środa, 27 lutego 2013

Banana brownie.



Pamiętam, jak kiedyś gdzieś usłyszałam i wzięłam to sobie wówczas za pocieszenie - stwierdzenie, że nie jest ważne, ile czasu spędza się z dzieckiem, ale jak się go spędza. I jeszcze - że ważne jest być przy dziecku szczególnie w dwóch chwilach w ciągu dnia, kiedy się budzi i gdy zasypia. 

Oczywiście, ktoś mógłby z tą teorią polemizować. Zauważyłam jednak, że przynajmniej w naszym przypadku, warto stosować się szczególnie do tej drugiej zasady.

Uwielbiam moje rozmowy z chłopcami tuż przed zaśnięciem i krótką pogawędkę z młodzieżą..., która już wspólnego zasypiania się nie domaga.

Kiedy emocje zasypiającego dnia także idą spać a spokój wieczoru skłania do refleksji. Szukamy wówczas imienia dla Anioła Stróża albo rozmawiamy o tym, co przeczytaliśmy przed zgaszeniem światła. 

Zaskoczył mnie ostatnio synek drugi, który tak wciągnął się w Mikołajka, jak w żadną inną chyba lekturę w swoim ośmieletnim życiu. Codziennie domaga się przeczytania mu co najmniej kilku rozdziałów.  A do Puchatka przekonać się nie dał, nie było szans. Z córką pierwszą było dokładnie odwrotnie. I badź tu, Rodzicu, mądry...

Leżąc w łóżku z synkiem o nogach jak u żyrafy i milionem przytulanek wokół głowy żegnam kolejny dzień w rytm oddechu pełnego spokoju i wytrwałości. I jest mi po prostu dobrze. Rano całuję buziaka pachnącego niemal niemowlęcym snem i biegnę do życia dorosłych ludzi. Jakże to wielki dystans... przez cały dzień znowu będę go skracać aż do momentu spotkania przy wieczornej lekturze.

Skracaniu dystansu a czasami i przełamywaniu lodów służą różnorakie łakocie. Na tym froncie najlepiej sprawdza się brownie. Numer jeden w naszym domu, w kategorii ciast (mówimy o dziecięcych gustach)... Ja lubię brownie za szybkość i prostotę wykonania oraz uniwersalność. Na deser, przekąskę, do szkoły czy na śniadanie... W końcu powstało jako ciasto na tyle płaskie, by zmieścić się do śniadaniówki.

Na Addio znajdziecie kilka naprawdę świetnych przepisów na brownie. Moim osobistym faworytem na co dzień jest basil&lemon brownie od święta zaś brownie z makiem i marcepanem, a to zaledwie początek listy zrealizowanych pomysłów. Latem lubię mini brownies z morelami i tymiankiem albo miętą i truskawkami, zimą piernikowe... a w głowie mam kolejny pomysł, który tylko czeka na realizację.

Brownie, na które zapraszam Was dzisiaj dedykuję szczególnie dzieciom. Bez mąki, z bananami i cynamonem - niemal samo zdrowie, niemal, bo jednak i cukier, i tłuszcz znaleźć się tu musiały. Synek pierwszy zjadł prawie całe zupełnie sam. I od niedzieli, a piekłam je w sobotę, do dziś rano jeszcze upomina się o nie przy każdym posiłku. Dał się przekupić ciasteczkami migdałowymi, o których zapewne wkrótce oraz obietnicą realizacji kolejnego pomysłu na brownie. Spróbujcie koniecznie. Jest wilgotne i intensywnie czekoladowe. Dzieci chętnie pomogą w przygotowaniach.




Banana brownie 

Składniki:
200 g czekolady deserowej
70 g masła
65 g mleka skondensowanego słodzonego
3 łyżki mocnej kawy (w wersji dla dzieci może być Inka)
40 g kakao z proszku
1 łyżeczka cynamonu
70 g cukru
2 jajka (żółtka i białka osobno)
2 małe banany (170 g po obraniu i rozgnieceniu) 

Przygotowanie:
1.       W garnku, na małym ogniu rozpuszczamy masło z czekoladą. Dodajemy mleko i wlewamy kawę.
2.      Ubijamy żółtka z cukrem. Dodajemy przestudzoną masę czekoladową, mieszamy.
3.      Przesiewamy kakao i dodajemy cynamon. Łączymy.
4.      Nagrzewamy piekarnik do temperatury 175 stopni.
5.      Banany obieramy, rozgniatamy dokładnie, na gładką masę, widelcem. Dodajemy je do masy czekoladowej. Mieszamy.
6.      Białka ubijamy na sztywno ze szczyptą soli. Delikatnie łączymy z resztą. Przekładamy do małej kwadratowej foremki o boku 22 cm, wyłożonej pergaminem.
7.      Pieczemy 20 minut, bez nawiewu.



Smacznego!

poniedziałek, 25 lutego 2013

Tarta mango-kokos. I babeczki. Lub mazurek...



 
Zapraszam jeszcze dziś ...
 
Mam nieodparte wrażenie przygotowywania się do wielkiej podróży. Podekscytowanie, stres, poczucie zagubienia. Zamiast - czy wszystko wzięłam - czy ja wiem, co robię? Otóż nie wiem. Nie ogarniam wielości zmian, które przede mną. Choćby, nie sięgając daleko i w temacie pakowania pozostając - zmiana stylu ubierania się. Żegnajcie dresy, ciepłe bluzy i bambosze. Nie, żebym miała cokolwiek przeciwko spódnicom, sukienkom czy butom na obcasie! Tyle, że odwykłam. Poranne wstawanie mnie nie przeraża ale wstawać trzeba będzie jeszcze wcześniej. I kiedy już wyprawiam cud-rodzinkę do ich obowiązków zawsze mam swoją ciszę i spokój, pusty dom i Utracjusza...  Teraz już tylko stres, stres, stres... i mnie w domu brak. Staram się racjonalizować wszystkie te moje strachy-przestrachy. I przywoływać chwilę tuż przed podróżą, kiedy już się wsiada do samochodu, i następuje stoicka konstatacja, że nawet jeśli czegoś nie wzięłam, to i tak już musztarda po obiedzie. Tak właśnie będę się czuła za tydzień o tej porze. Ktoś ma jakieś rady? Jak się ogarnąć?
 
Tymczasem zima. Znowu, ciągle, choć podobno wpadła na chwilę i tylko do środy. Zobaczymy, czy się nie zasiedzi. Z drugiej strony. Cokolwiek ją rozumiem. Nie jest łatwo odejść.
 
Chyba wszyscy odczuwamy deficyt słońca. Jego blasku i ciepła, tego wszystkiego, co przywołuje wspomnienie smaku lata lub choćby tylko i aż - bardzo ciepłej wiosny. Z tego deficytu - tarta z jednym z moich najulubieńszych owoców. Cud-mąż, na którego kreatywność liczyć mogę zawsze, określił ją jako nowoczesną. Indagowany, rozwinął wypowiedź jak należy, tłumacząc, jak następuje... - A czy Twoja babcia piekła ciasto z pomarańczmi albo mango? No tak, racji nie sposób odmówić. Pomarańczy nie było, wiadomo. A mango? Nie wiem nawet kiedy, ale może dopiero na studiach, spróbowałam je po raz pierwszy. Smakowało wszystkim, zbierając pochwały od synka pierwszego i sąsiadów, na mężu wspomnianym skończywszy. Mnie urzekło, bo to moje smaki.
 
Przepis można wykorzystać do upieczenia jednej tarty lub małych kruchych babeczek, które możemy upiec wcześniej i przechowywać w szczelnie zamkniętym pudełku. Podobnie, z wyprzedzeniem możemy przygotować mango curd. Jedynie krem kokosowy, choć to akurat zajmie nam ledwie 5 minut, przygotowujemy na bieżąco. I przekładamy. I dekorujemy. I podajemy. Teraz, jutro, w łykend albo na Wielkanoc, bo wyglądem się wpisuje i mazurkiem także być może. Taka nowoczesna i na święta jednocześnie. Polecam gorąco.  
 
 
 
 
Tarta mango-kokos 
 
Na kruchy spód:
250 g mąki
200 g masła
sok z ½ cytryny
100 g drobnego cukru
szczypta soli 
 
Na warstwę kokosową:
150 g śmietany kremówki do ubijania
50 g drobnego cukru lub cukru pudru
90 g wiórków kokosowych
200 g serka maskarpone 
 
Na mango curd:
2 mango
75 ml soku z pomarańczy
sok z ½ cytryny
90 g cukru
3 łyżki kremówki
3 łyżeczki skrobii
2 jajka
2 łyżki Limoncello (można pominąć lub zastąpić np. Cointreau)
2 łyżki masła
 
 
 
 
Przygotowanie:
1. Przygotowujemy kruchy spód. Przesiewamy mąkę, mieszamy ją z cukrem i solą. Dodajemy pokrojone na mniejsze kawałki zimne masło, spryskujemy sokiem z cytryny. Wyrabiamy. Jeżeli decydujemy się na przygotowanie jednej tarty rozwałkowujemy ciasto na wysypanej mąką stolnicy. Wykładamy nim foremkę do tarty o średnicy 22 cm i wstawiamy do lodówki do schłodzenia na minimum 30 minut. Po tym czasie nagrzewamy piekarnik do temperatury 190 stopni. Ciasto nakłuwamy gęsto widelcem lub obciążamy groszkiem aby się nie wybrzuszyło podczas pieczenia. Pieczemy 20-25 minut bez nawiewu aż ładnie się przyrumieni. Przed wypełnieniem kremem kokosowym studzimy. Jeśli pieczemy babeczki - w rozwałkowanym cieście wykrawamy kółka wielkości foremek babeczkowych. Wypełniamy nim foremki, schładzamy w lodówce, nakłuwamy, pieczemy do zezłocenia (krócej niż tartę). Studzimy przed wypełnieniem.
2. Przygotowujemy krem kokosowy. Ubijamy śmietankę, nie do końca, nie musi być bardzo dobrze ubita, dodajemy cukier, mieszamy i wiórki kokosowe. Łączymy. Na koniec dodajemy mascarpone, mieszamy możliwie najdelikatniej i nie mieszając nadmiernie. Odstawiamy.
3. Przygotowujemy mango curd. Podgrzewamy lekko mus z mango, sok z cytryny i pomarańczy, skrobię i limoncello w jednym garnku o grubym dnie, do dokładnego połączenia się składników. Odstawiamy. W miseczce ubijamy lekko jajka z cukrem. Przelewamy masę do garnka, mieszamy, dodajemy kremówkę i zimne masło. Ustawiamy z powrotem na małym ogniu. Mieszamy gotując. Najlepiej użyć do tego trzepaczki. Po kilku-kilkunastu minutach masa nabiera głębszego koloru i większej gęstości. Przed przełożeniem lekko ją studzimy. Masę możemy przechowywać w lodówce przez kilka dni, w zamkniętym słoiczku.
4. Ostudzony spód wypełniamy kremem kokosowym. Rozsmarowujemy go dokładnie i równomiernie. Na to nakładamy ostudzony mango curd. Dekorujemy. Podajemy.
 
 
 
Smacznego!

czwartek, 21 lutego 2013

Chili con carne.


 
Prowadzę samochód zastanawiając się nad tym, co napiszę w kolejnym poście. A dłonie pachną mi limonką. Tak intensywnie, zadziwiająco. Wychodząc z domu musiałam je jeszcze spróbować. Poparzyłam sobie usta w niecierpliwym pośpiechu. Było warto. Na wszelki wypadek jeszcze pół szklanki mleka, żeby się za chwilę nie męczyć. I już biegnę... do samochodu. Jedziemy na turniej synka pierwszego. A dłonie wciąż pachną mi limonką.
 
Rozmyślałam wczoraj i dziś nad ranem. Tak wiele chciałam napisać i co?
 
Że odpoczęliśmy. Tak po prostu. Razem, w słońcu, na rowerach, wśród wydm, kąpieli w basenie, skoków do wody i spokojnych wieczorów przy książce.
 
Że skończyłam czytać "Pasję..." i dziś zaczynam nowe życie. Sięgam po nową książkę. Czy Wam także się to przydarza? Że czytając książkę żyjecie trochę jakby życiem jej bohaterów? Albo tymi emocjami, wydarzeniami?  
 
Że zostało mi jeszcze tylko kilka dni i moje-nasze życie zmieni się bardzo realnie. Bo oto wracam do pracy. (Tak, jakbym wcześniej, w domu nie pracowała...) Usłyszałam ostatnio - A więc Addio! pomidory? Nie! Przynajmniej ja mam inne plany. Zapewne może się okazać, że będzie mnie tu mniej.  Lub może raczej - przepisów będzie mniej? Nie wiem, nie wiem.
 
Że w związku z punktem 1,2 i 3 układam sobie wiele spraw i rzeczy. I boję się. Jest trochę tak, jakbym dla ochrony przed zimnem włożyła rękawiczki bez palców, bo jednak chciałabym dotknąć, poczuć, może boleśnie a z pewnością bardzo namacalnie to, co przede mną.
 
Że myślami już jestem przy świątecznych przepisach. Nie wiem, czy później będę miała do tego głowę. Więc na spokojnie jeszcze rozmyślam sobie nad mazurkami.
 
A w szkole zawsze mówione, że zdań od że się nie rozpoczyna... (Od a zresztą też podobno, nie)...
 
Taki casus.
 
Wieczorem, umyte wielokrotnie, dłonie wciąż pachniały limonką. I kiedy udało mi się wreszcie spotkać z cud-mężem przy stole i już na spokojnie zasiadłam do posiłku - też. Bo ta limonka to do chili con carne i guacamole była. Bardzo na miejscu. Dzięki niej danie jest jakby lżejsze, z głębią.
 
Zawsze wydawało mi się, że umiem zrobić dobre chili con carne. To jedno z ulubionych dań cud-męża. A ten przepis jest wyjątkowy. Niby oczywista kompozycja smaków, aromatów i przypraw, a jednak. Koniecznie podane z łyżeczką kwaśnej śmietany i dużą porcją guacamole. Można podać je tradycyjnie z ryżem. My lubimy je z opieczonymi kawałkami tortilli. Polecam gorąco.
 
 
 
Chili con carne
 
Składniki:
500 g mielonego mięsa wołowego*
1 duża czerwona papryka
1 duża cebula
4-5 ząbków czosnku
kumin, wędzona papryka, pieprz kajeński, sól, pieprz
1 mała papryczka chili
1 limonka
2 pomidory
4 łyżki koncentratu pomidorowego
500 ml bulionu
puszka czerwonej fasoli
 
Przygotowanie:
1. Nagrzewamy piekarnik do temperatury 170 stopni. 
2. Mięso solimi i smażymy rozdrabniając.Przekładamy do garnka, w którym będziemy je opiekać.
3. Na tej samej patelni podduszamy pokrojoną paprykę, cebulę i czosnek. Dodajemy do mięsa w garnku.
4. Wsypujemy przyprawy i wkrajamy papryczkę. Mieszamy.
5. Dodajemy skórkę otartą z limonki i sok z niej wyciśnięty, pokrojone w kostkę pomidory, koncentrat i bulion. Mieszamy.
6. Garnek wstawiamy do nagrzanego piekarnika, szczelnie przykrywamy i pieczemy z nawiewem przez 1 godzinę.
7. Po tym czasie dodajemy fasolę i pieczemy jeszcze 30 minut z przykryciem lub bez, zależnie od ilości płynu. Jeżeli danie wymaga odparowania pieczemy je bez przykrywki aż uzyska pożądaną konsystencję.
8. Pod koniec pieczenia przygotowujemy ryż/tortillę i guacamole. Przepis poniżej.
 
*istnieje jeszcze inny sposób przygotowania mięsa do chili con carne. Kupujemy jeden duży kawałek wołowiny. Solimy go. Obsmażamy w całości. Przekładamy do garnka. Dalej postępujemy jak w przepisie powyżej. Mięso opiekamy w całości z resztą składników (tylko dłużej). Tuż przed podaniem mięso wyjmujemy z garnka i rozdrabniamy je widelcem na pojedyncze włókna, przekładamy je z powrotem do garnka, łączymy dokładnie i podajemy.
 
Przepis podejrzałam w holenderskiej telewizji.
 
 
 
Guacamole 
 
Składniki:
2 dojrzałe awokado
papryczka chili
2 ząbki czosnku
3 łyżki soku z cytryny
sól, pieprz
świeża kolendra lub zielona pietruszka - ilość wedle uznania
 
Przygotowanie:
1. Papryczkę, czosnek i kolendrę drobno siekamy.
2. Awokado obieramy, zachowujemy pestki, rozdrabniamy widelcem lub miksujemy na gładko. Łączymy z sokiem z cytryny i resztą posiekanych składników. Doprawiamy. Przekładamy do miseczki, w której pozostawiamy pestki awokado, dzięki temu nasze guacamole dłużej zachowa swój kolor.  
 
 
 
I jeszcze - pocztówka z wakacji...
 
Ten widok zawsze napawa mnie wielkim spokojem...
 
 
 
 
Smacznego!

piątek, 15 lutego 2013

Szarlotka na sypko. I na szybko.



Dostałam niedawno prezent. Książkę kucharską z niezwykłymi zakładkami. Z kart książki wysypywały się wspomnienia sfruwając wprost na moje kolana. Zdjęcia dawnych, chwilami bardzo dawnych chwil, spędzonych razem. Czasów, których niektóre z dzieci nie pamiętają. Bo nie mogą. Nie było ich wtedy na świecie. I miejsc, naszych ukochanych, które oddkrywaliśmy razem i razem odwiedzaliśmy. A pamiętasz, jak wtedy...? To było tam... To niesamowite masz zdjęcie tamtej chwili?... Ciebie wtedy z nami nie było, ty byłeś już w Belgii... A Ciebie nie było nawet na świecie, tylko w planach. W tym lesie zgubiłeś buta, a może w ogóle go nie zabraliśmy?

Tyle chwil, supełków czasu, pętelek zdarzeń, kłębków dobrych, pięknych chwil. Trudnych także, ale przechodziliśmy przez nie razem. I wciąż razem jesteśmy. 

Po Waszym wyjeździe stół w jadalni jakiś taki nagle ogromny, zbyt wielki tylko dla nas. To samo, kilka dni później nie smakuje tak samo. A Krzyś w odpowiedzi pisze...Stół wie, że czekanie to jego specjalność. Kiedy go w końcu tuż przed naszym z kolei wyjazdem złożyliśmy, czuliśmy się jak w domku dla lalek.

Ludzie, których spotykamy na naszej drodze są bezcennym skarbem. 

Razen piekliśmy także tartę. Wiem, że bardzo lubicie ten przepis. Wieści na ten temat dotarły do mnie ostatnio zza oceanu. A przepis na szarlotkę na sypko z podarowanej książki z zakładkami. Jest pyszna. Wierzch ma chrupiący. Środek wilgotny, intensywnie jabłkowy. I gdyby wziąć pod uwagę, jak niewiele wymaga pracy i czasu, zdecydowanie można uznać ją za idealną. Polecam gorąco.



Szarlotka na szybko 

Składniki:
1 kubek mąki (175 g)
1 kubek kaszy manny (200 g)
1 kubek cukru (225 g)
1,5 łyżeczki cynamonu
szczypta soli
płaska łyżeczka proszku do pieczenia (nie dodawałam)
pół kostki masła plus 1 łyżka do wysmarowania tortownicy (u mnie 100 g)
5 dużych jabłek (u mnie szara reneta 765 g poobraniu i utarciu)
2 łyżki soku z cytryny
cukier puder do podania 

Przygotowanie:
1.       W misce mieszamy ze sobą przesianą mąkę, kaszę, cukier, proszek, sól i cynamon.
2.      Jabłka obieramy, ucieramy na tarce jarzynowej.  Dodajemy sok z cytryny, mieszamy.
3.      Nagrzewamy piekarnik do temperatury 180 stopni.
4.      Foremkę o średnicy 22 cm smarujemy masłem.
5.      Jej dno wysypujemy 1/3 suchych składników.
6.      Na to wykłądamy połowę jabłek, które następnie przykrywamy 1/3 suchych składników. Nakładamy na nie jabłka i kończymy posypując resztą suchych składników.
7.      Masło ucieramy na tarce i posypujemy nim równomiernie wierzch ciasta.
8.      Pieczemy około 50 minut. Studzimy przed pokrojeniem. Wierzch posypujemy cukrem pudrem.  

Przepis pochodzi z książki Joanny Krzyżanek „Cecylka Knedelek. Książka kucharska dla dzieci. Tom 3.” Od siebie dodałam cynamon i sok z cytryny do jabłek, pominęłam proszek i cukier wanilinowy.





Smacznego!

środa, 13 lutego 2013

Crunchy granola.


0641

Zastanawiam się czy przypadkiem przy wymyślaniu nazwy nie powstało z tego masło maślane. Wiadomo przecież, że granola jest crunchy. Właśnie po to się ją zapieka i dlatego lubi. Ta jednak jest wyjątkowa. I baaaardzo crunchy. Przepisów na granolę znajdziecie wiele. Choćby te opublikowane na Addio :-)  Tutaj, tutaj, tutaj i tutaj. Z tego przepisu jednak jestem szczególnie dumna.  Udało mi się osiągnąć efekt, który sobie zamyśliłam. Skondensowane słodkie mleko karmelizuje się podczas pieczenia, podobnie jak sok, który dodatkowo dodaje całości świeżego owocowego posmaku. Taka granola może być jednocześnie słodką przekąską. Tak było z pierwszą jej porcją. Musiałam ją schować przed resztą rodziny. Żeby nie schrupali całości zanim zrobię zdjęcia. Następnego dnia już wstawiałam następną. Polecam gorąco. 


Crunchy granola 

Składniki:
250 g płatków owsianych
40 g sezamu
50 g orzechów włoskich
120 g migdałów bez skórki
szczypta soli
165 g mleka skondensowanego słodkiego
40 g masła/oleju kokosowego
120 g soku (smak wedle uznania – ananasowy/pomarańczowy/z mango) 

Przygotowanie:
1.       W miseczce mieszamy ze sobą płatki, ziarna sezamu, posiekane orzechy włoskie, migdały w całości i sól.
2.      Nagrzewamy piekarnik do temperatury 150 stopni.
3.      W garnuszku rozpuszczamy masło z mlekiem i sokiem. Pozostawiamy na małym ogniu do dokładnego połączenia się składników.
4.      Suche składniki w misce zalewamy mlekiem z sokiem. Mieszamy bardzo dokładnie.
5.      Otrzymaną masę przekładamy na blachę wyłożoną pergaminem. Rozkładamy dokładnie i równomiernie na całej powierzchni.
6.      Pieczemy z nawiewem 15 minut. Po tym czasie mieszamy i pieczemy kolejne 15 minut z nawiewem. Zależnie od uzyskanego efektu – pozostawiamy jeszcze przemieszane na 10 minut w temperaturze 140 stopni bez nawiewu.
7.      Pozostawiamy do całkowitego wystudzenia i przekładamy do szczelnie zamykanego słoja.  



Smacznego!

poniedziałek, 11 lutego 2013

Rogaliki. Kruche rogaliki.



Kolejna pocztówka z pozdrowieniami. Od zimy. Ma się dobrze. Przesyła moc lodowatych uścisków i śnieg, który rano garściami zbieramy ze skrzynki na listy. To może jeszcze trochę potrwać...

A my szykujemy się do podróży. Jedziemy odpocząć przed zmianami, które już niedługo nas czekają. Głównie mnie ale przez to nas wszystkich i zapewne bloga także. Ale o tym teraz nie myślę.

Dzielę się dziś z Wami przepisem na maleńkie kruche cuda. Miały być na wyjazd. Do chwili, kiedy sama pochłonęłam niemal połowę porcji, próbując, czy to aby na pewno ten smak, o który mi chodziło. Druga porcja zniknęła w Tłusty Czwartek, nie wiedzieć jak dokładnie i za czyją przyczyną. Tak to zwykle u nas bywa. Ale to chyba dobrze - przynajmniej o nich świadczy, prawda? Są bardzo kruche i delikatne (pod warunkiem, że się je dobrze i cienko rozwałkuje), na jeden kęs (nasze nie były większe od małego palca kobiecej dłoni, takie lubimy najbardziej), bez jajek i można je długo przechowywać (tylko, że nie wiem, jak dużą porcję trzeba by wcześniej przygotować, by cokolwiek do przechowania zostało)... Polecam gorąco.

PS. Nie wiem, jak będzie z siecią tam, gdzie jedziemy. W każdym razie posty do publikacji przygotowane. Zapraszam i pozdrawiam bardzo serdecznie tych, których ferie właśnie się skończyły. Na pocieszenie dodam, że nasze trwają tylko tydzień.
 


 
Rogaliki z konfiturą
  
Składniki:
240 g mąki tortowej
130 g smalcu (można zastąpić masłem)
1 kubek jogurtu (120 g)
2 łyżki soku z cytryny(10 g)
40 g cukru drobnego lub pudru
½ łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli 

Przygotowanie:
1.       Mąkę, sól, proszek i cukier mieszamy.
2.      Do jogurtu dodajemy sok z cytryny, łączymy.
3.      W mące robimy zagłębienie, do którego dodajemy smalec i jogurt. Szybko zagniatamy ciasto. Dzielimy je na 6, 7 lub 8 równych części, zależnie od tego, jakiej wielkości rogaliki lubimy. Każdą część spłaszczamy lekko, zawijamy w folię i wkładamy do zamrażarki na około 30 minut. Ciasto musi być dobrze schłodzone.
4.      Kolejno wyjmujemy z zamrażarki po jednym placku, który rozwałkowujemy na osypaną mąką stolnicy w formie koła o grubości ok. 2-3 mm. Koło dzielimy na 6 lub 8 trójkątów, zależnie od wielkości, którą chcemy uzyskać. Małe porcje konfitury nakładamy na każdy trójkąt u jego podstawy i zwijamy rogaliki. Będą wyglądały raczej nieciekawie. Ciasto jest delikatne i cienkie. Ale upieczone będą prezentowały się tak jak na zdjęciach.
5.      Nagrzewamy piekarnik do temperatury 200 stopni.
6.      Uformowane rogaliki układamy na blasze wyłożonej pergaminem. Nie musimy zachowywać dużych odległości.
7.      Pieczemy 10-12 minut z nawiewem.
8.      Po przestudzeniu posypujemy cukrem pudrem.
9.      Przechowujemy szczelnie zamknięte przez 2-3 tygodnie.
 




Smacznego!

piątek, 8 lutego 2013

Zimowa zupa. Na piątek. Z książkami w tle.




Właściwie mi się to nie zdarza. Po dłuższym zastanowieniu stwierdzam, że to pierwszy raz w moim życiu, kiedy czytam kilka książek na raz. Zawsze wydawało mi się, że kiedy już sięgamy po książkę, to mniej więcej świadomie i zwyczajny szacunek dla autora wymaga, by poświęcić mu całą swoją możliwą uwagę.  

I właściwie nie wiem, dlaczego tak się stało. Jakaś taka kumulacja: Co czytasz? Pokaż... Mogę zerknąć? Aaaa, to ciekawe. Przeczytać Ci coś?... I tak wciągnięta w sieć różnorakich potrzeb, ciekawości i głodu pociągam kilka sznurków fikcji na raz. No, może nie do końca fikcji, ale o tym za chwilę. 

Pierwsza była ta wynaleziona przez cud-męża w bibliotece. Od samego początku wzbudzająca zainteresowanie. Bo – zapytany, dlaczego ta książka mu się podoba, odpowiedział – że ona taka prawdziwa. I prawdę mówi, której się normalnie nie ujawnia. I że jest o facetach... Sami rozumiecie. I tak ją zaczęliśmy czytać jednocześnie, co się raczej także nie zdarza. „Biało-czerwony” to książka, którą, przynajmniej ja, miałam ochotę rzucić o ścianę. Posłać w niebyt. Tyle, że rzeczywistość, którą opisuje, istniałaby nadal. Kilka kartek dalej, pogodzona, wciągnięta i z dystansem nie dawałam się już tak łatwo ponieść emocjom. Bohaterem książki jest mężczyzna w średnim wieku, dobrze sytuowany adwokat, właściciel apartamentu w odpowiedniej okolicy i o adekwatnym sąsiedztwie, luksusowego wozu, żony i małego synka (koniecznie w tej kolejności) pozornie nowoczesny. Bo nowoczesność pojmuje jako gwałt na prawdziwej, męskiej, sarmackiej naturze. Napisana lekko, z charkterystyczną ironią i sarkazmem, dowcipnie i manierą, która wciąga i tylko chwilami, z lekka nuży. Pomogła mi spojrzeć trochę inaczej na pozornie biało-czarny świat relacji damsko-męskich. Pokazała inną i jednocześnie gdzieś tam podobną perspektywę męskiego spojrzenia na świat pokazaną w „Ojciec .prl.”, którą Wam gorąco polecam.  I trochę jenak zasmuciła – bo nawet jeśli to krzywe zwierciadło – to wciąż zwierciadło... 

Cud-mąż przejął lekturę „Biało-czerwonego” więc ja skupiłam się na chwilę na „Wałkowaniu Ameryki”. Na chwilę to dobre słowo, bo lektura ta, choć wciągająca wielce, pouczająca jeszcze bardziej i ciekawa, to jednak wymagająca chwili skupienia, poświęcenia jej czasu, by treści i informacje, przyswoić, zapamiętać. Właśnie do jej lektury wracam, ale wystarczy naprawdę kilkadziesiąt stron, by móc ja polecić z czystym sumieniem.  

Kiedy słuchałam „Szopki” czytanej w Trójce byłam zachwycona lekkością stylu i piórem autorki. Wciągnęła mnie opowieść. Kupiłam ją jeszcze w Polsce i także tam zaczęłam. I znowu. Wiele okoliczności i innych pokus odwiodło mnie od lektury. A przecież warto po nią sięgnąć. I ja do niej wrócę, na spokojnie, w najbliższym czasie. Polecam. 

I wreszcie książka, którą zapewne skończę czytać jako pierwszą, spośród wszystkich tych kilku leżących na półce. Książkę pożyczoną przez Izę, która przeczytawszy notkę o „Dziewczynie z zapałkami” (przeczytacie ją tutaj) pochłonęła ją w wielkim zauroczeniu. „Pasja według Św. Hanki” urzeka tak jak „Dziewczyna”, poetyckim językiem i spojrzeniem na świat. I tak sobie myślę chwilami, że o czymkolwiek by Anna Janko nie napisała, ja czytałabym z zapartym tchem lub wstrzymanym oddechem, jak kto woli. Bo sam język, kojarzenie słów z obrazami i te metafory, wystarczą by się zachwycić. By czytać ją powoli, ze smakiem kosztować każde słowo, delektując się frazą, którą spotkałam do tej pory jedynie u Emily Dickinson. I Anna Jakno jest jest wielbicielką. Takie pokrewieństwo dusz, z którego my, czytelnicy, możemy czerpać garściami. Rzecz jest o miłości, a jakże, zdradzie, namiętności... ale zamknąć ją w tak krótkim, kilkuwyrazowym resumé byłoby grzechem, którego popełniać nie chcę. Nikt nie dałby mi rozgrzeszenia. W każdyma razie – autorka – z całą pewnością.

Rozmyślając o konieczności ukończenia rozpoczętych lektur, a każda woła mnie po swojemu, słyszę w Trójce opowieść Michała Nogasia o kolejnej, którą, mam poczucie, przeczytać muszę. Książka nosi tytuł „Podróżniczki. W gorsecie i krynolinie przez dzikie ostępy”. Tak mówiła o niej w Trójce tłumaczka książki, Małgorzata Diederen-Woźniak: W XIX kobiety zazwyczaj dążyły do tego, by wyjść za mąż. Następnie poddawały się woli męża i wychowywały dzieci. Jednak nie wszystkie. Niektóre, których losy opisane zostały w książce "Podróżniczki", postanowiły zwiedzać świat. - To były przede wszystkim tak zwane spinsters, czyli stare panny”.

„Wolf Kielich opisał kilkanaście kobiet: Lady Hester Stanhope, Alexandrine Tinne, Ida Pfeiffer, Isabella Bird-Bishop, Marianne North, Mary Kingsley, Daisy Bates, Alexandra David Néel oraz inne odważne damy, które postanowiły wyrwać się z ram konwenansu, poczuć smak niezależności, dać upust swojej prawdziwej naturze, zaspokoić ciekawość... słowem: wyruszyć w daleki świat.” (cytaty pochodzą zestrony Polskiego Radia).

I tak lista książek się wydłuża. Iza kupiła dla mnie kolejną, której lektury doczekać się nie mogę. Ale o tym, może już innym razem.

Przynajmniej dzisiejszy przepis będzie krótszy. Wystarczy mniej więcej 20 minut na jego realizację. A efekt? Bardzo pożywna i ciekawa w smaku zupa. Nawet cud-mąż, który na takie, jak on to mówi – cuda, bio, eko i bez mięsa – reaguje negatywnie, pochwalił wielce i zjadł ze smakiem. Polecam więc i Wam gorąco.  

Biało-czerwony” Dawid Bieńkowski. Wydawnictwo W.A.B., 2007

Ojciec.prl" Wojciech Staszewski, Agora 2012

Wałkowanie Ameryki” Marek Wałkuski, Helion, 2012

Szopka” Zośka Papużanka. Świat Książki, 2012.

„Pasja według Św. Hanki” Anna Janko. Wydawnictwo Literackie, 2012

„Podróżniczki. W gorsecie i krynolinie przez dzikie ostępy Wolf Kielich. Wydawnictwo W.A.B., 2013.

 
 
 
Zimowa zupa z soczewicą i brokułami 

Składniki: dla 2 osób
400 g brokułów (waga przed obraniem)
120 g ziaren ciemnej soczewicy
1 mała marchewka
1 mała pietruszka
65 g gorgonzoli
Garść migdałów

Przygotowanie: 
1.       Gotujemy 1 litr wody z 1,5 łyżeczką soli. Dodajemy różyczki brokuła i gotujemy przez 5 minut. Po tym czasie brokuła przekładamy na sitko.
2.      Do wody po gotowaniu brokułów wsypujemy soczewicę, mieszamy i gotujemy pod przykryciem 12 minut. W połowie gotowanie dodajemy utartą marchewkę i pietruszkę.
3.      W tym czasie na patelni prażymy migdały. (Migdały z łatwością pozbawimy skórki gotując je najpierw przez 3 minuty).
4.      Do zupy dodajemy ser i mieszamy do rozpuszczenia. Przekładamy brokuły i gotujemy jeszcze przez 2 minuty.
5.      Podajemy posypaną uprażonymi migdałami.

Smacznego!

środa, 6 lutego 2013

Fastelavnsboller albo norweskie pączki.


 

Codzienność usypaną z piasku zabiera fala nocy. Tyle starań, wysiłków, dbałości i niedbałości, pośpiechu... obróconych niemal w ruinę, każdego dnia. Gdzie zamieszkać ma ta królewna, kim rządzić ten król? Codzienne stwarzanie siebie od nowa. Nowej rzeczywistości i kontekstu środy, potem czwartku. Do tego czujność, by nie zostać zadeptanym, a być dostrzeżonym, docenionym. 

Kiedy myślę o mojej codzienności i jej kruchej naturze widzę raczej plażę niż piaskownicę. Przestrzeń, której ogarnąć nie mogę, ani przed sobą ani za moimi plecami. Niezmiennie grzeje tam słońce, a filtry są niepotrzebne. Tylko te różowe okulary, na wszelki wypadek, w kieszeni. I chłopak, co przy mnie, ramię w ramię, ten zamek z piasku tak niezmiennie, codziennie, silnymi ramionami stwarza, a ciało jego półnagie i opalone. Uśmiech szeroki i brwi, w które zaplątały się ziarenka piasku.  

Czasami potrzebuję tak sobie pomyśleć o moim/naszym codziennym życiu. Zwizualizować wbrew realiom, rozmarzyć się, zapomnieć w niej. Bo przecież – uciec się nie da. Zanegować? Buntować? Zaakceptować na swoich warunkach – to droga, którą wybieram.  

Biegnę na moją plażę. A Wy? Może się tam spotkamy? 

Chciałam wypróbować ten przepis. Choć takiego efektu można się było spodziewać. Bo wyszły z tego bardziej bułeczki niż pączki. Ale mają dwie ważne zalety. Nie smażymy ich w tłuszczu i przygotowuje się je bez jajek. Połowę z tuzina wypełniliśmy kremem i polaliśmy czekoladą. Córka pierwsza była zachwycona, synek pierwszy także pochłonął całość, brudząc buziaka niemiłosiernie... Resztę zjedliśmy na śniadanie, jako bułeczki po prostu. Bo wiele ich, przynajmniej tak bogato przełożonych kremem, zjeść się nie da. No, chyba, że w Tłusty Czawartek...

 
 

Fastelavnsboller albo norweskie pączki 

Składniki:
100 g masła
300 ml mleka
25 g drożdży
75 g cukru
1 łyżeczka cukru wanilinowego/ekstraktu waniliowego
1 łyżeczka kardamonu
duża szczypta soli
550 g mąki 

Do posmarowania – mleko/żółtko/roztrzepane jajko  

Do przełożenia:
200 g kremówki
3-4 łyżki adwokata 

Na polewę:
110 g czekolady deserowej
2 łyżki wody
30 g masła
1 łyżka kawy rozpuszczalnej w proszku
2 łyżki mleka

Przygotowanie:
1.       Z drożdży, pół szklanki ciepłego mleka, łyżki cukru i łyżki mąki robimy zaczyn. Przykrywamy go i odstawiamy w cieple.
2.      W misce mieszamy ze sobą mąkę, resztę cukru, sól i kardamon.
3.      Roztapiamy masło.
4.      W mące robimy zagłębienie, do którego wlewamy rozczyn, mieszamy, dodajemy resztę ciepłego mleka. Zaczynamy wyrabiać ciasto. Na końcu, kiedy uda nam się mniej więcej połączyć składniki, dodajemy rozpuszczone masło. Wyrobione ciasto odstawiamy przykryte w ciepłe miejsce, aż podwoi swoją objętość, czyli na około 1 godzinę.
5.      Po tym czasie wyrabiamy ciasto jeszcze przez kilka minut. Dzielimy je na 12 lub 15 równych części (zależnie od wielkości, na jakiej nam zależy) i formujemy z nich bułeczki.
6.      Układamy je na blasze wyłożonej pergaminem, a następnie przykrywamy i odstawiamy jeszcze na 45 minut.
7.      Nagrzewamy piekarnik do temperatury 220 stopni. Bułeczki przed włożeniem do piekarnika smarujemy.
8.      Pieczemy ok. 10-15 minut na złoty kolor. Studzimy na kratce.
9.      Przygotowujemy krem do przełożenia. Ubijamy śmietankę. Na koniec dodajemy adwokata. Łączymy.
10.   Przygotowujemy polewę. Wszystkie składniki umieszczamy w garnuszku i rozpuszczamy na małym ogniu. Studzimy lekko.
11.    Upieczone bułeczki  przekrajamy na pół i wypełniamy kremem. Polewamy czekoladą.

 Smacznego!