niedziela, 28 kwietnia 2013

Granola. Na słono.


 
 W całym domu pachnie pieczonym czosnkiem i ziołami. Znak, że na kolację było ulubione dziecięce danie - grzanki z masłem czosnkowym. Ten zapach potrafi przyprawić o zawrót głowy. Ja uwielbiam sam rytuał przygotowywania masła - cierpliwe mieszanie i siekanie ziół, dłonie pachnące na przemian czosnkiem, bazylią a potem jeszcze limonką. I ten odgłos chrupania, tak konkretny i nie dający się pomylić z niczym innym... Lubię sobotnie wieczory bo pełne są rytuałów. Bo to dopiero wieczorem na tę swobodną i niewymuszoną rutynę możemy sobie pozwolić. Od rana do południa bieganina i logistyka na przemian ze wstawianiem prania. Dziś na przykład, kilka godzin spędziliśmy na dopingu naszych polskich drużyn juniorów podczas święta szkoły. Ależ to był szał! I jaka radość, choć wynik nie zawsze sprawiedliwy. Za to duch walki przeogromny.
 
A w domu czekało na nas inne, zupełnie nowe wyzwanie. Nazywa się Pandi i jest krzyżówką border colie z bliżej nieznaną mi szwajcarską rasą. Zawitał do nas w ramach eksperymentu. Koleżanka z pracy wyjeżdżała na weekend a my postanowiliśmy spróbować, pokazać dzieciom - i jak się miało szybko okazać - także i sobie, co znaczy mieć psa i opiekować się nim.
 
W chwili tęsknoty i popłochu przed kręcącymi się po ogrodzie lisami pies postanowił spać z nami w łóżku i nie powiem, choć to bardzo miłe, nie oznacza, że spało się wygodnie... Że o nieustającej konieczności zamiatania podłogi nie wspomnę. Nie wiedziałam, że zwierzę tak brudzi. O wrodzona naiwności moja! Dzieci z pewnością się nie zniechęciły ja natomiast, jakby jednak trochę tak.
 
Kot utracjusz także jakby zadziwiony. Królik pod ścisłą kontolą. Dzieci w euforii... Co za weekend... Dobrze, że choć środa wolna.
 
Przypomniałąm sobie, że jednak mamy jeden taki fajny rytuał sobotniego poranka, którego staramy się trzymać. Nazywa się - Niebo do wynajęcia i jest aktualnie jedną z tych piosenek, którą rozpoczynamy nasz dzień. Lubię słuchać, kiedy na głos śpiewają ją dzieci. Tak dobrze się wtedy nastrajam na resztę, choćby nie wiem, jak bardzo, zajętego dnia. Co jakiś czas taka sobotnia piosenka przewodnia nam się zmienia. Kiedyś, lata temu to była Osiecka. Od czasu do czasu cud-mąż upiera się przy Dire Straits, choć fanką nie jestem, za to "Hotel California" w wersji koncertowej to już naprawdę wymarzona sobotnia sielanka. Taki poszerzany systematycznie repertuar sprawia, że wszystkie te piosenki przywłaszczamy dla siebie, związując je w myślach sznurkami wspomnień, które potrafi pociągnąć jedna nuta i wszystko powraca.
 
Ja piszę, bo tyle jeszcze jestem w stanie zrobić, słyszę jak na dole, cud-mąż opróżnia, potem wstawia zmywarkę, dokarmia na jutro zakwas, myje to, co do zmywarki się nie nadaje i zaparza mi moją ulubioną herbatę z pigwy i pokrzywy i jeszcze rozwiesi pranie mówiąć do psa - Niełatwo jest pokończyć wszystkie prace.... Prawda, że cud, taki mąż? Musiałam go pochwalić. Jemu zawdzięczacie ten post. Gdybym musiała zrobić to wszystko sama, nie miałabym już siły zasiąść jeszcze do komputera, a tak... Dziękuję Ci, Kochany.
 
Jest taki rytuał niedzielny, w którym uczestniczymy tylko ja i synek pierwszy. Co tydzień wstawiamy wspólnie granolę, by potem usiąść przy stole i chrupać, oceniając, jaka tym razem nam wyszła. Tym razem lekko słona, bo o taki efekt właśnie nam chodziło. Pamiętam, że w jednym z zeszytów zapisałam sobie to hasło do realizacji a zapisawszy kolejnych kilkadziesiąt kartek o nim zapomniałam. Aż któregoś dnia, Ania, z którą dzielę radość i łzy (Aniu, za te drugie ostatnio, szczególnie Ci dziękuję) codziennych podróży pociągiem, powiedziała mi, że lubi płatki owsiane, byle nie na słodko. I wtedy przypomniał mi się mój pomysł. Postanowiłam wreszcie spróbować. Efekt zaskoczył niesamowicie. Granola nie jest na tyle słona, że nie można by jej połączyć na przykład z suszonymi owocami, ale smak ma konkretny a chrupkość zniewalającą. Niewiele w niej tłuszczu i jeszcze mniej słodyczy, ot łyżka miodu. I duuużo ziaren. Polecam gorąco.
 
 
 
Granola na słono
 
Składniki:
225 g płatków owsianych
125 g orzeszków arachidowych solonych*
1/2 łyżeczki soli**
35 g ziaren sezamu
75 g pestek dyni***
35 g płatków migdałowych
35 g zarodków pszennych (można zastąpić po prostu sezamem, jeśli nie mamy lub pominąć)
145 g mleka skondensowanego bez cukru
40 g miodu
30 g masła orzechowego
 
Przygotowanie:
1. Nagrzewamy piekarnik do temperatury 140 stopni.
2. W garnuszku mieszamy miód, masło i mleko. Podgrzewamy do dokładnego rozpuszczenia i połączenia składników.
3. W tym czasie mieszamy płatki, z orzeszkami, solą, sezamem, pestkami dyni i zarodkami.
4. Wymieszane płatki zalewamy ciepłym mlekiem. Łączymy dokładnie.
5. Wysypujemy na blaszkę wyłożoną pergaminem. Rozkładamy równomiernie cienką warstwą.
6. Pieczemy z nawiewem 15 minut. Wyjmujemy z piekarnika. Mieszamy. Im delikatniej to zrobimy tym większe kawałki uzyskamy i pozyskamy do chrupania****.
7. Wstawiamy ponownie do piekarnika i pieczemy z nawiewem jeszcze 10 minut. Studzimy dokładnie, przekładamy do szczelnie zamykanego słoja.
 
Uwagi:
*można użyć niesolonych
**ilość soli można zwiększyć do 1 łyżeczki, to kwestia smaku
***można zastąpić je na przykład pistacjami
****skosztowawszy tę wersję granoli, moja belgijska koleżanka stwierdziła, że nadaje się ona nawet jako przekąska do chrupania podczas przyjęć. Ja zabieram ją ze sobą na wszelkie nasze wyjazdy. To zawsze bardzo prosty i szybki sposób na zdrowe i jednocześnie sycące śniadanie.
 
Zapraszam do korzystania z innych przepisów na granole. Wszystkie je przetestowałam niezliczoną ilość razy i mogę polecić je wszystkim zwolennikom tego typu posiłków.
 
 

Smacznego!

czwartek, 25 kwietnia 2013

Lala salama na ndoto tamu. I buchty...




No i nie zdążyłam... A tak bardzo chcialam napisać Wam wczoraj o książkach, szczególnie o jednej godnej polecenia, z okazji Światowego Dnia Książki... Uznajmy jednak, że nie trzeba ku temu specjalnej okazji i przejdźmy do rzeczy.

Zgadza się dobrze niektórzy z Was rozpoznali w zacytowanym tutaj akapicie fragment książki Beaty Pawlikowskiej - "Blondynka na tropie tajemnic". Książki, która zawładnęła mną na kilka dłuższych chwil, oczarowała i zaczarowała. Nie mam zwyczaju czytać książek podróżniczych. Po prostu. Widzę jednak, że będę musiała, co więcej - że chcę to zmienić. Wszystko za sprawą języka i czaru tej książki, powiedziałabym - opowieści podróżniczej z Zanzibaru, Tanzanii, Brazylii i Amazonii. Jest w niej miejsce na informacje, ciekawe i zaskakujące, piękne zdjęcia, rysunki wykonane ręką autorki (choć przyznam, że momentami niektóre z nich nie pasowały mi do nastroju strony czy opowieści...), spostrzeżenia, uwagi, noty historyczne i rozważania, jak choćby to, o szczęściu...

"(...) Jestem szczęśliwa nie dlatego, że siedzę na werandzie domku nad Oceanem Indyjskim ze szklanką zimnego soku z mango w ręce. Jestem szczęśliwa, bo kocham to, co mam. (...) Najważniejsze jest to, że wierzę w dobro i miłość. Zawsze staram się kierować dobrymi emocjami i czynić dobro. To jest coś, co nazywam absolutną prawdą. To jest najważniejsza rzecz w życiu, która istnieje zawsze bez względu na wszystko i zawsze można się do niej odnieść. Prawda absolutna, czyli niepodważalna wartość, która nadaje sens wszystkim innym sprawom w życiu. (...) I zawsze wybieram myślenie pozytywne. Nie myślę o tym, czego mi brakuje, ale znajduję radość w tym, co mam, i dostrzegam, że mam ogromnie dużo. To jest tajemnica szczęścia".

Pamiętam taki jeden szczególny sobotni poranek, dwa-trzy tygodnie temu. Kiedy dom jeszcze się nie obudził, wszystko i wszyscy wokół spali a ja ułożyłam się wygodnie w łóżku i sięgnęłam po nią znajdując moment idealnie do tego stworzonym. Okazało się, że idealny to on dopiero się stał, po lekturze już kilku pierwszych zdań.

Wszystko co piszę o książkach wydaje mi się w większości przypadków banalne w kontekście ich treści. Więc może lepiej po prostu zacytuję Wam jeszcze jeden fragment - kontynuację opowieści o żółwiu z poprzedniego posta.

"(...) Podeszłam bliżej. Rzadko człowiek stoi twarzą w twarz z żywą historią. Żółwie pojawiły się na Ziemi 250 milionów lat temu, czyli mniej więcej w tym samym czasie co dinozaury. Przez prawie dwieście milionów lat spokojnie mieszkały razem na Ziemi, być może spotykając się podczas spacerów w poszukiwaniu świeżego szpinaku. Potem nagle dinozaury wyginęły, a żółwie bez pośpiechu podążyły dalej w przyszłość.

Wielkie łapy pokryte łuskami, ciężka, wygięta skorupa na plecach i przymrużone oczy na długiej szyi, która wyciągała się w moim kierunku. Jeśli naprawdę masz sto lat, chłopie - pomyślałam - to pamiętasz zupełnie inny świat, zanim zdarzyły się dwie wielkie wojny światowe i zanim w powietrzu zaczęły latać samoloty".

Książka będzie z pewnością wielką ucztą dla wielbicieli kulinariów i łasuchów w ogóle. Już same tytuły poszczególnych rozdziałów sprawiają, że robię się głodna, nie tylko w sensie dosłownym... choćby - Cynamonowe ptaki, Pachnące gwoździe, Hipopotam i truskawki czy Zwariowany podwieczorek...

Miałam w planie napisać Wam o innych jeszcze książkach... Dziś już nie zdołam. Pozostaje mi tylko życzyć Wam - Lala salama na ndoto tamu czyli dobranoc i słodkich snów.

Polecę jeszcze Waszej uwadze przepis na drożdżowe buchty. Miękkie, delikatne i lekkie w dniu pieczenia, następnego/następne dni - wciąż bardzo dobre. Z kruchą kruszonką. Przepyszne. Ciekawa propozycja do zabrania ze sobą na piknik czy w plener. Polecam gorąco.

Izo, Krzysiu - dziękuję Wam za ten piękny przezent.



Buchty

Składniki:
Na ciasto drożdżowe:
285 g mleka
25 g drożdży świeżych
540 g mąki pszennej tortowej + 1 łyżka
1 jajko
1 żółtko
100 g cukru + 1 łyżka
70 g masła
szczypta soli

Na kruszonkę:
10 płaskich łyżek mąki
4 łyżki cukru
4 łyżki masła w temperaturze pokojowej

Dodatkowo:
powidła śliwkowe

Przygotowanie:
1. W połowie ilości ciepłego mleka rozpuszczamy drożdże z 1 łyżką cukru i 1 łyżką mąki. Odstawiamy przykryte w ciepłym miejscu na 20 minut.
2. Do miski przesiewamy mąkę, dodajemy cukier, sól, mieszamy. Do zagłębienia wbijamy jajko i żółtko. Mieszamy.
3. Dodajemy resztę mleka i rozczyn drożdżowy. Zaczynamy wyrabiać. Kiedy składniki się połączą w jednolitą formę dodajemy miękkie masło. Wyrabiamy do uzyskania gładkiej konsystencji.
4. Przekładamy do miski, przykrywamy, odstawiamy w ciepłe miejsce na 1 godzinę.
5. W tym czasie przygotowujemy kruszonkę. Mieszamy miękkie masło z cukrem i mąką, ew. pastą z wanilii lub wanilią. Wyrabiamy do momentu uzyskania kruszonki, wstawiamy ją do lodówki.
6. Wyrośnięte ciasto dzielimy na 12 równych części. Każdą z nich spłaszczamy kolejno na dłoni, nakładamy do środka powidła, sklejamy formując bułeczkę, układamy sklejeniem do dołu w foremce wyłożonej pergaminem w 3-4 cm odstępach.
7. Pozostawiamy jeszcze na pół godziny do wyrośnięcia.
8. Nagrzewamy piekarnik do temperatury 175 stopni.
9. Przed wstawieniem do piekarnika smarujemy roztrzepanym jajkiem i posypujemy kruszonką.
10. Pieczemy 15 minut bez nawiewu i potem jeszcze 5 minut z nawiewem.




Smacznego!

wtorek, 16 kwietnia 2013

Albondigas con tomate.


 
"Zółwie uwielbiają szpinak. Na widok zielonych liści podnoszą głowy i z błyszczącym z pożądania wzrokiem ruszają biegiem w największym pośpiechu. Z perspektywy żółwiego tempa jest to dziki galop przez źdźbła zaskoczonej trawy. Z mojego punktu widzenia wyglądało to jak film puszczony w zwolnionym tempie, pokazujący żółwia mozolnie przebijającego się przez powietrze tak gęste i oporne jak kisiel. Błoga radość malująca się na jego pysku po dotarciu do celu była czysta i szczera. Żółw po prostu cieszył się jak dziecko, mimo że miał już 100 lat (...)"
 
Pozostawię Was dziś z fragmentem książki, która mnie ostatnio zachwyciła. Nie zdradzę na razie jej tytułu, zapraszam jednak do lektury wpisu o książkach, które uznałam ostatnio za warte polecenia, ona jest na pierwszym miejscu mojej listy osobistej ostatnich tygodni. Zapraszam już wkrótce.
 
Polecam Waszej uwadze dziś także albondigas czyli po prostu meksykańskie mięsne klopsiki. Bardzo aromatyczne, esencjonalne to danie. Może za ostre dla niektórych, dlatego warto dostosować podaną ilość przypraw do własnych upodobań. Jedno jest pewne - spróbować naprawdę warto.
 
A może już wiecie, co to za książka?
 
 
 
Albondigas con tomate 
 
Składniki:
1 średnia cebula
3 ząbki czosnku
4-5 łyżek oleju rzepakowego
1 łyżeczka słodkiej papryki
1,5 łyżeczki kuminu
2 łyżeczki chili z proszku
2 łyżeczki soli morskiej
1 łyżeczka czarnego pieprzu
skórka otarta z 1 limonki
sok z ½ limonki
2 łyżki posiekanej pietruszki
900 g mięsa mielonego wołowego (można także użyć łopatki)
800 g pomidorów z puszki, bez skórki pokrojonych w kostkę
200 g pomidorowej passaty (przecieru)
400 g czerwonej fasoli z puszki 
 
Na salsę:
1 awokado
1 mała czerwona cebula
2 ząbki czosnku
sok z ½ limonki
sól, pieprz
1 duży pomidor
papryczka chili
2-3 łyżki posiekanej kolendry lub pietruszki 
 
Przygotowanie:
1.       Posiekaną drobno cebulę i czosnek dusimy na 2 łyżkach oleju z dodatkiem papryki, kuminu i chili.
2.      Dodajemy je do mielonego mięsa. Mieszamy, wyrabiamy przez chwilę. Doprawiamy solą i pieprzem, łączymy z sokiem i skórką z limonki. Formujemy małe kulki (wielkości orzecha włoskiego), powinno ich wyjść min. 40 .
3.      Na tą samą patelnię wylewamy resztę oleju, podsmażamy na złoto uformowane mięso. Przekładamy je na bok.
4.      Na tę samą patelnię przekładamy pomidory z puszki, passatę i czerwoną fasolę. Gotujemy tak około 10 minut. Przekładamy do nich kulki mięsa, dusimy około 20 minut.
5.      W tym czasie przygotowujemy salsę. Siekamy drobno czosnek, chili i cebulę. Pomidory kroimy w kostkę. Łączymy. Dodajemy posiekaną pietruszkę, mieszamy. Obieramy awokado, pozbawiamy pestki, skrapiamy obficie sokiem z limonki, kroimy w kostkę. Dodajemy je do pozostałych składników. Doprawiamy.
6.      Albondigas podajemy z salsą i łyżką kwaśnej śmietany na wierzchu, posypane pietruszką lub kolendrą. Skrapiamy sokiem z limonki. Serwujemy z ryżem lub kukurydzianą tortillą.  
 

Smacznego!

sobota, 13 kwietnia 2013

Andruty czekoladowe.




Przebiegam szybko obok czasu starzejącego się na stronach kalendarza. Dopiero dziś zauważyłam, że tam marzec wciąż, niezmieniony, na posterunku... Potrzebował zmiennika, jak i ja czasami ostatnio.

Szczęśliwie, w piątki jakby czas zwalniał, tuż przed ostatnim okrążeniem, chwilowy spadek formy przed wyczerpującym finiszem niedzieli.

Niestety, niedziele przestały być dniami bez pracy. Francuski, lektury, tabliczka mnożenia, uporządkowanie spraw i książek, przygotowania obiadu na następnych kilka dni, tuż po "gospodarczej" sobocie... niekończąca się lista prac niezbędnych...
Tym bardziej cieszy piątek. Kiedy można snuć plany, w nadziei, złudzeniu, że czasu i sił na ich realizację nie zabraknie. W takie wieczory jak te marzę o czasach, gdy piątek był po prostu piątkiem, którym można się było cieszyć tak zwyczajnie. A wekeend znaczył tylko tyle, że nie idzie się do szkoły... I obowiązków było znacznie mniej, że o odpowiedzialności nie wspomnę. Cieszyliśmy się chwilą, która trwała, bo tylko ona była ważna i pewna, jak sól na języku i słodycz waty cukrowej w ustach tuż przed rozpuszczeniem. Nie myślało się o jutrze. Od tego bylli Oni. Dorośli. A w kieszeniach nosiło patyczki po lizakach i kapsle.

Przynajmniej smaki tamtych czasów można odtwoarzyć w chwili nostalgii takiej jak ta dzisiejsza...W naszym domu nie robiło się domowej próby bloków czekoladowych, za to wafle - tak. Najczęściej przekładane konfiturą. I były pyszne. I nie trzeba ich było robić samemu. Zajmowała się tym mama. Ba! To dopiero czasy.

Kupuje po kilka paczek wafli, żeby były zawsze pod ręką, kiedy przyjdzie ochota. A przychodzi często, jak nietrudno się domyślić. Ten przepis wpadł mi w oko od razu, kiedy tylko go przeczytałam. I musiałam go wypróbować. To nasz ulubiony! I jednocześnie absolutny must na wszelkich urodzinowych przyjęciach z udziałem dzieci... Polecam gorąco.

Życzę Wam dobrego, słonecznego weekendu, pełnego uśmiechów od ucha do ucha i pachnącego wiosną...


 
 
Andruty czekoladowe *
 
Składniki:
paczka kwadratowych lub prostokątnych wafli
1 puszka mleka skondensowanego słodzonego
100 g gorzkiej czekolady
50 g masła
1 łyżeczka kawy rozpuszczalnej
1-2 łyżki rumu lub brandy  
 
Przygotowanie:
1.       Masło, kawę i czekoladę rozpuszczamy w garnuszku z grubym dnem.
2.      Dodajemy mleko z puszki i wszystko dokładnie mieszamy.
3.      Doprowadzamy do wrzenia, zmniejszamy ogień i gotujemy kilka minut cały czas mieszając.
4.      Masa zgęstnieje i gdy zacznie przypominać rzadki budyń należy zdjąć ją z ognia.
5.      Dodajemy rum lub brandy i dokładnie mieszamy.
6.      Uwaga, masa jest bardzo gorąca. Karmelową masę studzimy - może być nieco ciepła, ale nie może być gorąca. Wafle smarujemy 2 - 3 czubatymi łyżkami masy, pozostawiamy około 1 cm wolnego miejsca na brzegach. Nakładamy wafle na siebie, przykrywamy ostatnim i dokładnie dociskamy. Przykrywamy folią i odkładamy na około 1 godzinę obciążone ciężką książką kucharską lub garnkiem z wodą.
7.      Gdy masa zastygnie kroimy wafle na kwadraty.
 
 
 
 
*przepis znalazłam tutaj, u Joli Szyndlarewicz. Jolu, dziękuję. Pozwoliłam sobie tylko zmienić nazwę andruty kawowe na czekoladowe. Smak czekolady jest tu znacznie bardziej wyczuwalny a kawę łączy się z czekoladą właśnie po to, by smak tej drugiej był intensywniejszy. 
 
Smacznego!

czwartek, 11 kwietnia 2013

Krem rosołowy.



Nie wiem jak Wy, ale ja za rosołem nie przepadam. Zjem go ze smakiem, kiedy ugotuje go moja druga mama. I to by było właściwie na tyle. W domu mojego dzieciństwa rosół wstawiało się w weekend, zapewne w tygodniu nie było czasu. To właśnie on trafiał w sobotę na nasz stół, po to, by w niedzielę powrócić w postaci pomidorowej z lanymi kluskami. Zgadnijcie, który dzień tygodnia lubiłam wtedy bardziej? 

Z czasów dzieciństwa pozostało mi wrażenie, że rosół to dopiero początek, coś, z czego może dopiero wyjść coś naprawdę dobrego. Sam w sobie zaś - nieszczególnie dobry, zaledwie obiecujący.

Sama wstawiam rosól 2-3 razy w tygodniu. Naszą bazę dla innych zup i jako jedyną akceptowalną zupę dla synka pierwszego, który rosół, i tylko rosół, je od około 8 lat (innej zupy nie uznaje). Kiedy pomyślę sobie, że codziennie zjada się w Polsce ponad 2,5 miliona kostek rosołowych, zastanawiam się zawsze, jak to możliwe... Wystarczy poczytać skład, by zniechęcić się skutecznie. Tymczasem, by ugotować dobry rosół potrzeba po prostu czasu i cierpliwości. I dobrych składników, które potem możemy jeszcze użyć, choćby do przygotowania quesadillas.Wstawiam rosół po powrocie z pracy, późnym popołudniem, co zajmuje chwilę, skłądniki mam zawsze w lodówce lub zamrażarce, i tak zostawiam na 4-5 godzin, kiedy wyłączam kuchenkę kładąc się spać. Następnego dnia podaję go wracającym ze szkoły, zgłodniałym dzieciom. Pierwszy głód zaspokojony. Nadwyżki zamrażam. W jednym większym pojemniku lub w foremkach na lód, by zużyć takie małe porcje do przygotowania na przykład sosu lub jako bazę do ragout.

Pomysł na krem rosołowy zrodził się z potrzeby odmiany i zimnicy za oknem. Rosół w takiej formie wydaje mi się treściwszy i smaczniejszy. Konkretniejszy i nie wymagający gotowania makaronu. Nowości przyjmują się z trudem w naszym domu, ale udało się. I znowu, wyszedł krem, który dalej może być podstawą dla innych smaków, choćby pomidorowego czy grzybowego. (Miksujemy krem z dodatkiem pomidorowej passaty albo podduszonymi pieczarkami czy brokułami - to w wersji klasycznej, młodym groszkiem lub nowalijkami w wersji wiosennej). Kiedy zostaje mi trochę rosołu i ziemniaków z obiadu jest jak znalazł. Wystarczy zmiksować je razem i lekka acz pożywna zupa - gotowa. Polecam gorąco. 



Krem rosołowy
 
Składniki:
 
Na rosół:
ok. 3 l wody
500 g marchewki
ok. 1 kg mięsa na rosół - wedle dostępności (ja używam skrzydełek Bio)
250 g pora
1 pietruszka
4-5 łodyg z liśćmi selera naciowego
3 łyżki lubczyku
3 liście laurowe
ok. 10 ziaren ziela angielskiego
pieprz czarny - kilkanaście ziaren
1 łyżka soli morskiej
opcjonalnie - suszona lub surowa cebula*
2-3 gałązki zielonej pietruszki
 
Dodatkowo, na krem:
150 g ugotowanych ziemniaków
40 g ugotowanej marchewki z zupy
2 ząbki czosnku
2-3 łyżki posiekanej cebuli
kawałek imbiru lub imbir w proszku
1 łyżka soku z cytryny
ziarna sezamu uprażone na suchej patelni i posiekana zielona pietruszka
 
*czasami, dla ładnego koloru rosołu przekrojoną na pół cebulę opala się nad grillem w piekarniku i dodaje się ją do wywaru.
 
Przygotowanie:
1. Na dnie garnka układamy mięso w kawałkach, zalewamy zimną wodą. Dodajemy obrane i pokrojone na mniejsze kawałki warzywa. Dorzucamy ziarna pieprzu i ziela, lubczyk i liście laurowe.
2. Kiedy rosół zaczyna się gotować zmniejszamy ogień, wyjmujemy szumowiny, dodajemy sól i zieloną pietruszkę.
3. Pozostawiamy tak przez minimum 3 godziny ma wolnym gazie (to ważne, aby rósół nie był mętny). Po tym czasie możemy ewentualnie uzupełnić bulion wodą, wedle uznania i potrzeby.
4. Na oliwie podduszamy cebulę i czosnek. Miksujemy z marchewką, ziemniakami, imbirem i 600 ml rosołu. Doprawiamy sokiem z cytryny i ewentualnie solą.
5. Rozlewamy do kubków, podajemy z sezamem i natką.  


 
 
Rosół w trakcie powolnego gotowania...
 
Smacznego!

wtorek, 9 kwietnia 2013

Tajine. Obiad doskonały.


 
Wiosna przychodzi po cichu. Wciąż niemal niewidzialna a jednak już obecna. Zwabiona tęsknotą i utyskiwaniem. Silna nieuniknionym porządkiem natury. Tak sobie o niej myślę, gdy rano marzną mi dłonie. W końcu już miniona niedziela tak słoneczna i ciepła niemal. Jak przystawka przed daniem głównym. Zapowiedź i przedsmak rozbudzające apetyt.
 
I nagle okazuje się, że trudno jest pisać, gdy głowa pełna ważnych terminów, nowych pojęć i zajęć, kiedy skupić się trzeba na czymś zupełnie innym. Nawet jeśli w tej samej głowie wciąż rodzą się nowe pomysły. Kiedy nawet udaje się je realizować, czasu brak, by do komputera zasiąść. Mam jednak nadzieję, że wszystko się z czasem uspokoi i poukłada na nowo.
 
Od kiedy otrzymałam w prezencie tajine nie mogę się nim nacieszyć. Wszystko, co w nim przygotowuję jest niezwykle aromatyczne i soczyste. I właściwie robi się samo. Najbardziej zaś zadziwiła mnie reakcja dzieci, które tajine, niezależnie od składników, uwielbiają. Jeśli naczynia nie posiadamy posługujemy się szczelnie zamykającym się żaroodpornym naczyniem. Bo przepisy na ten marokański specjał pojawiać się tu będą częściej. Polecam gorąco. I razem z Wami trzymam kciuki za wiosnę.
 
Posyłam Wam moc uśmiechów i zapraszam już wkrótce. 
 
 
 
 
Tajine z kurczakiem, morelami i migdałami
 
Składniki:
1 kg filetów z piersi kurczaka
2 średnie cebule
3 ząbki czosnku
sól
duża garść suszonych moreli
150 g migdałów bez skórki
mieszanka suszonych: kolendry, cynamonu, imbiru, czarnego pieprzu, kardamonu, gałki muszkatołowej, goździków, w równych proporcjach lub gotowa Ras el Hanout
natka pietruszki do podania,
sok z 1/2 cytryny
 
Przygotowanie:
1. Mięso kroimy na duże kawałki. Nacieramy mieszanką przypraw (łączymy ze sobą zioła i sól). Jeśli mamy czas - odstawiamy pod przykryciem na kilka godzin.
2. Smażymy je na oleju do lekkiego zezłocenia. Przekładamy na talerz. Na tej samej patelni podsmażamy pokrojoną w drobna kostkę cebulę z czosnkiem. Cebulę i mięso przekładamy do garnka do tajine lub innego żaroodpornego naczynia.
3. Nagrzewamy piekarnik do temperatury 180 stopni.
4. Mięso i cebulę zalewamy 600 ml gorącej wody. Mieszamy.  Dodajemy pokrojone w kostkę suszone morele. Przykrywamy szczelnie. Wstawiamy do piekarnika na 45 minut.
5. Na patelni przyrumieniamy migdały. Siekamy pietruszkę.
6. Przed podaniem tajine skrapiamy sokiem z cytryny, posypujemy natką i migdałami. Podajemy z ryżem lub kuskusem*.
 
*zazwyczaj podajemy tajine z czosnkowym purée i surówką z marchewki i jabłka z dużą ilością soku z cytryny i imbirem.
 
 
 
 
 
Smacznego!