wtorek, 31 maja 2016

Arancini.




Każdy weekend spędzony poza nawiasem rutyny sprawia wiele radości. Wtedy czuję, że odpoczywam. Że muszę tylko tyle, ile zechcę. Co jakiś czas taka brawura pozwala odzyskać rónowagę. I choć często niewąsko zmęczeni intensywnością wrażeń, możemy obudzić się w poniedziałek z radością i energią. 

Amsterdam, który obeszłyśmy sobie z córką pierwszą, zadziwił jeszcze większą niż zazwyczaj liczbą turystów i tubylców, zgromadzonych na małych skrawkach lądu ukradzionych żywiołowi. Pogoda była piękna, może stąd te tłumy? Gdybyśmy spacerowały dłużej niewiele brakowałoby, żeby po powrocie ojciec rodziny podejrzewał nas o wizytę także i w coffeeshopie. Aromaty cannabis sativa unosiły się na każdym rogu. Ale to była fajna wyprawa. Połączona ze sporą dawką sportowych emocji. Miejsce w połowie stawki uznajemy za całkiem dobre. Za rok kolejny turniej. Jak powiedział trener: I will be back...

Arancini jest świetnym sposobem także na wykorzystanie resztek risotto. Polecam gorąco.



Arancini

Składniki:
100 g ryżu do risotto (np. arborio)
1 mała cebula
1 mały ząbek czosnku
250 ml bulionu warzywnego
50 ml białego wytrawnego wina
100 g obranego bobu, może być mrożony
50 g parmezanu
2-3 łyżki posiekanej pietruszki
ok. 150 g mozzarelli
oliwa z oliwek
sól, pieprz, sok z cytryny do smaku

Ponadto:
1 jajko
bułka tarta
mąka pszenna
sól, pieprz

Przygotowanie:
1.       Na głębokiej patelni rozgrzewamy oliwę. Szklimy cebulę i czosnek.
2.      Dodajemy ryż, mieszamy i pozostawiamy tak, aż stanie się przezroczysty, szklisty (zajmie to około 2 minut).
3.      Dodajemy wino, mieszamy. Pozostawiamy tak, aż wino wchłonie się całkowicie.
4.      Partiami dodajemy bulion, pozwalając, aby wchłonął się całkowicie. Mieszamy często. (Nie powinno to potrwać dłużej niż 15 minut)
5.       Dorzucamy bob, po 1 minucie parmezan i zieloną pietruszkę. Doprawiamy do smaku. Odstawiamy z ognia. Pozostawiamy do wystygnięcia.
6.      Maczamy dłonie w wodzie. Formujemy kulki. W środku każdej z nich umieszczamy o kawałku mozzarelli. 
7.      W garnku rozgrzewamy olej.
8.      Kulki ryżu obtaczamy w mące, następnie w roztrzepanym jajku i w bułce tartej.

9.      Smażymy w głębokim tłuszczu na złoty kolor, osuszamy na papierowym ręczniku. Podajemy. 



Smacznego!

piątek, 27 maja 2016

Chrrrrrupiące bakłażany bez grama tluszczu.




Wychodzenie nocą na taras wchodzi mi w nawyk. Nie zamierzam z nim walczyć. Tak krótko trwają takie noce i tak ich w sumie niewiele. Kiedy tak siadam na schodku z lekkim wiatrem na ramionach wydaje mi się, że dopiero w ciszy nocy świat ma okazję posłuchać własnego oddechu. I cieszę się tą ciszą i wsłuchuję.

Jutro ruszamy do Holandii. Przed nami międzynarodowy turniej piłkarski synka pierwszego. Dziewczynom uda się na chwilę wyrwać na wycieczkę do Amsterdamu. Relacje zdjęciowe na bieżąco na Instagramie.

Życzę Wam pogodnej kontynuacji długiego weekendu, niech się dłuży na nicnierobieniu i odpoczywaniu :-)

Poniższy przepis to jedno z najsmaczniejszych sycylijskich wspomnień. Niby nic trudnego, ani specjalnie odkrywczego - ale efekt zachwycający.




Chrupiące bakłażany 

Składniki: 
1 średni bakłażan
1 jajko
3-4 łyżki mąki pszennej
70 g bułki tartej – najlepiej domowego wyrobu 
2 łyżki tartego parmezanu
1 czubata łyżka posiekanej natki pietruszki
sól, pieprz 

Przygotowanie:
1. Bakłażana myjemy, osuszamy. Kroimy w plastry o grubości ok. 3-4 mm. Posypujemy je solą z obu stron. Odstawiamy na około 30 minut.
2. Opłukujemy je dokładnie, umieszczamy na sicie. Odsączamy każdy plaster z osobna, odciskając bardzo mocno na papierowym ręczniku. Nie bójmy się użyć do tego maksymalnej siły naszych dłoni – należy pozbyć się maksymalnie największej ilości wody.
3. Nagrzewamy piekarnik do temperatury 175 stopni.
4. Bułkę tartą łączymy z natką i parmezanem, dodajemy trochę pieprzu.
5. Na osobnym talerzu roztrzepujemy widelcem jajko, na drugim wysypujemy mąkę.
6. Każdy plaster bakłażana obtaczamy z obu stron w mące, następnie w jajku i na końcu w bułce tartej.
7. Tak przygotowane bakłażany układamy na kratce z piekarnika. (Chodzi o to, aby opiekły się na chrupiąco z obu stron, a nie zaparzyły od spodu, gdyby leżały na blasze).
8. Kratkę wstawiamy do piekarnika, pieczemy ok. 15 minut z nawiewem lub aż do momentu, gdy bułka się zrumieni. Podajemy. Takie wyjęte z piekarnika rozchodzą się lepiej niż gorące bułeczki J

Uwagi
1. Nasza włoska znajoma tuż przed włożeniem bakłażanów do piekarnika spryskiwała je jeszcze delikatnie oliwą. Mój spray się zepsuł i tego nie robię i też jest pysznie - z całą pewnością bardziej light także J
2. Pamiętajmy, że najbardziej kluczowe dla efektu końcowego czyli chrupkości jest dokładne odciśnięcie i osuszenie bakłażana z wody a następnie upieczenie go na kratce.





Smacznego!

wtorek, 24 maja 2016

Drożdżówki z truskawkami i rabarbarem.





Księżyc co chwila rozkopywał kołderkę chmur. Mogłabym i ja schować się pod tym skrawkiem nieba razem z nim, za poduszkę miałabym jedną z gwiazd… 


Siadam po północy na tarasie, z kieliszkiem Jurançon  w dłoni, w tle Krzysztof Herdzin. Wznoszę toast za jego zdrowie, w radio mówią, ze świętuje dziś urodziny...


Noc taka piękna, że nie chce mi się piechotą do góry, do łóżka...
- Co Ty tam jeszcze robisz?
- Wino sobie piję...
- Żartujesz!
- Nic a nic!
 

To nie rozgrzewająca moc alkoholu, naprawdę jest ciepło*, północ wybiła, a na termometrze 16 stopni*. Doleję sobie jeszcze wina i podleję kwiaty.

Pójdę spać. Zwolnię miejscówkę, jeże pewnie głodne, a ja tu siedzę i fruwam w obłokach.


Zjadłabym jeszcze tę drożdżówkę, co została, ale to byłaby już trzecia...

Nie wiem, co tak migdałowo pachnie w powietrzu... Wisteria? Może?

Postanawiam jednak pójść spać. Na górze śpią dziś czterej 13 latkowie i 1 (słownie - jedna) 17 latka. Ktoś będzie musiał rano wstać zrobić tej dojrzewającej gawiedzi śniadanie...
 

  Mały update…
* Taką piękną noc mieliśmy w sobotę, nim pogoda się załamała i wpadła w deszczową depresję, która - zdaje się, ma się utrzymać przez najbliższy tydzień…

** na tych, którym upał doskwiera z całą pewnością owe marne 16 stopni wrażenia nie zrobi… my tu jednak mamy iście jesienną aurę, krajobraz z ciepłym szalikiem w tle i kozakami na nogach…

Drożdżówki mają smak dzieciństwa, szkolnych przerw, w czasie których biegło się do cukierni pod szkołą, kruszonki chrupiącej pomiędzy nierównymi rzędami mleczaków (kto wtedy nosił aparat?), wyjazdów nad morze i gorących cudów upieczonych przez babcię, które przynosił po południu dziadek. 

Ale też wspomnienie mojej Bydgoszczy, w której mieszkałam krótko, ale zdążyłam w tym czasie uzależnić się od wizyt w Drożdżowej Chacie. Jej zapach krążył po ulicach niczym samochodu szukające miejsc parkingowych a widok blach wypełnionych po brzegi drożdżówkami w najprzeróżniejszych owocowych kombinacjach śni mi się czasami do dziś. No i ten lukier, nabierany wielką łyżką z ogromnej michy, lądujący z gracją na nierównej powierzchni pokrytej kruszonką… 
Mam nadzieję, że Drożdżowa Chata wciąż działa i ma się dobrze. Chciałabym móc tam jeszcze kiedyś pójść…
 





Drożdżówki z truskawkami, rabarbarem i kruszonką

Składniki:
335 g mąki tortowej + 1 łyżka
50 g cukru + 1 łyżka
15 g świeżych drożdży
150 ml mleka
75 g miękkiego masła
1 jajko
szczypta soli
3 łyżki mleka w proszku

Na kruszonkę:
90 g mąki pszennej
60 g masła dobrze schłodzonego
35 g cukru brązowego
1 duża łodyga rabarbaru + 3 łyżki cukru
150 g truskawek

Dodatkowo:
1 jajko
cukier puder

Przygotowanie:
1. Rabarbar kroimy na 1 cm kawałki. Zasypujemy 3 łyżkami cukru. Odstawiamy.
2. Przygotowujemy ciasto. Podgrzewamy mleko. Rozkruszamy do niego drożdże. Wsypujemy 1 łyżkę mąki i 1 łyżkę cukru. Mieszamy dokładnie do połączenia się. Odstawiamy rozczyn przykryty ściereczką na 10-15 minut.
3. W misce mieszamy ze sobą przesianą mąkę, mleko w proszku, sól i cukier. Robimy zagłębienie.
4. Do zagłębienia wbijamy roztrzepane widelcem jajko. Zagarniając mąkę z brzegów mieszamy. Dodajemy wyrośnięty rozczyn drożdżowy. Mieszamy zagarniając mąkę z brzegów.
5. Dodajemy miękkie masło. Przekładamy na stolnicę i wyrabiamy. Wyrabiamy ciasto, aż przestanie się kleić i uzyskamy gładką, elastyczną masę, z której formujemy kulę.
6. Kulę wkładamy do miski wysmarowanej oliwą. Przykrywamy. Odstawiamy w ciepłym pomieszczeniu do wyrośnięcia – podwojenia ilości. Potrwa to, zależnie od tego, jak jest ciepło –od 1,5 do 2 godzin.
7. Przygotowujemy kruszonkę. Składniki łączymy do uzyskania konsystencji piaskowych grudek. Wstawiamy do lodówki na minimum pół godziny.
8. Przekładamy na blat lekko wysypany mąką. Dzielimy na 8 równych części lub na 10 - wówczas drożdżówki nie będą tak duże).
9. Z każdej części formujemy kulkę, którą rozpłaszczamy i układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, zachowując między nimi odstępy.
10. W środku każdej bułeczki robimy zagłębienie na owoce.
11. Rabarbar odsączamy na sicie. Truskawki kroimy na ołówki lub ćwiartki, zależnie od wielkości truskawek.
12. Owoce układamy w zagłębieniach. Blachę pozostawiamy w cieple na 30 minut do wyrośnięcia.
13. Nagrzewamy piekarnik do temperatury 170 stopni.
14. Brzegi bułek smarujemy roztrzepanym jajkiem i posypujemy kruszonką. Wstawiamy do piekarnika. Pieczemy 15 minut bez nawiewu, następnie włączamy nawiew i pieczemy jeszcze do momentu, aż drożdżówki się  zezłocąm potrwa to ok. 5 minut. Studzimy na kratce. Posypujemy cukrem pudrem lub polewamy lukrem.







Smacznego!

czwartek, 19 maja 2016

Śniadanie czy deser?



Okazuje się, że laptop w łóżku jest równie niezastąpiony jak poduszka. Walka z czasem trwa. Kiedy kładę się spać znów tylko chwileńka na publikację. Bylebym zdążyła zmieścić się w dogasającym dniu.

Przypomniałam sobie niedawno, jak kiedyś moja mama, która generalnie nie jest wielkim sympatykiem owsianki, by lepiej jej było ją przyswoić, miksowała ją po ugotowaniu. Tylko tak, jej zdaniem, była jadalna. Miałam ochotę na aksamitne, kremowe śniadanie i już wieczorem było pewne, że z czasem będzie rano kiepsko, a zatem żadna kulinarna ekwilibrystyka nie wchodziła w grę. Wieczorem zagotowałam mleko (użyjcie takiego, jakie lubicie), dodałam zmiksowane płatki owsiane, wymieszałam do uzyskania jednolitej, gładkiej konsystencji, przykryłam, wstawiłam do lodówki i poszłam spać. Rano wystarczylo zapakowac słoiczek do torebki razem z bananem i śniadanie gotowe. Choć nie do końca jestem pewna, czy to aby nie deser. Tak jest dobry, aksamitny, idealnie gęsty, w dodatku niemal ekspresowy w wykonaniu. Ja lubię moje banany skropić sokiem z limonki, w tym połączeniu efekt jest naprawdę wyjątkowy. Takie poranki, to ja rozumiem!

Kombinujcie go z truskawkami, morelami, malinami... jak lubicie i wedle dostępności owoców.. Jak dla mnie to absolutny hit tej wiosny. Smakuje jak kasza manna, a nią nie jest. A jeśli użyjecie płatków owsianych bezglutenowych i mleka roślinnego, to będzie dopiero! Polecam gorąco!


 
Kremowa owsianka jak kasza manna
 
Składniki na jedną porcję
250 ml mleka
3 łyki płatków owsianych górskich, zmielonych
szczypta soli
1 łyżeczka miodu
 
Do podania
orzechy, truskawki, wiśnie
 
Przygotowanie
1. Mleko gotujemy. Dodajemy płatki i dokładnie mieszamy. Doprawiamy miodem i szczyptą soli, można jeszcze dodać cynamon. Przykrywamy i odstawiamy w chłodne miejsce na całą noc.
2. Rano łączymy z owocami i orzechami. Możemy wczesniej podgrzać.
 
 
 

wtorek, 17 maja 2016

Tarta z rabarbarem, byle zdążyć przed północą.




Kiedy kończę wklepywać przepis zegarek przy łóżku pokazuje 23:48. Zastanawiam się, czy zdążę i skąd wezmę pomysł na choćby najkrószy tekst. 

Spróbujmy.

Nasz przedłużony weekend właśnie dobiega końca. I choć napracowałam się tak, że zgięta w pół wstaję z łóżka, jestem szczęsliwa. Udało mi się zrobić tak wiele! Tyle nie byłam w stanie nawet zaplanować - a cóż mówić o wykonaniu. Mam poczucie, że to jakieś 150 procent normy. Przodownik ze mnie. Prac wszelakich, od domowych, po ogrodowe. Ale najbardziej cieszą mnie udane zdjęcia i zadania domowe odrobione (no prawie) z synkiem drugim. Dzieciaki tu w Belgii mają wolne aż do środy włącznie (przynajmniej te w naszej szkole) więc resztę nadrobimy jeszcze.

23:56
Muszę kończyć i spróbować zasnąć obok chrapiącego cud-męża. On też się narobił. Projekt klatka dla świnki morskiej zakończony. 

A tarta z rabarbarem bardzo mu smakowała. Choć rabarbaru bardzo nie lubi. To chyba całkiem mocna rekomendacja, prawda?





Tarta z rabarbarem

Składniki:

Na kruche ciasto:
250 g mąki pszennej (najlepiej typ 550)
125 g masła dobrze schłodzonego
1 żółtko
25 ml wody
25 g cukru
szczypta soli

Ponadto:
450 g rabarbaru
4 czubate łyżki cukru
2 jajka
4 łyżki mleka skondensowanego słodkiego
150 g mascarpone
50 g białej czekolady
duża garść płatków migdałowych

Prwygotowanie:
1. Umyty i pokrojony rabarbar zasypujemy cukrem. Odstawiamy na 1 godzinę. Po tym czasie przelewamy na sitko i odsączamy. 
2. W czasie, gdy rabarbar puszcza soki przygotowujemy kruche ciasto. Do dużej miski wsypujemy mąkę, wkładamy masło pokrojone na drobne kawałki. Podszczypując czubkami palców łączymy mąkę i masło, aż otrzymamy mieszankę o konsystencji piasku. Robimy dołek w cieście i do środka wkładamy żółtko, wlewamy wodę,, wsypujemy cukier i sól. Szybko zagniatamy ciasto, tak by miało jednolita konsystencje. Formujemy kulę i wstawiamy do lodówki co najmniej na pół godziny lub nawet na cały dzień.
3. Wałkujemy ciasto i wykładamy nim formę do tart o średnicy 24-26 cm. Wystające ponad krawędzie formy ciasto ścinamy nożem. Nakłuwamy cale ciasto delikatnie widelcem. 
4. Wkładamy na 15 minut do lodówki, żeby się schłodziło. Spód i boki ciasta przykrywamy dużym kołem wyciętym z papieru do pieczenia, tak by papier wystawał 3 cm ponad brzeg formy. Na papier wysypujemy fasolę, ryż lub szklane kulki, żeby ciasto nie wyrosło i nie zniekształciło się. 
5. Nagrzewamy piekarnik do 180 stopni. Podpiekamy 10-15 minut.
6. Czekoladę rozpuszczamy w kąpieli wodnej, łaczymy z mlekiem skondensowanym. 
7. Jajka ubijamy przez chwilę, dodajemy mascarpone i czekoladę połączoną z mlekiem. 
8. Na podpieczony spód wykładamy rabarbar, zalewamy przygotowaną masą. Posypujemy płatkami migdałowymi.
9. Pieczemy 30 minut. Studzimy przed podaniem.

Przepis na kruchy spód pochodzi z ksiązki "Pysznie dla rodziny i przyjaciół" Joanny Drzazgi i Gosi Wieruszewskiej, o której pisałąm Wam niedawno tutaj.






Smacznego!

piątek, 13 maja 2016

Placuszki śniadaniowe z ziarnami albo kotka na rozgrzanym dachu.



Mai się cud rozkwitania. Wisterie zachwycają, bzy zatrzymują czas. Biegając wczoraj z synkiem drugim zaciągałam go wczoraj pod każdy krzak i drzewo, których nazwy byłam w stanie zidentyfikować i namawiałam do udziału w seansie aromaterapii. Zapewne nie zapamięta ich wszystkich, ale mam nadzieję powtarzać te nasze lekcje przyrody przez kolejne lata w maju. 
Cieszy kolejny piąteczek. Kawałek ciasta na deser. Wizja Listy poprowadzonej przez Marka. Z drzwiami na taras otwartymi w stronę muszli koncertowej ogrodu. (Nadszedł wreszcie ten dzień, kiedy trzeba będzie posadzić wszystkie te kwiatki kupione ostatnio u ogrodnika). Cieszy tez (być może wątpliwa) wizja spokoju po stresie ostatnich kocich wybryków. 
Człowiek wsiada do samochodu, otwiera dach, uruchamiając silnik i rusza. 50 metrów dalej, na drogę wychodzą nowi sąsiedzi machający w jego kierunku desperacko i w zapamiętaniu. Ale o co chodzi? 
-Ma Pani kota na dachu!
Kot w szoku. Ja też. Zejść nie chce, zakręcony jak po rundce na roller coasterze. Dopiero wieczorem, kiedy opowiadam tę historię cud-mężowi (Pewnie porysowała dach pazurami!) (Nie porysowała!) uświadamiam sobie, co mogło się wydarzyć i ile obie miałyśmy szczęścia! Już następnego dnia nasza kotka znowu wygrzewała się na rozgrzanych dachu samochodu. Pasażerka na gapę… 
Nasza menażeria powiększyła się ostatnio o świnkę morską (albinos rozetki arabskiej), Utracjusza w białych skarpetkach (dał się kiedyś uwiecznić na zdjęciu tutaj), który powrócił na chwilę, sterany życiem pełnym amorów oraz o dwa kleszcze (te ostatnie, na szczęście – w porę zidentyfikowane). W związku z powyższym w garażu ruszyły prace budowlane – tata z synem budują dla Rosie (to ze względu na różowe oczy i uszy) nową siedzibę. Fajnie jest patrzeć, jak razem tworzą projekt, jadą do miasta na zakupy i wreszcie – majsterkują. Dumny syn zaprasza nawet kolegów do pracy nad Projektem, cud-mąż w swoim żywiole (wreszcie można użyć obrotowego imadła) Ha!
Przed nami kolejna dawka turniejowych emocji i lekko przedłużony weekend. Będzie jak ochłonąć i pobyć razem, choć przez chwilę.
Waszej uwadze pragnę polecić dzisiaj placuszki, które smakują jak ciastka. W połączeniu z owocami  i jogurtem naturalnym to naprawdę śniadanie idealne. Wypróbujcie koniecznie!


Dobrego weekendu, Kochani!



Placuszki śniadaniowe z ziarnami


Składniki:
100 g zmielonych płatków owsianych (można użyć bezglutenowych)
2 małe jajka
55 g cukru brązowego
¾ łyżeczki proszku do pieczenia lub ½ łyżeczki sody
2 łyżeczki lnu
2 łyżeczki sezamu
2 łyżeczki maku
szczypta soli
2 łyżki jogurtu naturalnego
wanilia lub Tonka – wedle uznania i dostępności
masło klarowane do smażenia

Przygotowanie:
1. Jajka ubijamy na puszystą masę z cukrem.
2. Łączymy płatki z ziarnami, proszkiem i solą, mieszamy dokładnie.
3. Do ubitych jajek dodajemy suche składniki, mieszamy delikatnie. Na końcu dodajemy wanilię i jogurt.
4. Na patelni rozgrzewamy niewielką ilość masła klarowanego. Nakładamy masę łyżeczką formując placuszki. Smażymy z obu stron. Podajemy, najlepiej z owocami.



Smacznego!

wtorek, 10 maja 2016

Biegam bo nie lubię albo cukinia faszerowana komosą.



Jak dobrze jest wrócić! Długi, intensywny weekend w połączeniu z utrudnieniami natury technicznej niech będą głównymi sprawcami przedłużającego się tu milczenia. Wydaje się jednak, że co złe, za nami. Lista publikacji przygotowana, nowe pomysły rozpisane w notatkach. Będzie dobrze, a może nawet lepiej.

Tymczasem cudni się maj, różaneczniki zachwycają, azalie płoną, a bzy obezwaładniają. Zaczęłam biegać, ale... niech będzie to jasne - biegam, bo nie lubię. Uświadomiłam sobie całkiem niedawno, jak odrętwia i obezwładnia codzienność oparta na bezpiecznych, oswojonych rozwiązaniach. Spadek nastroju? Comfort food! Niepowodzenie? Lampka wina. Codziennie te same skróty, ta sama ścieżka do sklepu, te same korytarze w biurowcu, zadeptujemy własne ślady. I tak bez końca. Postanowiłam zatem w sytuacji wyboru stawiać na to, czego nie lubię lub czego nigdy bym nie wybrała. Stąd wzięło się moje bieganie. Z chęci przełamania się, wyjścia (z twarzą?/z podniesioną głową) z zaklętego kręgu bezpiecznych wyborów. Nie musi być komfortowo, a niech będzie inaczej. Jest lepiej. Paradoksalnie zaczęłam się sama stosować do zasady, którą od lat wpajam własnym dzieciom. Kiedy, na przykład, nie chcą przed snem umyć zębów, kuszę ich wizją zwycięstwa nad słabością, mówiąc: Brawo! Udało ci się. Małe zwycięstwo przed snem. Powód do dumy. U dzieciaków skutkowało to w 9,8 na 10 przypadków. Całkiem nieźle. Jak to się stało, że dopiero teraz wychodzę z mojej strefy komfortu? Co za geniusz? Wpaść na to tak późno? Lepiej późno niż później. Zobaczymy jak będzie się to sprawdzało na dłuższą metę. Wszak sama zawsze wolałam sprint. Maraton to nie moja bajka. I zapewne nigdy nią nie będzie, ale już samo podjęcie walki cieszy i smakuje jak nigdy. Polecam spróbować.
 


Cukinia faszerowana komosą z cytrynowym dressingiem

Składniki:
2 średnie cukinie
75 g komosy ryżowej
150 g fety
3 łyżki świeżej mięty
3 łyżki orzechów pinii / lub innych
sól, pieprz
sok z cytryny

Na dressing:
2 łyżki soku z cytryny
4 łyżki oliwy
sól, pieprz
ząbek czosnku
skórka otarta z 1/2 cytryny

Ponadto:
tarty parmezan

Przygotowanie:
1. Komosę przepłukujemy wodą na sitku. Zalewamy wodą w proporcji 2:1, solimy i zagotowujemy, następnie zmniejszamy ogień, przykrywamy i gotujemy jeszcze ok. 15 minut. Odstawiamy do przestudzenia.
2. Nagrzewamy piekarnik do temperatury 175 stopni.
3. Cukinie myjemy, osuszamy, przekrajamy wzdłuż na pół, wydrążamy pestki.
4. Komosę łączymy z uprażonymi orzechami i posiekaną miętą. Doprawiamy solą, pieprzem i sokiem z cytryny. Wypełniamy nią cukinie. Przekładamy do foremki. Przykrywamy. Wstawiamy do piekarnika.
5. Pieczemy 20-30 minut. W tym czasie przygotowujemy dressing. Rozcieramy czosnek ze skórką i z odrobiną soli, dodajemy szczytę pieprzu. Przekładamy do małego słoika. Zalewamy oliwą i sokiem. Wstrząsamy do uzyskania kremowej konsystencji.
6. Kroimy fetę w kostkę. Dodajemy do niej odrobinę dressingu i jeszcze trochę posiekanej mięty, mieszamy.
7. Upieczone cukinie posypujemy fetą i tartym parmezanem. Polewamy cytrynowym dressingiem. Podajemy.

Smacznego!