środa, 29 maja 2013

Truskawkoterapia.



Pogoda ja tabletka na sen. Albo kołysanka. Niech już będzie to lato może chociaż, skoro wiosny nie było. Truskawek nie będzie tu z wtym roku zbyt wiele. Podobnie jak wielu innych owoców i szparagów. Lawenda chyba w ogóle nie zakwitnie. Kwiatów i ziół w ogrodzie nie podlewam od ponad miesiąca. Woda stoi w donicach niemal cały czas. Potrzebna natychmiastowa pociecha. Truskawkoterapia.

Są proste, szybkie i efektowne. Dzieci się nimi zajadają a rodzice mają nadzieję, że coś dla nich po tej uczcie jednak zostanie. Marne szanse... Ciasteczka można upiec i przechowywać w szczelnie zamkniętym pudełku, krem przygotowujemy tuż przed podaniem. W sezonie letnim, oby był jak najdłuższy i ciepły, warto mieć takie rozwiązanie pod ręką. Polecam gorąco.




Sablé z kremem marcepanowym i truskawkami 

Składniki: na około 30 sztuk
Na kruchy spód:
235 g mąki
50 g semoliny (można zastąpicz krupczatką)
85 g cukru pudru
125 g masła w temperaturze pokojowej
4 łyżki białego lub różowego wina (można zastąpić zimną wodą lub sokiem)
1 żółtko 

Na krem:
250 ml śmietany kremówki
175 g marcepana

Przygotowanie:
1.       Na blat wysypujemy mąki i cukier puder. Do zagłębienia wbijamy żółtko, wlewamy wino/sok i dodajemy kawałki masła. Szybko wyrabiamy. Rozwałkowujemy na grubość 5 mm. Wykrawamy kółka, układamy je na blasze wyłożonej pergaminem.  Blaszkę wstawiamy do zamrażarnika na 25 minut.
2.      Nagrzewamy piekarnik do 175 stopni.
3.      Wstawiamy foremkę z ciastami. Pieczemy około 10 minut, aż się lekko zezłocą. Lepiej wyjąć je z piekarnika ciut za wcześnie, „dojdą” jeszcze, stygnąc. Ciasta studzimy na kratce.
4.      Myjemy, obieramy i suszymy truskawki. Kroimy w plasterki lub połówki lub ćwiartki, zależnie od ich wielkości i naszej chęci ich przystrojenia.
5.      Ubijamy mikserem kremówkę. Dodajemy utarty marcepan. Miksujemy na gładką masę. Jeśli mimo wszystko nie będzie gładka, przecieramy ją dodatkowo przez sito.
6.      Smarujemy ciasteczka kremem, układamy truskawki, posypujemy miętą lub pistacjami.





Smacznego!

poniedziałek, 27 maja 2013

Krrrucha tarta marcepanowa. Z grejfrutem.



W chwilach, kiedy nie jest łatwo usiłuję sobie przypomnieć jak było kiedyś, wcześniej, jeszcze tak niedawno. Tak, jakby pójście do pracy było wielkim kataklizmem... a przecież nie jest, choć siła rażenia porównywalna, jeśli przyjrzeć się bliżej naszej zmienionej codzienności. Jego skutki bywają boleśnie odczuwalne. Pozytywnie także, nie mam co do tego wątpliwości. Ale w chwilach takich jak ta dzisiaj, skupiam myśli na przypomnieniu sobie tamtego trybu życia, w drobnych szczegółach, które swoją oczywistością wymazywały poczucie nadzwyczajności, a przecież było ich tak wiele.

Blog jest chyba jedynym, może powinnam bardziej się skupić, ale chyba jedynym, co pozostało z tamtych czasów. Bo i pasja pozostała. Ratuje mnie i uwalnia i cieszę się, że jest ktoś, kto przeczyta te słowa jutro. Dziękuję Wam i życzę dobrego tygodnia, tym bardziej, że przed Wami długi weekend. Odpoczywajcie i cieszcie się wiosną.

Pamiętam jeszcze, że w piątek oniemiałam w zachwycie nad tym ciastem. Może to i nieskromnie brzmi, ale nie zdarzyło mi się jeszcze nigdy osiągnąć dokładnie takiego efektu, jaki sobie wymarzyłam. Zazwyczaj przewiduję, rozpisując listę składników, że coś powinno wyjść tak i tak, mieć taką konsystencję i tak smakować. Ale nigdy jeszcze efekt nie zaskoczył mnie tak bardzo pozytywnie. Kruchy spód jest idealnie kruchy, lekki i nie nasiąka (specjalnie zostawiłam sobie kawałek na drugi dzień, żeby to sprawdzić po kilkunastu godzinach). Marcemanowa masa ma delikatną, trzeba przyznać, bardzo słodką konsystencję, która świetnie kontrastuje z kwaśnością grejfruta a grejfrut jest soczysty i nie rozpada się. Jest dość wykwintne w smaku, to słowo bardzo do niego pasuje. Polecam gorąco i zapraszam już wkrótce.


Krucha marcepanowa tarta z grejfrutem

Składniki:

Na kruchy spód:
235 g mąki
50 g semoliny (można zastąpicz krupczatką)
85 g cukru pudru
125 g masła w temperaturze pokojowej
4 łyżki soku grejfrutowego lub pomarańczowego
1 żółtko

Na warstwę marcepanową:
300 g marcepana
1 jajko
2 białka

Ponadto:
2 dość duże grejfruty*
*może się okazać, że nie wykorzystamy w całości obu owoców, ale potrzebujemy ich odrobinę więcej, aby móc spośród już obranych wybrać najrówniejsze i największe
kawałki

Przygotowanie:
1. Na minimum 24 godziny przed pieczeniem ciasta obieramy grejfruta pozbawiając go wszystkich błonek. Staramy się obierać go tak, aby uzyskać możliwie jak największe i równe kawałki. Obrane kawałki układamy na sicie, które umieszczamy na salaterce przykrywamy całość i odstawiamy w chłodne miejsce lub do lodówki na minimum 24 godziny.
2. Na ok. 45 minut przed pieczeniem ciasta przygotowujemy kruchy spód. Na blat wysypujemy mąki i cukier puder. Do zagłębienia wbijamy żółtko, wlewamy sok i dodajemy kawałki masła. Szybko wyrabiamy. Wykładamy nim foremkę do tarty o wymiarach 35 x 12 cm, wstawaimy ją do zamrażalnika na 35-45 minut.
3. Nagrzewamy piekarnik do temperatury 180 stopni.
4. Wyjmujemy ciasto z zamrażalnika, wstawiamy je do piekarnika na 15 minut nez nawiewu i na koniec jeszcze 2 minuty z nawiewem. Wyjmujemy, odstawiamy na chwilę by przestygło.
5. Marcepan kroimy na mniejsze kawałki. Miksujemy je z jajkiem. Powinniśmy uzyskać w miaręgładką i gęstą masę. Możemy na tym etapie przetrzeć ją przez sito, aby była gładka, ale nie jest to konieczne. W osobnej misce ubijamy białka ze szczyptą soli na sztywno. Dodajemy je do masy marcepanowej i delikatnie łączymy.
6. Na wystudzonym, podpieczonym spodzie układamy kawałki grejfruta, jedną warstwąwypełniając całe dno foremki.
7. Zalewamy owoce masą marcepanową. Wyrównujemy, wstawiamy do piekarnika.
8. Pieczemy około 15 minut, do momentu zezłocenia się wierzchu. Wyjmujemy ciasto.Kiedy przestygnie, posypujemy je posiekanymi pistacjami lub gałązkami mięty.









Smacznego!

sobota, 25 maja 2013

Dorsz w sosie estragonowym.


 

„Isaiah Berlin odłożył książkę na stolik i powiedział codziennie czytam i codziennie uświadamiam sobie, jak wiele mi zostało do przeczytania. A od czasu do czasu wracam do poprzednich lektur, ale czytam ponownie tylko te książki, które rzeczywiście zasługują na ten przywilej.

- A co decyduje o przyznaniu tego przywileju? – Teraz Bernat upodobnił się do Adriana.

- Umiejętność wywoływania fascynacji czytelnika; podziw dla inteligencji, jaką odnajduję w ponownie czytanej książce, lub dla piękna, które z niej emanuje. Chociaż w powrocie do już przeczytanych książek jest pewna sprzeczność.

- Co masz na myśli, Isaiah – wtrąciła się tante Aline.

- Książki, która nie zasługuje na ponowne przeczytanie, nie warto było czytać w ogóle. – Spojrzał na swoich gości (...) ale dopóki  jej nie przeczytamy, nie wiemy, czy zasługuje na drugie czytanie. Takie okrutne jest życie”. 

To książka przedziwna. 

Przypominająca momentami kilku innych bliskich mi autorów i jednocześnie jedyna, wyjątkowa. Nikt dotychczas takiej książki nie napisał... 

Wielowątkowa i jednocześnie na jeden temat. 

Nie daje zasnąć poźno w nocy, po to, by obudzić w jej środku, w niepokoju o kolejne słowa, które w następnej linijce mogą przenieść Cię, w ramionach narracji, o całe wieki wstecz, stawiając  znaki równości pomiędzy wydarzeniami odległymi od siebie o stulecia. 

To książka o tym, że wszystko w jednej chwili może nam zostać odebrane. Wszystko, bez wyjątku, to, co posiadamy i w czego posiadaniu jestesmy, każde z nich z osobna, pojedynczo, konsekwentnie, pozostawiając nas bezradnymi, w rozpaczy, chorobie, szaleństwie, nienawiści. 

I jednocześnie o tym,  że posiadając wszsytko życ nie potrafimy, nie potrafimy być  szczęśliwi, bo nie urodziliśmy się po to, żeby nimi być. 
 
Planowałam sobie jej lekturę na wakacje, kiedy w założeniu mam mieć więcej czasu. Leżała tak miesiąc, może dwa, w pobliżu, była jedną z pierwszych rzeczy, które widziałam po obudzeniu i w każdym momencie wejścia do sypialni: kusiła i jednocześnie troche odpychała,  onieśmialała. Wystarczyła chwila nieuwagi, powiedziała sobie zajrzę do niej tylko na chwilę, przeczytam tylko pierwszą stronę, zobaczę... i przepadłam po pierwszym zdaniu. Nie potrafiłam już jej odłożyć  i zapomnieć na jakiś czas.   

To książka, w których słowa żyją własnym życiem, według reguł podyktowanych przez autora. I niby zawsze tak jest, a jednak nie. Bo nagle reguły sprzeczne z tymi, do których przywykliśmy, wydają się najbardziej naturalne, a słowa żywe, pełne emocji.

„Wyznaję”
Jaume Cabré
 
 


Dorsz w sosie estragonowym 

Składniki:
400 g świeżego dorsza bez skóry
sól, pieprz, sok z limonki lub cytryny, trybula, zielona pitruszka 

Na sos:
1 łyżka oliwy
1 łyżka posiekanego drobno czosnku
5 łyżek białego wina (użyłam Pinot Blanc)
1 łyżka posiekanego drobno świeżego estragonu
1 łyżka gęstej śmietany do sosów
1 łyżka masła
2 łyżeczki miodu
2 żółtka
2 łyżki wody
sól, pieprz 

Przygotowanie:
1.       Nagrzewamy piekarnik do temperatury 180 stopni.
2.      Oczyszczoną, osuszoną rybę układamy na dużym kawałku folii aluminiowej. Posypujemy solą i pieprzem, skrapiamy sokiem z cytryny, ukłądamy na wierzchu łodyżki pietruszki, posypujemy trybulą. Zawijamy możliwie szczelnie ale nie ciasno. Aromaty muszą móc krążyć wewnątrz. Wstawiamy do piekarnika, pieczemy bez nawiewu 20 minut.
3.      W połowie pieczenia ryby przygotowujemy sos.
4.      Na oliwie podduszamy czosnek, nie może zbytnio się przyrumienić. Zalewamy go winem, zwiększamy moc silnika odparowujemy , tak, aby płynu pozostało mniej więcej 2 łyżki. Dodajemy masło, miód, estragon i śmietanę. Mieszamy dokładnie. Zmniejszamy gaz. Dodajemy żółtka, mieszamy energicznie, zdejmujemy z palnika. Dodajemy gorącą wodę, mieszamy ponownie, doprawiamy solą i pieprzem, podajemy natychmiast razem z chrupiącymi ziemniaczanymi talarkami. 
 

Smacznego!

środa, 22 maja 2013

Scaloppine alla pizzaiola i oliwkowe purée.


 

 
Odkurzam kuchenne półki. Delikatnym ślizgiem szmatki unicestwiam ślady upływającego czasu. Nie jestem przesadnie pedantyczna. Wiem, że powinnam robić to częściej. Każdy drobiazg, choć nie ma ich dużo, waży znacznie więcej niż w rzeczywistości i ma za sobą naprawdę długą drogę. Z Zielonego Wzgórza, Zamoyskiego po dziś, tutaj, teraz...
 
Z szufladki ręcznego młynka wysypuje się resztka zmielonej nie wiadomo jak dawno temu kawy. Pamiętam jeszcze kiedy i gdzie go kupiłam.
 
- Jaki piękny ma pani płaszcz... – powiedziała moja ulubiona sprzedawczyni w sklepie z herbatą. Zieloną piłam wtedy w ogromnych ilościach a płaszcz wisi do dziś na wieszaku w starej szafie. Wciąż zastanawiam się, czy znowu wróci do łask mody. I wciąż pamiętam, że podziękowałam za komplement, to zasługa tego kołnierza powiedziałam jeszcze.
 
Zieloną herbatę i świeżo mieloną kawę.  
 
Kolej na stawiającą opór szmatce maszynkę do spieniania mleka. Okoliczności nabycia wyostrzone w pamięci jak ołówek szkicowy, dokładny i bezbłędny. Sentyment pokryty warstwą kurzu na słojach i słoiczkach, na ulubionej cukierniczce, jednej z trzech w ciągłym użyciu. Po co ich aż tyle w jednej kuchni? Doprawdy, nie wiem.  
 
Czas na książki, trzymane w możliwie największej odległości od serca kuchni, płyty grzewczej. A tak mi się marzy kuchnia gazowa. Może kiedyś.  
 
Tymczasem reaktywujemy stare kuchenne meble zmieniając klamki. Zobaczysz, jak będzie pięknie przekonuję cud-męża. On trochę nie wierzy w mój entuzjazm. Chciałaś przecież ją powiększyć. Tak, ale to wymaga nakładów. A klasyczne białe meble mogą tak jeszcze stać z dziesięć lat. Wymienimy blaty i kaloryfer, i jeszcze tylko piekarnik, i płytę i wystarczy. Jedna zazdroska potrafi zmienić tak wiele. Lubię moją kuchnię. Strasznie ją lubię. Nawet bez zmian, które w planach. Bo to atmosfera rozpływająca się w jej zapachach jest ważniejsza. Patrzę na nią moimi oczami uwielbienia dla wszystkiego co się tu wydarza. Procesów  tworzenia, odtwarzania, odgrzewania i podgrzewania... Tyle codziennych zdarzeń, spotkań, plam na obrusie i rozmów popijanych gorącą herbatą z cytryną i miodem, którą parzę w dużym dzbanku, tak żeby wystarczyło dla wszystkich. Szelest liści za oknem, śpiew ptaków na śliwie i lisy, zjadające kocią karmę tuż za progiem werandy. Zapach czosnku i pomidorów, drożdżowego ciasta i brownie. Wielka siła przyciągania. 
 
Lubicie swoje kuchnie? 
 
Ja lubię też kuchnie naszych przyjaciół. I nie jest ważne, jakiej marki meble czy sprzęt się tam znajduje ale świadomość, że każdy posiłek przygotowywany jest z wielkim entuzjazmem, radością i chęcią podzielenia się. Pamiętam historię wybitej ściany i tej, na której tynk zeskrobywano godzinami. Pewną mikroskopijną kuchnię w Bydgoszczy, gdzie wujek Marek lobi najlepse tosty z zółtym selem.
 
Dziś zapraszam Was na prawdziwie włoski obiad. Niezwykle prosty, szybki i łatwy w przygotowaniu. Przepis na scaloppini i sos pomidorowy pochodzi z książki Tessy Capponi, która na kilka długich godzin pozwoliła mi się przenieść w inny wymiar, toskańskiej rzeczywistości. Zamarzyła mi się podróż do tych miejsc, najlepiej teraz, natychmiast. Tymczasem musiały wystarczyć kuchenne wariacje na temat. Oliwkowe purée wymyśliłam sobie sama, wydawało mi się, że dobrze będzie tu pasowało. Miałam  nosa. Polecam gorąco. Izo, Krzysiu – wiem, że Wy na pewno spróbujecie. To także z myślą o Was ten wpis i przepis.


 

Scaloppine alla pizzaiola 

 
Składniki:
700 g młodej wołowiny (zrazówki)
1 szkl. sosu pomidorowego
2 czubate łyżeczki suszonego oregano
4 łyżki oleju lub oliwy z oliwek
1 łyżka kaparów
250 g mozzarelli
sól, pieprz 

 
Przygotowanie:
1.       Mięso kroimy w ciennkie plastry, lekko zbijamy.
2.      Na dużej patelni obsmażamy mięso na oleju, aż puści cały sok i ładnie się zrumieni, solimy.
3.      Polewamy mięso sosem pomidorowym, posypujemy oregano, zmniejszamy ogień i dusimy pod przykryciem około 20 minut (lub do miękkości).
4.      Pięć minut przed końcem gotwania ukłądamy na każdym kawałku z osobna plasterki sera. Patęlnię znowu przykrywamy i odczekujemy aż ser się rozpuści.
5.      Przed podaniem posypujemy kaparami i szczyptą świeżo zmielonego pieprzu.
 
Zimowy sos pomidorowy 
 
Składniki:
1 ½ kg świeżych pomidorów lub odpowiednia ilość pomidorów w zalewie albo 1 litr przecieru
4 średnie cebule
1 marchew
1 kawałek selera nasiowego (nie można go zastąpoć selerem korzeniowym, więc jeśli nie mamy naciowego, to trudno)
2-3 ząbki czosnku
5 łyżek oliwy z oliwek
1 łyżka suszonej bazylii lub garść świeżej
½ pęczka zielonej pietruszki
sól, pieprz, cukier 
 
Przygotowanie:
1.       Pomidory sparzamy, obieramy ze skórki (jeżeli używamy żwieżych) i kroimy na kawałki.
2.      Oczyszczamy i kroimy na kawałki pozostałe jarzyny.
3.      Do garnka o grubym dnie wrzucamy pomidory, jarzyny, obrany czosnek, zieloną pietruszkę, bazylię i oliwę. Mieszamy dokładnie.
4.      Gotjemy na łagodnym ogniu przez mniej więcej 1 godzinę,  pod przykryciem, mieszając od czasu do czasu.
5.      Po tym czasie sos studzimy, rozdrabniamy mikserem i/lub przecieramy przez sito.
6.      Stawiamy z powrotem na gazie, dodajemy sól, pieprz i łyżeczkę cukru (dla złagodzenia kwaśnego smaku, który jest w pomidorach), i gotujemy na łagodnym ogniu jeszcze przez godzinę.
7.      Aby przygotować scaloppine alla pizzaiola potrzebujemy połowę porcji sosu pomidorowego z powyższych składników. Resztę zamrażamy na później lub gorący przelewamy do wyparzonych słoików i przechowujemy na później.
 
Przepisy na scaloppine i sos pomidorowy pochodzą z książki Tessy Capponi-Borawskiej „Moja kuchnia pachnąca bazylią”.
 
Oliwkowe purée 

 
Składniki: dla 2 osób
2 ząbki czosnku
40 g zielonych oliwek bez pestek
1 łyżeczka bazyliowego pesto
2 łyżki oliwy
375 g ugotowanych w osolonej wodzie ziemniaków
2 łyżki gęstego jogurtu naturalnego
1 łyżeczka majonezu
pieprz 

 
Przygotowanie:
1.       Oliwki miksujemy z oliwą, pesto i czosnkiem.
2.      Łączymy je z ugotowanymi ziemniakami i ucieramy z jogurtem i majonezem na gładkie purée. Doprawiamy. Podajemy.
 
Smacznego!

niedziela, 19 maja 2013

Czy marchewka może być szkodliwa ?


 
...zastanawiałam się obserwując synka drugiego pochłaniającego kolejny kawałek ciasta. Marchewkowego, oczywiście.
 
To oczywiście żart. Jeśli coś mogłoby mu zaszkodzić to raczej cukier. A tytuł postu wziął się z potrzeby zwrócenia uwagi na ten oto przepis. No bo właściwie, ciasto marchewkowe? Żadna sztuka, żadna nowość. A jednak w końcu udało mi się trafić na taki przepis, który zrealizowany, zachwyca bezwarunkowo wszystkich.  Uwielbiają go dzieci, może stać się nawet tortem urodzinowym zaniesionym do przedszkola, dorośli nie mogą odmówić sobie kolejnego kawałka, potem jeszcze jednego i jeszcze...
 
Przyznaję, ilość cukru, tłuszczu i wreszcie proszku z sodą może zastanowić przy pierwszej lekturze przepisu. Ale to naprawdę duża porcja. I od czasu do czasu warto zaszaleć.
 
Ciasto jest konkretne w smaku, barwie i aromacie, bardzo wilgotne i puszyste. Uzależniające. Polecam gorąco. Szczególnie teraz, kiedy wciąż czekamy na świeże truskawki, brzoskwinie, morele czy maliny w rozsądnych cenach. Tych, którzy jakimś cudem nie próbowali jeszcze ciasta marchewkowego spieszę zapewnić, że marchewki w nim nijak wyczuć się nie da. A tym, którzy lubią takie warzywne eksperymenty polecam ciasto pietruszkowe. Wiem, że wielu z Was próbowało i bardzo je lubi.
 
Pogodnego świętowania Wam życzę.
 
 

Ciasto marchewkowe  

Składniki:
1 szklanka oleju (200g)
4 jajka
400 g marchewki (4 duże)
2 szkl. mąki (300 g)
2 szkl. cukru (300 g)
2 łyżeczki proszku do pieczenie
2 łyżeczki sody oczyszczonej
szczypta soli
ok. 60 g orzechów włoskich
ok. 75 g rodzynek
200 g konfitury morelowej*
 
*w przepisie, który dostałam (Lila, dzięki Ci wielkie) nie było konfitury morelowej. Dodałam ją od siebie, bo potrzebowałam jązużyć, a ciekawa byłam tego połączenia. Wyszło rewelacyjnie. Pominęłam orzechy, bo dzieci nie przepadają za naimi w cieście a rodzynek akurat nie było. Jeśli zdecydujemy się na rodzynki to rezygnujemy z moreli i odwrotnie.  

Przygotowanie:
1.       Ucieramy marchewkę na tarce jarzynowej.
2.      Jajka ucieramy z cukrem na gęstą puszystą masę.
3.      Nagrzewamy piekarnik do temperatury 180 stopni.
4.      Do ubitych z cukrem jajek dodajemy stopniowo mąkę i następnie olej.
5.      Dodajemy marchewkę, proszek do pieczenia, sodę, orzechy i namoczone i odsączone rodzynki. (Jeśli zdecydujemy się zastąpić rodzynki konfiturą dodajemy ją na końcu).
6.      Ciasto wylewamy do foremki o wymiarach 35-25 cm, wyłożonej pergaminem.
7.      Pieczemy około 50-55 minut bez nawiewu.
8.      Powystygnięciu polewamy polewą z białą lub gorzką czekoladą.
 
 


Smacznego!

środa, 15 maja 2013

Wiosenne pesto, pokrzywy i pęczak.

 
 

Ptasi śpiew rozpływa się w chłodnym powietrzu poranka. Wychodzę z psem do parku.  Budzę rosę niezdarnym krokiem. Chłód chwyta mnie w objęcia. Taka wiosna. Ale wiosna. Cieszę się tą chwilą. Tak ich niewiele. Tylko dla mnie.   
Zrywam pokrzywy. Parzę sobie nimi ręce. Nic to. Po powrocie do domu wielki bukiet pokrzyw wkładam do dzbanka. Wystarszy na pesto i herbatę.
 
Dziś polecam Waszej uwadze iście wiosenne pesto. Czas na nie idealny. Kiedy pokrzywy młode, przed kwitnieniem, a mięta aromatyczna i szparagi dostępne. Polecam gorąco.

 
 

Wiosenne "risotto" 

Składniki:
100 g pęczaku
400 g wody
350 g szparagów
3-4 ząbki czosnku
oliwa i masło do podduszenia 

Na pesto:
3 łyżki posiekanych liści pokrzywy
2 łyżki posiekanych liści mięty
3-4 łyżki oliwy
2 łyżki soku z limonki
1-2 łyżki uprażonych płatków migdałowych lub pestek dyni
1 łyżka parmezanu
trybula, sól, pieprz
 
Przygotowanie:
1.       Przygotowujemy pesto. Gałązki pokrzywy polewamy wrzątkiem  (w ten sposób ją unieszkodliwiamy). Osuszamy, oddzielamy listki, siakamy je razem z miętą. Miksujemy z oliwą i sokiem z limonki, doprawiamy. Na końcu dodajemy uprażone płatki migdałów lub pestki dyni i parmezan. Delikatnie mieszamy.
2.      Przygotowujemy kaszę. Do garnka o grubym dnie wsypujemy kaszę, zalewamy ją zimną wodą, solimy i gotujemy na średnim ogniu, pod przykryciem, przez 20 minut, mieszając od czasu do czasu. Aż cała woda się wchłonie a kasza będzie kremowa.
3.      Odłamujemy końcówki szparagów, kroimy na mniejsze części.
4.      Na maśle z oliwą podduszamy płatki czosnku. Dodajemy szparagi. Podduszamy.
5.      Dodajemy pesto do kaszy podczas ostatnich 2 minut gotowania. Mieszamy dokładnie.
6.      Na końcu, tuż przed podaniem łączymy ze szparagami. Posypujemy serem. Podajemy.
 


Smacznego!