyślijcie SMS o treści D00340 na numer 7122

Dochód z SMS zostanie przekazany na integracyjno - rehabilitacyjne obozy dla dzieci z ubogich rodzin i dzieci niepełnosprawnych. Koszt SMS - 1,23zł brutto    

Z jednego numeru telefonu można zagłosować tylko raz. Głosowanie potrwa do 31 stycznia, do godziny 12.

Nie ukrywam, liczę na Was i Wasze poparcie. Dziekuję bardzo serdecznie za każdy SMS.

Anna




Ananasowa tarta Tatin z marakują 

Składniki :
200 g mąki
125 g masła
1 żółtko (18 g)
35 g cukru pudru
szczypta soli
500 g ananasa (waga po obraniu i pokrojeniu)
100 g cukru
1 duża łyżka miodu
3 łyżki rumu
laska wanilii- lub 1 łyżeczka pasty waniliowej 

Do podania:
marakuja (1-2 owoce)
bita śmietana i/lub lody waniliowe 

Przygotowanie:
1.      Przygotowujemy ciasto. Przesiewamy mąkę, mieszamy ją z cukrem, solą i ½ łyżeczki pasty waniliowej. Dodajemy do zagłębienia pokrojone na mniejsze kawałki masło i żółtko. Wyrabiamy sprawnie, formujemy kulę, wstawiamy do zamrażarki na czas przygotowania owoców.
2.      Ananasa obieramy, kroimy w plastry a potem jeszcze na mniejsze kawałeczki.
3.      Nagrzewamy piekarnik do temperatury 200 stopni.
4.      Przygotowujemy okrągłą foremkę do tarty o średnicy 24 cm – smarujemy ją dokładnie masłem.
5.      Przekładamy ananasa do wysokiej patelni, zasypujemy cukrem i zalewamy rumem. Zagotowujemy na dość dużym ogniu. Redukujemy ilość płynów. Potrwa to około 7 minut. Kiedy soki lekko zgęstnieją a ananas nabierze głebokiego ciemnożółtego koloru dodajemy resztę pasty waniliowej i miód. Mieszamy dokładnie. Przekładamy do foremki. Układamy równą wartstwą, którą następnie szczelnie przykrywamy rozwałkowanym ciastem, zawijając jego brzegi pod spód.
9.     Pieczemy 20 minut bez nawiewu.
10.   Po wyjęciu z piekarnika czekamy 5 minut, następnie przykrywamy foremkę dużym płaskim talerzem/paterą i przekładamy do góry dnem. Pozwalamy, by lekko przestygło. Podajemy z marakują, której ziarenka równomiernie rozkładamy na całej powierzchni ciasta. W asyście lub nie – lodów waniliowych i bitej śmietany.




Smacznego!

wtorek, 22 stycznia 2013

Cicerchiata.




Zapraszam jeszcze dziś.

Dziś jest słoneczne i pracowite. Podobnie jak wczoraj. Wieczorem ulepiliśmy, no dobrze, ja tylko robiłam zdjęcia, ponad 2 metrowego bałwana. Z nobliwym garnkiem jak kapeluszem, apetyczną marchewką zamiast nosa, szalikiem, który natychmiast przywarł do białego ciała i "ręcami jak grabie" stoi wciąż w ogrodzie i topnieje...

Nie narzekam na zimę. Zimno być musi, dla równowagi, której my sami potrzebujemy. Latem ponarzekamy na upał choć i gorąc potrzebny, by wygrzać starzejące się kości. To chyba znaczy - być pogodzonym? Staram się, w każdym razie. A herbata z rumem smakuje wieczorami wybornie.

Próbowałam różnej konfiguracji składników cicerchiaty. Do ostatniej chwili, jeszcze dziś rano. Przepis, który znalazłam w sieci nie był dość dobry. Pączki wyszły twardawe i zbyt suche. Postanowiłam zrobić je po swojemu i udało się! Nie wiem, jak Wam, ale cicerchiata przypomina mi ideą realizacji nasze polskie mrowisko czy choćby francuskie croquembouche. Daje też tyle możliwości. Można przygotować wersję mini, czyli ponakładać je jeszcze gorące do mufinkowych foremek. Można też - bardziej świątecznie i wystawnie - uformować duży kopiec albo też, zgodnie z włoską tradycją, podać w formie wieńca. Aby taki kształt osiągnąć wystarczy przełożyć gorące pączki zagotowane w syropie, w formie z kominkiem i pozwolić całości zastygnąć. Można do samych pączków wmieszać także kandyzowaną skórkę pomarańczową czy suszoną żurawinę lub rodzynki. Na końcu udekorować posypką do ciasteczek. 

Jedno jest więcej niż pewne. Cicerchiata wciąga. Nie można przestać. Sięga się po kolejne, jedno po drugim małe, słodkie cudo. Ale w końcu nie o umiar w karnawale chodzi, prawda? Korzystajmy z tego czasu także kulinarnie.



Cicerchiata jest typową specjalnością centralnych Włoch - Abruzji, Umbrii czy Lacjum. Przygotowuje się ją szczególnie w okresie Bożego Narodzenia lub karnawału, w zależności od regionu. Jej nazwa pochodzi od cicerchia czyli "stos ciecierzycy", chociaż z ciecierzycą, oprócz może wyglądu,  nie ma nic wspólnego. W innych regionach Włoch, przepis na cicerchiata znajdziemy pod różnymi nazwami, jak choćby struffoli w Neapolu.

Zapraszam więc i polecam gorąco!

Cicerchiata

Składniki:*
275 g mąki tortowej
1 jajko (60 g)
35 g cukru pudru
1 łyżeczka proszku do pieczenia (5 g)
30 g alkoholu (ja użyłam Cointreau)
1 łyżka masła (20 g)
60 g gęstego jogurtu naturalnego
szczypta soli
skórka otarta z 1 cytryny
3 łyżki soku pomarańczowego

Na syrop:
170 g miodu
1 łyżka Cointreau
1 łyżka soku z cytryny
1 łyżka wody

*to zdecydowanie mała porcja... jeżeli chcemy uformować wieniec - należy ją podwoić. Właściwie także w każdej innej sytuacji.



Przygotowanie:
1.      Mąkę przesiewamy do miski. Mieszamy z cukrem, proszkiem i solą. Robimy zagłębienie, w które wbijamy jajko, dodajemy jogurt, alkohol i sok pomarańczowy oraz masło w temperaturze pokojowej.
2.      Wyrabiamy głądkie, jednolite ciasto. Formujemy z niego wałeczki o średnicy około 1,5 cm. Kroimy na małe kawałki o długości również około 1,5 cm – patrz zdjęcie.
3.      Rozgrzewamy tłuszcz w garnku. Smażymy partiami, kiedy się zezłocą z obu stron przekładamy na ręcznik papierowy.
4.      Rozgrzewamy w garnku składniki na syrop – kiedy się zagotuje i zacznie się pienić, wrzucamy usmażone pączki i gotujemy chwilę, około 2 minut. Przekładamy, zależnie od humoru, gustu i potrzeby do foremek mufinkowych lub do formy z kominkiem. Musimy się pospieszyć - syrop szybko zastyga uniemożliwiając dowolne kształtowanie. Pozostawiamy do zastygnięcia. Albo i nie. Kto da radę, w każdym razie. Uwaga na palce!



Smacznego!