Chandeleur 2013.

 
 
Zachowujemy w pamięci przedziwne sytuacje, nazwiska ludzi, których nie znaliśmy zbyt dobrze albo mało ważne z dzisiejszej perspektywy obrazy. Dziwimy się, nie znając przyczyn. Są też ludzie, których postać, dokładny wygląd, rysy twarzy czy szczegół wyglądu lub grymas na twarzy wracają jakby z niepamięci. Nagle tak realne. Że aż skóra cierpnie, że tamte czasy mogłyby powrócić. Nie chciałabym znowu być licealistką. Znowu chodzić do żeńskiej klasy. Tej francuskiej, zawsze jakby gorszej, choć wzbudzającej wiele zainteresowania i emocji. Mam kilka dobrych wspomnień. Ale jakże wiele całkiem innych.
 
Miałyśmy nauczycielkę. Panią Profesor, powinnam napisać. Nawet chcę. Jej wizja spędzała większości z nas sen z powiek. Bałyśmy się jej okrutnie i jednocześnie bardzośmy ją szanowały. Wszelkie ploteczki na jej temat przekazywałyśmy sobie z wypiekami na twarzy. Bo stara panna. Bo z takim rozmarzeniem mówi o Paryżu i tak się czasami na jego wspomnienie uśmiecha. I taka potrafi być nieprzewidywalna. A dziewczynom ze starszych klas podobno kazała pokazywać, że zimą noszą ciepłe majtki. No co ty! Barchany? Phi, też mi coś!  
 
Mapę Paryża, ulicę po ulicy znała na pamięć. I krzywiła się na moją anglo-francuską wymowę w pierwszych dniach. Ale to ona nakłoniła mnie do śpiewania. Po francusku. I dzięki niej trochę udział w tych festiwalach, i ludzie, i chłopak z gitarą…
 
Kiedy opowiadała nam o tym jak obchodzi się Chandeleur we Francji wydawało się, że równie dobrze mogłaby mówić o spacerze po księżycu. Koncept odległy wówczas o całe lata świetlne. Gdyby wtedy ktoś mi powiedział, że to właśnie ten język stanie się moim ulubionym i z czasem będę używać go częściej niż ojczystego… byłabym może pilniejszą uczennicą. Może… 
 
Zawsze myślałam, że moją Panią Profesor wspominać będę jako najgorszy koszmar tamtych lat. Zawsze ma kłopoty z wiecznością. Wystarczyło skończyć studia, by docenić. Jej troskę, by nas nauczyć, uwrażliwić, pokazać nam piękno tego języka i kultury, wreszcie troskę, byśmy nie chorowały i zwyczajnie dbały o siebie.
 
I przypomniała mi się dziś moja Pani Profesor. Kiedy to z okazji Chandeleur przygotowałam naleśniki na obiad. I na kolację także. I na jutro. Zupełnie jakbym stała dziś pod tablicą i piasała tę nieszczęsną datę (data zawsze miała być wypisana słownie na tablicy, co zajmowało w sumie połowę jej powierzchni…) a ona akurat wchodziła do klasy…
 
Czas płynie konsekwentnie i nieprzewidywalnie. Drwiąc sobie z nas na każdym możliwym zakręcie. Trochę jak nauczyciel, od którego nie chcemy się uczyć, czasami z głupiej przekory.
 
Dziś kolejny blogowy Chandeleur. Zachęcam do zajrzenia do zakładki Naleśniki, gdzie znajdziecie wszystkie zgromadzone z tej okazji przepisy. Polecam gorąco. O samym Chandeleur przeczytacie tutaj.  
 
 I zapraszam jeszcze na Banoffee pancekes. Już wkrótce.
 
Można je nazwać naleśnikową wersją cannelloni. Albo zapiekanką. Przepis pochodzi z Picardii. Ja przygotowuję go bez mięsa. Ale można dodać tu piersi z kurczaka pokrojone w dużą kostkę. Kiedy nie mam czasu dodaję jedynie pieczarki. Gdy mamy go więcej, dobrze jest dodać także grzyby leśne. Suszone wcześniej namaczamy. Kiedy nie mam pietruszki dodaję mrożony koperek, bo uwielbiam połączenie pieczarek i koperku.
Zapiekanka naleśnikowa albo ficelles forestières gratinées
Składniki : dla 2 -3 osób
usmażone naleśniki – 6 sztuk
500 g pieczarek
2 łyżki soku z cytryny
3 duże ząbki czosnku
4 łyżki gęstej śmietany do sosów
2-3 łyżki posiekanej natki pietruszki
½ l mleka
40 g mąki
40 g masła
sól, pieprz, gałka muszkatołowa
duża garść tartego parmezanu lub grana padano
Przygotowanie:
1. Naleśniki przygotowujemy na przykład według tego przepisu (pamiętajmy, by do ciasta nie dodawać cukru). Odstawiamy pod przykryciem.
2. Na oliwie z masłem dusimy drobno posiekany czosnek. Dodajemy oczyszczone i pokrojone z plasterki pieczarki. Spryskujemy je sokiem z cytryny. Odparowujemy. Dodajemy śmietanę. Mieszamy. Posypujemy natką.Odstawiamy.
3. W rondelku o grubym dnie rozpuszczamy masło. Wsypujemy masło. Mieszamy energicznie, aby nie powstały grudki. Wlewamy zimne mleko, mieszając cały czas. Kiedy sos zgęstnieje, pozostawiamy go jeszcze przez chwilę na małym ogniu.
4. Nagrzewamy piekarnik do temperatury 180 stopni.
5. Naczynie do zapiekania smarujemy na dnie 1 łyżką sosu.
6. Naleśnik smarujemy sosem pieczarkowym. Zwijamy. Układamy w naczyniu do zapiekania.
7. Kiedy wszystkie naleśniki znajdą się już na dnie naczynia polewamy je beszamelem i posypujemy serem. Zapiekamy 20 minut bez nawiewu i jeszcze 10 minut z nawiewem.
 
 
 
 
 
 
Zaintrygowała mnie ich nazwa. A że lubię testować marokańskie przepisy postanowiłam spróbować. Moja pierwsza wersja tych naleśników nie wyszła może zbyt wzorcowo i z pewnością trudno byłoby doliczyćsię w nich choćby setki dziur. Postanowiłam jednak zamieścić ten przepis i zdjęcia. Bo jest inny. Te naleśniki smakują zupełnie inaczej i są bez jajek. W skłądzie nie mają także cukru i smażymy je bez tłuszczu. To cenna informacja dla wielu alergików i osób na diecie, prawda? Ważne jest aby naleśniki te smażyć na dobrej jakości, nieprzywierającej patelni.
Naleśniki o tysiącu dziurach albo baghrirs/khlingo/gh’rayefs
Składniki:
70 g mąki tortowej
140 g semoliny
450 ml wody
duża szczypta soli
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka drożdży instant
Do podania:
konfitury, miód lub Nutella
Przygotowanie:
1. Rozpuszczamy drożdże z 100 ml ciepłej wody. Odstawiamy na 10 minut.
2. Do miski wsypujemy mąki, sól, proszek do pieczenia. Mieszamy. Wlewamy rozpuszczone drożdże i miksujemy do uzyskania gładkiej masy.
3. Przykrywamy ściereczką i odstawiamy chroniąc przed przeciągiem.
4. Nagrzewamy suchą patelnię. Wylewamy na nią porcję ciasta naleśnikowego. Ważne, aby naleśnik nie był zbyt gruby. Na powierzchni naleśnika zaczną powstawać dziurki. Wedle tradycyjnych przepisów naleśniki te smaży siętylko z jednej strony. Ale można z obu, jeśli ktoś lubi rumiane placki.
5. Podajemy polane miodem lub posmarowane konfiturą albo Nutellą.

Przepis na naleśniki o tysiącu dziurach pochodzi z tej strony.


 
 
cdn.

9 comments Add yours
  1. W moim miescie tez byla taka profesorka od francuskiego, stara panna. Rozbudzila francuskie marzenia wsrod wielu uczniow, uczennic wlasciwie. Mnie nie uczyla, ale mieszkala w moim bloku. Cale zycie w malym mieszkanku o powierzchni ok.20m2, uczyla za darmo na dodatkowych lekcjach. Zmarla w ostatnie wakacje w wieku ok.70 lat.Nazywala sie Halina Broda.
    Pozdrawiam.

  2. Krysciek,
    :-)… i to prawdziwa 🙂

    Whiness,
    Masz racje, ciesze sie. Pozdrawiam serdecznie

    Inspirowane Smakiem,
    dziekuje, polecam i pozdrawiam

    Justyna Bak,
    sa naprawde inne od tych, ktore znalam do tej pory. Pozdrawiam serdecznie

    Ardiola,
    to niesamowite, jak losy nauczycielek francuskiego maja ze soba wiele wspolnego. I my zastanawialysmy sie ciagle ile nasza profesor ma wlasciwie lat…Nasza miala naimie Franciszka… Dziekuje Ci bardzo za ten komentarz. Serdeczne pozdrowienia

    Olimpia Davies,
    kiedy wracaja, niezaleznie od tego, jakie, trzeba stawiac im czola 🙂 Serdecznie

    Aleksandra,
    dzieki za uwage. Roztrzepana jestem kiedy sie spiesze… Pozdrowienia. PS. I napisz jak Ci smakowaly 🙂 Serdecznie

    Anna

  3. "Zawsze ma kłopoty z wiecznością" :):) pięknie powiedziane! tak to wspomnienia zmieniają swoją barwę – nawet z czarnej przemieniają się w nostalgiczną, ciekawą lekcję. Smacznego 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *