piątek, 25 marca 2016

Sałatka warstwowa w szklaneczkach.




To już ostatnia wielkanocna propozycja tego roku. Pozostaje mi już tylko złożyć Wam świąteczne życzenia.

Jak pokazują wydarzenia ostatnich dni w Belgii to właśnie spokoju życzymy sobie teraz najczęściej i najbardziej. Kochani, życzę Wam także Dobrego Przeżywania, ukochanych ludzi wokół, ciepła, słońca i światła oraz aby poczucie odnowy i odrodzenia towarzyszyło nam w każdym dniu, z tych, które przed nami.

Anna 



Sałatka warstwowa w szklaneczkach

Składniki:
200 g zielonego ogórka (poza sezonem najlepiej bio)
300 g świeżego ananasa (można zastąpić tym z puszki)
3 jajka
1 awokado
250 g surowego łososia
kilka kromek czerstwego pieczywa
masło klarowane i 1 ząbek czosnku do przygotowania czosnkowych grzanek

Na sos:
ząbek czosnku
300 g gęstego jogurtu naturalnego
1 łyżeczka chrzanu ze słoiczka
pęczek koperku
sól, pieprz

Przygotowanie:
1. Przygotowujemy sos mieszając wszystkie składniki. Jeżeli jogurt jeszcze przed połączeniem z pozostałymi składnikami wydaje nam się zbyt wodnisty, przelewamy go chwilę wcześnie na sitko wyłożone gazą i pozostawiamy do odcieknięcia.
2. Łososia pieczemy na parze. Oprószamy solą, pieprzem i skrapiamy cytryną. Odstawiamy do przestudzenia.
3. Ogórka, ananasa i awokado kroimy w kostkę, przekładamy do osobnych miseczek. Pokrojone awokado skrapiamy sokiem z cytryny i posypujemy lekko solą, a do miseczki wkładamy też pestkę z awokado - w ten sposób nie stanie się ciemne.
4. Jajka gotujemy na twardo, studzimy, kroimy w kostkę.
5. Kromki chleba kroimy w kostkę. Na patelni rozgrzewamy masło, przekładamy czosnek posiekany drobno, chwileczkę szklimy, dokładamy pokrojone pieczywo, mieszamy, pozostawiamy do zrumienienia, mieszając od czasu do czasu.
6. Przygotowujemy 4 szklaneczki. Na dnie każdej wykładamy kolejno awokado, ananas, ogórek i jajko, na każdej z warstw wykładając po łyżeczce sosu. Na koniec, na wierzchu układamy pokrojonego łososia. Tuż przed podaniem posypujemy czosnkowymi grzankami. Podajemy.





czwartek, 24 marca 2016

Mazurek brzoskwiniowo-karmelowy.




Tej Wielkanocy niestety nie mam dla Was zbyt wielu typowo świątecznych propozycji. Mam jednak nadzieję, że to, co już zostało opublikowane i tych kilka przepisów z ostatnich dni będą jednak, przynajmniej dla niektórych z Was ciekawą inspiracją.

Jak zapewne zauważyliście, Addio zmieniło adres. Blog ma swoją domenę i choć zmiana ta kosztowała mnie całkiem sporo nerwów, to dopiero ich początek, zapewne rozciągniętych w czasie - ale nieuniknionych.

Zapraszam Was dzisiaj na pysznego mazurka, który poza świątecznym sezonem może być tartą na kruchym spodzie. Polecam gorąco!


Mazurek brzoskwiniowo-karmelowy

Składniki:
200 g mąki
120 g masła
75 g drobnego cukru
1 żółtko
1 łyżka kwaśnej śmietany
szczypta soli
1 łyżka likieru amaretto lub zimnej wody

Ponadto:
1 duża puszka brzoskwiń
90 g cukru

Przygotowanie:
1. Przygotowujemy ciasto. Mąkę z solą siekamy z masłem, cukrem, śmietaną i żółtkiem. Wyrabiamy ciasto, dodajemy likier lub wodę, tyle ile ciasto zabierze. Ciasto wykładamy do podłużnej lub okrągłej foremki na tartę o średnicy 24 cm.  Foremkę smarujemy wcześniej masłem. Wstawiamy do lodówki na czas nagrzewania się piekarnika.
2. Piekarnik nagrzewamy do temperatury 175 stopni. Spód tarty pieczemy około 30 minut.
3. Przygotowujemy masę brzoskwiniową. Brzoskwinie miksujemy na gładką masę. Przelewamy do garnka i odparowujemy przez około 30 minut, mieszając co jakiś czas.
4. Pod koniec odparowywania brzoskwiniowego musu na patelnię o grubym dnie przesypujemy cukier. Potrząsając patelnię wyrównujemy jego powierzchnię. Pozostawiamy na średnim ogniu, obserwując, ale nie mieszając pod żadnym pozorem. Cukier zacznie się pienić, powstaną bąbelki aż w końcu powstanie karmel, oprzyjmy się pokusie mieszania w trakcie. Gorący karmel przelewamy do gotującego się brzoskwiniowego musu. Mieszamy dokładnie. Na tym etapie możemy dodać też aromat waniliowy lub esencję waniliową. Mus przelewamy na spód, wyrównujemy, odstawiamy w chłodne miejsce. Najlepiej smakuje na drugi dzień.
 


 
 
Smacznego!

środa, 23 marca 2016

Jajka faszerowane krewetkami w kokosowej skorupce.




Stało się to, czego baliśmy się wszyscy, my - mieszkańcy Brukseli. Że zaatakują, że w metrze, na stacji w okolicy instytucji, z chwili gdy wszyscy jadą do swoich zajęć...

Nim tragedia będzie już tylko newsem powtarzanym bez końca, jest czas na rozpacz i smutek. Tylko dlaczego, zawsze gdy słyszę, że trzeba teraz żyć normalnie, dłonie zaciskają mi się w pięść?

Powiedzcie to tym, którzy już nigdy nie zobaczą swoich bliskich i już zawsze będą żałować, że tego ranka nie powiedzieli im, jak bardzo ich kochają...





Jajka z krewetkami pod kokosową skorupką 

Składniki:
3 łyżki bułki tartej
1 łyżka wiórków kokosowych
3 jajka
200 g małych ugotowanych i pokrojonych krewetek
skorka otarta z ½ cytryny
1 łyżeczka soku z cytryny
sól, pieprz
1 posiekana i zeszklona na maśle szalotka
1 łyżka majonezu
1 – 2 łyżki gęstego jogurtu naturalnego
1 łyżka posiekanej kolendry lub natki pietruszki 

Ponadto:
mąka
1 roztrzepane jajko 

Przygotowanie:
1.       Jajka gotujemy na twardo. Studzimy.
2.      Nieobrane przekrajamy ostrym nożem wzdłuż na pół. Wyjmujemy delikatnie ze skorupek, starając się ich nie naruszyć – będą nam jeszcze potrzebne.
3.      Białka i żółtka dokładnie rozdrabniamy widelcem, mieszając z pozostałymi składnikami, do uzyskania jednolitej masy. Doprawiamy. W razie potrzeby dodajemy więcej majonezu lub jogurtu.
4.      Skorupki jajek wypełniamy masą krewetkową.  
5.      Do trzech talerzyków wykładamy osobno roztrzepane jajko, mąkę i bułkę tartą wymieszaną dokładnie z wiórkami kokosowymi.
6.      Połówki jajek zanurzamy kolejno w mące, jajku i bułce. Smażymy. Podajemy.

wtorek, 15 marca 2016

Pasztet z soczewicy, batatów i kiszonej kapusty.


 
 

Zapraszam Was dziś na pyszny pasztet z dość nietypowym składnikiem. Przyznać muszę, że kiszona kapusta ze swoją kwaskowością i wilgotnością jest do pasztetów bezmięsnych wprost stworzona. Całość doprawiamy przede wszystkim kuminem, lubczykiem i kolendrą, do tego suszone pomidory dla słodyczy i piorunujący efekt gotowy. Jeśli upieczemy nasz pasztet w małych babeczkowych foremkach – efekt wow! murowany. Polecam naprawdę bardzo gorąco.
 

 


Pasztet z batatów, soczewicy i kiszonej kapusty z suszonymi pomidorami

Składniki:
100 g czerwonej soczewicy
1 jabłko (o wadze 150 g przed obraniem)
1 mały batat (200 g)
60 g szalotki
200 g kiszonej kapusty
1 łyżeczka oliwy
1 łyżeczka miodu
1 łyżka klarowanego masła + odrobina do podduszenia szalotki
1 żółtko
2 łyżki suszonych pomidorów
kozieradka, kolendra (suszona i ziarna roztarte w moździerzu), mielony liść laurowy, kumin, lubczyk, sól i pieprz do smaku
 
Przygotowanie:
1.       Gotujemy soczewicę.
2.      W czasie, gdy soczewica się gotuje, siekamy szalotkę, obieramy jabłko i batata i kroimy je w dużą kostkę.
3.      Rozgrzewamy masło na patelni, przekładamy szalotkę, solimy a kiedy się zeszkli dodajemy jabłko i batata. Mieszamy, pozostawiamy na małym ogniu do miękkości. Pod koniec dodajemy dość dobrze (choć bez przesady) odciśniętą kapustę (możemy ją wcześniej pokroić by skrócić czas miksowania całości). Dodajemy przyprawy.
4.      Soczewicę odcedzamy. Przekładamy do misy blendera. Dodajemy do niej kapustę z jabłkiem oraz suszone pomidory. Miksujemy do uzyskania jednolitej konsystencji.
5.      Dodajemy żółtko, oliwę, masło klarowane i miód. Doprawiamy.
6.      Nagrzewamy piekarnik do temperatury 180 stopni.
7.      Przekładamy do natłuszczonych foremek. Doskonale sprawdza się tu foremki do babeczek lub do muffinek.
8.      Foremki wypełnione pasztetem wstawiamy do piekarnika i pieczemy ok. 20-25 minut, zależnie od ich wielkości.
9.      Podajemy posypane uprażonymi na suchej patelni ziarnami słonecznika i natką pietruszki.

 
 





Smacznego!

sobota, 12 marca 2016

Jajka faszerowane. Z tahini.



Wieczorami niebo wybarwia się krwistą czerwienią. Zupełnie jak sycylijskie pomarańcze. Wychylając się zza połaci okna zachłystuję się mroźnym powietrzem. W naszym ogrodzie zaczęła kwitnąć śliwa. Czy przetrzyma ten nocny ziąb?

Łapczywie wypatruję oznak wiosny, by już móc zacząć się nią cieszyć. Przypomina to trochę aktywność dobrze znaną z dzieciństwa – oczekiwania na pierwszą gwiazdkę. I może trochę tak jest, że to przedwiośnie - czas oczekiwania i wypatrywania, może czasami sprawić wiele radości. Czy więcej, niż sama wiosna? Może trochę tak? Jeśli weźmie się pod uwagę, że na ten zachwyt nad wiosną, gdy już przyjdzie, nie mamy w codziennym zabieganiu, zbyt wiele czasu? Przedwiośnie, ze swoją tęsknotą, refleksją i obietnicą, ma w sobie coś niezwykłego. Cieszmy się nim, nim pękną pąki magnolii a ptaki, miast śpiewaniem, zajmą się wiciem gniazd.

Rozpoczynamy przygotowania do Wielkanocy. Dziś propozycja faszerowanych jajek, których nigdy nie braknie na świątecznym stole. Polecam gorąco!




Jajka faszerowane z tahini 

Składniki:
2 jajka
2 łyżeczki tahini
1 łyżeczka soku z cytryny
½ łyżeczki miodu
½ łyżeczki miodu
sól, pieprz
świeża kolendra
 
Ponadto:
1 łyżka miodu
½ łyżki wody
3 łyżki sezamu 

Przygotowanie:
1.       Jajka gotujemy na twardo. Studzimy.
2.      Obieramy, przekrajamy wzdłuż na pół. Wyjmujemy żółtka, które rozdrabniamy dokładnie widelcem z pozostałymi składnikami. Doprawiamy. Faszerujemy.
3.      Prażymy sezam na suchej patelni. Studzimy. Miód mieszamy dokładnie z wodą.
4.      Połówki jajek wypełnione masą z tahini smarujemy z wierzchu miodem połączonym z wodą i obtaczamy w uprażonym sezamie. Jeżeli przygotowujemy jajka z wyprzedzeniem, możemy je tuż przed podaniem opiec w piekarniku. Podajemy.
 


Smacznego!

środa, 9 marca 2016

Wyborne tiramisu sanguinello.




O tym, że tiramisu to najlepiej sprzedający się deser na świecie zapewne już wiecie, pisałam zresztą o tym tutaj (link dla tych, którzy chcieliby poznać historię powstania deseru).

Stali czytelnicy Addio wiedzą, że oprócz słabości do jabłeczników mam także szczególną słabość do przeróżnych wariacji tiramisu. Rzeczywiście powstało ich już kilka, choćby wersja cytrynowa, czekoladowo-miętowa z truskawkami, marcepanowabez jajek, że o wytrawnej z łososiem nie wspomnę J 

Wersja, która prezentuję Wam dzisiaj, z całą pewnością podniosłaby jeszcze w znacznym stopniu sprzedaż tiramisu. Piszę to z pełną odpowiedzialnością, Ci którzy mieli okazję jej spróbować byli jednoznaczni w swoich ocenach: Wyborne! Wybitne! Może i Wy się skusicie? Polecam gorąco!

 


Tiramisu sanguinello 

Składniki: na 10 porcji
750 gr sera mascarpone
8 jajek ale tylko 6 białek
200 gr cukru miałkiego - do wypieków (lub cukru pudru po prostu)
70 ml likieru amaretto
ciastka biszkoptowe do tiramisu (duża paczka) 
ciasteczka amaretti do dekoracji 

Dodatkowo: do nasączenia
1 szkl. herbaty (użyłam białej)*
3 łyżki Amaretto
1 łyżeczka soku z cytryny
3 łyżki syropu ze skorki pomarańczowej** 

Ponadto:
6 małych krwistych pomarańczy
2 łyżki cukru trzcinowego
3 łyżki Amaretto
garść niesolonych pistacji 

*użyłam białej herbaty z aromatem tajskiej cytryny i granatu, ale można ją zastąpić niezbyt mocną herbatą o niedominującym smaku

**syrop ze skorki krwistej pomarańczy przywiozłam z Sycylii, można zastąpić go tutaj sokiem z pomarańczy i miodem (wówczas do nasączenia używamy: ½ szkl. lekkiej herbaty, ½ szkl. soku z pomarańczy, 1 łyżki miodu, 1 łyżeczki skorki pomarańczowej, 1 łyżeczki soku z cytryny i 3 łyżki Amaretto) 

Przygotowanie:
1. Pomarańcze obieramy, kroimy w plasterki o grubości ok. 4-5 mm. Zasypujemy cukrem i zalewamy Amaretto. Odstawiamy przykryte w lodowce.
2. Zaparzamy herbatę. Dodajemy pozostałe składniki potrzebne do nasączenia biszkoptów. Studzimy.
3. Ubijamy 6 białek na sztywną pianę, można z dodatkiem szczypty soli.
4. Osobno ubijamy żółtka z cukrem, likierem, potem dodajemy partiami ser, na końcu łączymy delikatnie z ubitą pianą, kręcimy zawsze w jedną stronę.
5. Przygotowujemy foremki.
6. Nasączamy biszkopty w przygotowanej wcześniej herbacie z dodatkami, kładąc je na dnie foremki zawsze cukrem do góry, przekładamy kremem. Możemy ułożyć jeszcze drugą warstwę z nasączonych biszkoptów i kremu, wedle uznania i foremek, których do tego używamy.
7. Foremkę/foremki wstawiamy do lodówki na minimum 3 godziny.
8. Przed podaniem dekorujemy nasze tiramisu pomarańczami, pokruszonymi ciasteczkami amaretti, pistacjami i sokiem z pomarańczy, który się wytworzył podczas leżakowania owoców.













Smacznego!

wtorek, 8 marca 2016

Ciasto cytrynowe Sinead.





„Pukać do pokoju!” przyklejone do drzwi pokoju synka pierwszego. N ścianie odklejający się w lewym rogu plakat BMW i8 (kiedy pytam o ten model synka słyszę w odpowiedzi informacje o imponujących osiągach). Synek drugi tuz przy głowie przykleił sobie mapę, na wysokości nóg zaś, a jakże – polska reprezentacje piłki nożnej. Poza zasięgiem ramion ale wciąż w zasięgu wzroku ma plakaty pozostałych idoli footballu. Nietrudno zgadnąć – jakich. Gdybym zaś miała zacząć wyliczać gwiazdy nad nieboskłonem ściany w pokoju córki pierwszej mogłabym nie kłaść się dziś do łóżka…

Bohaterowie ich czasów. Wzorce i ideały. Ikony?

Jednocześnie, nie mogę sobie przypomnieć plakatów wieszanych nad moim łóżkiem nastolatki. Bo chyba istotnie, nic mi nad głową nie wisiało. Chyba nie tylko dlatego, ze były poza zasięgiem (zdecydowanie łatwiej było wystarać się o naklejki coca-coli…) moich bohaterów miałam poustawianych jak ołowiane żołnierzyki, na półce z książkami. I tak już zostało.

Ile pracy przed nami? Wysiłku, by mieli dobre wzorce, dobry przykład i świadomie kroczyli swoimi ścieżkami? A już za rok córka pierwsza wyruszy na studia… Nie do pomyślenia.

Ciasta przynoszone do pracy maja często swoje historie. To cytrynowe, którego zdjęcia widzicie, przyniosła ze sobą Céline, przepis zaś na nie dostała Céline od Sinead. Dziś dziele się nim z Wami, niech wędruje w świat, powinien, tak jest dobry. Polecam gorąco!


Wszystkiego najlepszego, Drogie Moje.



 
Ciasto cytrynowe Sinead 

Składniki:
150 g masła
200 g cukru pudru (zmniejszyłam do 150 g)
2 jajka
7 g proszku do pieczenia
200 ml mleka w temperaturze pokojowej
190 g mąki 

Dodatkowo do nasączenia:
3 łyżki soku z cytryny
75 g cukru (można zmniejszyć do 45 g) 

Przygotowanie:
1. Masło roztapiamy i studzimy.
2. Jajka ubijamy mikserem z cukrem.
3. Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni. Keksówkę smarujemy masłem i wysypujemy mąką lub tez wykładamy papierem do pieczenia.
4. Do ubitych jajek dodajemy mąkę przesianą z proszkiem, następnie roztopione masło.
5. Na koniec dodajemy mleko, mieszamy tylko do momentu połączenia składników. Przelewamy do keksówki.
6. Pieczemy 40 minut.
7. Pod koniec pieczenia przygotowujemy syrop, rozpuszczając cukier w soku z cytryny.
8. Ciasto upieczone do suchego patyczka nasączamy przygotowanym syropem. Studzimy. Podajemy.

Smacznego!

piątek, 4 marca 2016

Co na kolację?



 

Zdarza się Wam polecać komuś książkę, Waszym zdaniem świetną, genialną, taką z rodzaju zmieniających wiele i zapadających głęboko w pamięć, z przekonaniem, ze na pewno się spodoba i zauroczy, tak jak Was? Bo znacie siebie, swoje gusta, zainteresowania i poglądy, a tu nic! Nie ma chemii, nie ten zapach farby drukarskiej i książka, nieprzeczytana, niedoceniona, wraca na Waszą półkę… Zdarzyło mi się to ostatnio z „Wyznaję” i do dziś nie potrafię pojąć, jak to możliwe… 
 
Chyba już o tym pisałam, ale to właśnie język książki przemawia do mnie najbardziej. Może nawet dlatego nie czytam kryminałów? (Ok, nie lubię się tez bać, ani denerwować a już z całą pewnością nie przesypiać potem nocy z powodu wracających do mnie obrazów zbrodni… To zdecydowanie nie na moją wyobraźnię).  
 
Może właśnie za to lubię książki Szymona Hołowni? Za język błyskotliwy, plastyczny, kreatywny, który jest w stanie dotrzeć, poruszyć? Żywy i giętki przez swą kreatywność. Ze „Świętymi codziennego użytku” nie rozstaję się od początku roku. Lubię po nią sięgnąć, przeczytać mały rozdział, uśmiechnąć się do jej autora i Tego, który go natchnął i prowadzi. Ale nie trzeba być wierzącym, by tę książkę pochłonąć, poświęcić jej czas i przeżywać ją po swojemu. Fragmenty „Świętych” czytam wszystkim, którzy chcą posłuchać dobrego tekstu i niezmiennie spotykam się z entuzjazmem. Polecam wiec ją i Wam,  bo naprawdę warto po nią sięgnąć.   
 
O błogosławionym Edmundzie Bojanowskim pisze Hołownia tak:
„Edmund może być patronem tych, co pędzą do wielkich celów, zapominając, że dobre przeżywanie tak zwanej szarej codzienności przynosi często efekty dużo bardziej spektakularne niż najbardziej spektakularne męczeństwo. Zakolegowanie się z nim może pomóc w nauczeniu się podstawowej w dzisiejszym świecie survivalowej umiejętności: dzielenia rzeczywistości na mniejsze porcje. Wystarczy, że człowiek otworzy dowolne medium, a już pcha mu się na barki cały świat i tysiącletnie perspektywy. Rób tak jak Edmund. Dziś to jest dziś, a nie jutrzejsze wczoraj. Zanurz się w drobiazgach, ale znajdź czas na mszę, na kawę, na lekturę prasy, przestrzeń na to, by do głowy wpadł Ci nowy pomysł. Żyj do wieczora, wieczorem – żyj do rana. Naucz się cieszyć jak dziecko budujące domek z kart z każdego dodanego elementu, a nie całe życie frustruj się, że nie zostaną po tobie piramidy.”
 
I jeszcze na pożegnanie jeden fragment: (o świętej Teresie z Avilla)
„Teresa wymyśliła rzecz najprostszą: wziąć regule, zbiór zasad, którymi powinna się kierować karmelitanka, i potraktować ją serio. To bardzo ważne: nie biec dokądś tam, nie szukać wrażeń ekstra, tylko pójść w głąb tego, co już jest własnym doświadczeniem. Bóg nie „powiedział” i nie ”powie”, On mówi właśnie w tej chwili. Gdyby Teresa była tramwajarką, starałaby się pewnie być najlepszą Henryką Krzywonos na świecie”.  
 
Szymon Hołownia „Święci codziennego użytku”, ZNAK Kraków 2015
 
Znacie to dręczące pytanie? Co na kolacje? No właśnie, co? Kiedy u schyłku dnia gotować się nie chce nic a nic a tu dziatki gorącej strawy czekają? Najłatwiej wówczas sięgnąć po polaczenie smaków najbardziej sprawdzone, może i przaśne ale jakie smaczne i pożywne? Jednym z nich jest dla mnie strawa, która nazywam po cichu zapiekanka ruska, tylko że to po prostu regionalne pyry z gzikiem, no dobrze - okraszone jak trzeba, ale zawsze. Po prostu pyszne! Nie spotkałam jeszcze nikogo, komu by nie smakowały. Może spróbujecie?




Okraszane pyry z gzikiem
 
Składniki:
600 g ziemniaków
200 g chudego wędzonego boczku
300 g twarogu półtłustego
200 ml kwaśnej śmietany
2 średnie cebule
szczypiorek
sól, pieprz 

 
Przygotowanie:
1.       Nagrzewamy piekarnik do temperatury 180 stopni.
2.      Ziemniaki* obieramy, pokrojone w dużą kostkę gotujemy  w osolonej wodzie przez 12 minut.
3.      Foremkę żaroodporną smarujemy cieniutką warstwą oliwy.
4.      Ziemniaki pieczemy przez kwadrans.
5.      W tym czasie na suchą patelnie wykładamy boczek. Pozwalamy, żeby tłuszcz się wytopił. Boczek przekładamy na talerz.
6.      Na tej samej patelni podduszamy pokrojoną w drobną kostkę cebulę. Solimy – wówczas cebula szybciej zmięknie.
7.      Polowe cebuli łączymy ze śmietaną, resztę z twarogiem. Doprawiamy solą i pieprzem.
8.      Upieczone i jeszcze gorące ziemniaki posypujemy boczkiem i twarogiem. Podajemy posypane szczypiorkiem, ze śmietaną z cebulą. 
 
*można wykorzystać ziemniaki z poprzedniego dnia, świetnie w tej kompozycji smakują podsmażane

 


Smacznego!

wtorek, 1 marca 2016

Czy facet potrafi ugotować sos pomidorowy?




Potrafi obliczyć asymptotę poziomą hiperboli o 6:30 rano (w obliczu takich okoliczności można śmiało pozwolić sobie na stwierdzenie, że robi to z zamkniętymi oczami).

Sprawnie stosuje technikę przeciwskrętu na motorze z pasażerem, (czyli mną) na plecach.

Do swojego mini warsztatu sprowadził imadło obrotowe (zwykle nie spełniałoby oczekiwań) i nie zawahał się go użyć (i to nie raz, nie dwa już!)

Doprawdy nie wiem, jak to możliwe, ale sam – tymi własnymi ręcami, przeprowadził skutecznie (bo działa do dziś) design & implementation studzienki kanalizacyjnej/odpływowej lub obu jednocześnie (co do nazwy nie spierajmy się – nie można być doskonałym we wszystkim). Maintenance tego wiekopomnego dzieła to dla niego pajda chleba ze smalcem (bułka z masłem nie brzmi wystarczająco męsko).

Transmisja niewidocznych pakietów zaszyfrowanych to jego codzienność (no jak są niewidoczne i do tego szyfrowane to ja naprawdę nie wiem, jak on to robi).

Podobnie - zastosowanie algorytmów heurystycznych.

Opracował do perfekcji wiele praktycznych zastosowań zasady zachowania energii, (ale żeby nie było – bardzo pomaga w domu. Poważnie!)

Ocieplenie garażu na 2 samochody ognioodpornymi materiałami to dla niego pestka. Projekt zajął miesiąc, no - może dłużej, to działanie jednak na trwale ociepliło atmosferę w pokoju na 1 piętrze.

Potrafi rozpalić ognisko, tudzież - w kominku, połową zapałki (tą lepszą). (Nie potwierdzam, nie zaprzeczam, nie ogrzewałam się akurat przy takowym).

Dziwnym trafem nadaje na tych samych falach co gps (mnie nie zawsze się to udaje).

Wymiana żarówki ksenonowej w samochodzie z napędem na 4 koła? Proszę bardzo!

Krąży legenda, wedle której potrafi także wymienić koło w wolno jadącym samochodzie (ze swojej strony mogą dodać, że z całą pewnością elementem prawdziwym w tej opowieści jest fakt, iż to ja wcześniej na ten krawężnik najechałam prowokując dalszy bieg zdarzeń). Swoją drogą ciekawe, czy Clarkson już tego próbował?

Ugrał szlemika (będąc ze mną w parze) a to podwójny zaszczyt. (A może to nie ze mną? – bo to rzeczywiście brzmi nieprawdopodobnie…, ale przynajmniej ten jeden raz ugrał na pewno!)

Jego nazwisko znajdziecie w pierwszej setce belgijskiej zawodników GO (myślę, że jego wieloletni sparing partner (kto jest czyim już nie będę wnikać) miałby więcej do powiedzenia o tych jego umiejętnościach, prawda Harry?)

Posiada zadziwiającą zdolność do nieprzyswajania "niepotrzebnych" umiejętności - patrz tu – choćby wiązania krawata (by nie sięgać daleko).

Umiał wywrócić Optymista na pełnej prędkości (nie sprawdziliśmy przy tej okazji, czy umiałby wrócić wpław do brzegu jakieś km albo 3, wysłaliśmy motorówkę z ekipą ratunkową).  Ale tak! Na pewno potrafiłby! Nie daliśmy mu szansy spróbować, właśnie odjeżdżał nasz PKS do domu…

Umiał (dwukrotnie!) zachować zimną krew towarzysząc żonie (czyli mnie) podczas porodu i przeciąć pępowinę, chociaż wszyscy wiedzą, albo właśnie się dowiedzieli, że nie byłby w stanie obejrzeć w całości jednego odcinka Kości czy Dr Housa. (No dobrze, może byłby, ale nie wiem, czy nie wiązałoby to się z koniecznością reanimacji tudzież użycia jednej z tych tradycyjnych metod ratowania życia. Usta-usta?)

Nikt tak jak on nie potrafi przekręcać nazw wszelakich (OK, palmę pierwszeństwa można przyznać także jego mamie, co tylko potwierdza, że nie poszło po wodzie). Szukaliście kiedyś Meridy (nie tej Walecznej) w Kudowie Zdroju? Polecam spróbować, – ale jolalanie ostrzegam – nie da się, chyba że poszukacie Mirandy…

Umie kupić jarmuż (choć wysłania go po fenkuła był nie ryzykowała).

I nie potrafi ugotować sosu pomidorowego…
 
(choć, jak sam twierdzi – umie zasadniczo wszystko) Jak widać, zasadniczo też robi różnicę. Twierdzi konsekwentnie także, że wszystko jest na jego głowie. Wówczas nie ma się co dziwić, że to wszystko staje w takich chwilach na głowie). 
 
OK, wiadomo, że umiejętności ugotowania sosu pomidorowego nie potrafimy wyssać z mlekiem matki. Z czasem, szczególnie w czasach wczesno studenckich, od tej matczynej piersi brutalnie oderwani, uczymy się otwierać słoiki z gotowymi sosami. Nawet ja (nie żebym przeceniała moje zdolności kulinarne, ale ze względu na moje obecne podejście do kwestii gotowych produktów) używałam sosu pomidorowego z torebki (o zgrozo!) lub ze słoika (to drugie zwłaszcza po wypłacie stypendium). Ale było to tak dawno, że dawno minęła data ważności do dalszego przytaczania takich kompromitujących informacji.

Dlaczego akurat sos pomidorowy? 

Pamiętam, że ja sama stawiałam moje pierwsze kulinarne kroki zaczynając od gotowania sosów, w tym przede wszystkim – pomidorowego. Wydaje mi się on dziś absolutną podstawą w naszej codziennej kuchni. Tak wiele dań się od niego zaczyna i tak świetnym posiłkiem jest sam w sobie. Do dziś mam, służącą mi teraz za zakładkę, kartkę wyrwaną z Wysokich Obcasów z przepisem Marty Gessler na sos pomidorowy. To taki mój kulinarny talizman i jednocześnie przypominajka, przywołująca mnie do czasów, w których upieczenie drożdżowych bułek na śniadanie mogło się skończyć tylko w jeden sposób – rzuceniem ich o ścianę jak kamieniem).

Postanowiłam podjąć się tego heroicznego wyczynu i nauczyć cud-męża (któremu zdolności w przeróżnych dziedzinach odmówić nie można, no sami powiedzcie) jak zrobić dobry (nie ustawiajmy na początek poprzeczki zbyt wysoko) sos pomidorowy.

 

Domowy sos pomidorowy

Składniki:
1 l pomidorowej passaty (przecieru pomidorowego)
250 g marchewki (waga po obraniu)
150 g cebuli (1 duża)
1 duża łodyga selera naciowego (ok. 100 g)
2 łyżki oliwy z oliwek
1 łyżka klarowanego masła
sól, pieprz, suszone oregano lub tymianek
szafran w płatkach (odrobina, jeśli brak - można pominąć)

Przygotowanie:
1. Marchewkę obieramy, kroimy w kostkę (nie musi być bardzo drobna). Podobnie postępujemy z cebulą i selerem.
2. Na patelni rozgrzewamy oliwę i masło. Dusimy cebulę, dodajemy marchewkę i seler. Solimy. Mieszamy. Dusimy tak ok. 12-15 minut.
3. Dodajemy passatę, gotujemy kilka minut, dodajemy szafran. Miksujemy. Doprawiamy. Podajemy.





Smacznego!