Rozmowy przy kawie. Rozmowa z Joanną Borycką-Zakrzewską, tłumaczką „Pluka z wieżyczki”

Pamiętam doskonale moment, w którym narodził się pomysł Rozmów przy kawie. I o kim wtedy pomyślałam. Już po chwili lista rozmówców zaczęła wydłużać się coraz bardziej. Lubię rozmawiać z ludźmi, słuchać ich, poznawać ich opinie. Do Rozmów przy kawie chciałabym zapraszać osoby, które cenię za ich pasje, ich pracę i niezaprzeczalny wpływ jaki mają na moje, na nasze życie. Mam nadzieję, że zainteresują także i Was.
Wspominacie czasami swoich przyjaciół z dzieciństwa, liceum, studiów? Zastanawiacie się, co robią dzisiaj, jak ułożyły się ich losy i czy spełniły się ich marzenia? A ich losy właśnie tak jak i nasze plotą się różnie, najczęściej w sposób zupełnie nieprzewidywalny. Asia z mężem byli pierwszymi spośród naszych przyjaciół ze studiów, którzy wyjechali z kraju. Nie sądziliśmy wówczas, że i nam przypadnie ten los. Nikt z nas nie przypuszczał też prawdopodobnie, że Asia będzie tłumaczem literatury niderlandzkiej i to właśnie jej polskie dzieci i ich rodzice będą zawdzięczały przyjaźń z Chłopcem z wieżyczki, Pustednikiem czy Minu. Zapraszam Was serdecznie do przeczytania rozmowy z Joanną Borycką-Zakrzewską, tłumaczem literatury holenderskiej.  

– Kiedy odkładałam na półkę przeczytanego właśnie Pluka czuliśmy wszyscy żal z powodu rozstania z małym chłopcem z wieżyczki. Zżyliśmy się z nim podczas lektury, co także jest Twoją zasługą jako tłumacza. Taka więź z dziełem i jego twórcą zawiązuje się zapewne także podczas tłumaczenia, prawda?
– Więź oraz poczucie ogromnej odpowiedzialności za dzieło w nowej szacie słownej… Do końca pozostaje we mnie uczucie niepewności, czy rzeczywiście dobrze wywiązałam się z tego zadania, czy bohaterowie, śmieszni i wzruszający w oryginalnym wydaniu, są w stanie wzbudzić te same emocje u czytelnika polskojęzycznego… Z twego wprowadzenia wynika, że tak, co mnie niezmiernie cieszy.

– Jak wygląda praca nad tłumaczeniem? Jak przebiega? Jak długo trwała praca nad tłumaczeniem Pluka? Bo to chyba objętościowo najobszerniejsza z książek, które do tej pory przetłumaczyłaś?
– Praca nad tłumaczeniem powieści to wspaniała, emocjonująca przygoda. Tak to odczuwam. Tłumaczenie książki to nie tylko mechaniczne „przepisywanie” jej na ojczysty język, lecz długi proces współtworzenia jej w innym języku, więc bardzo kreatywna, innowacyjna czynność. Dlatego możesz sobie wyobrazić moje zdumienie na widok ludzi, którzy wysłuchawszy mej odpowiedzi na pytanie, czym się zajmuję, krzywią się z niesmakiem, dodając, że to musi być straasznie nudne … ??? A wracając do pytania, nad Plukiem pracowałam około pół roku… Praca w tym przypadku obejmowała też konsultowanie spolszczonych imion z różnymi osobami, również zaprzyjaźnionymi tłumaczkami, znającymi Pluka w oryginale. Dużo czasu zajęło mi na przykład znalezienie odpowiedniego imienia dla Wilkopłaczka albo Pustednika… Ich oryginalne nazwy funcjonują już w języku holenderskim jako odrębne pojęcia, np. imieniem Pustednika nazywane są szkoły lub przedszkola.

– Powiedz, jak się zostaje tłumaczem?
– Sprawa w moim przypadku jest nieco skomplikowana. Przed laty, jako świeżo upieczona germanistka, marzyłam o tym, by móc tłumaczyć wspaniałe książki z języka Goethego na nasz. Los jednak, rzucając nas do kraju wiatraków i tulipanów, pokrzyżował nieco te plany. Gdybym tu nie trafiła na dłużej, nigdy bym oczywiście nie mogła przeczytać książek Annie M.G. Schmidt w oryginale… Tak więc to ślepy traf właściwie sprawił, że zostałam tłumaczką akurat z języka niderlandzkiego…

– Uściślijmy sobie, bo są to terminy, które mogą się mylić i w istocie mylą się ciągle wielu z nas. Jesteś tłumaczką flamandzkiego, niderlandzkiego czy holenderskiego?
– Niderlandzkiego, potocznie zwanego też holenderskim. Flamandzki, którym porozumiewa się część ludności zamieszkującej Belgię, to nic innego jak dialekt języka niderlandzkiego.

– Pamiętam, jak ubolewałaś kiedyś nad holenderskim, mówiąc, że jego słownictwo jest proste i ubogie, ograniczone w wyrażaniu emocji. Czy w związku z tym to jest największa trudność w tłumaczeniu go na język polski, znacznie barwniejszy i emocjonalny? Które tlumaczenie było najtrudniejsze w Twojej dotychczasowej pracy?
– Naprawdę ubolewałam? Ale rzeczywiście często odnoszę takie wrażenie, zwłaszcza podczas lektury niderlandzkiej literatury dla dzieci. Nie bez znaczenia jest tu system nauki czytania wprowadzony do szkół holenderskich, dzielący proces opanowywania umiejętności czytania na 9 poziomów. Autorzy piszący dla dzieci muszą ściśle przestrzegać odgórnie narzuconych reguł co do ilości słów oraz stopnia trudności w zależności od danego poziomu. Wolność słowa zatem mocno nadwerężona…Rozmawiałyśmy kiedyś o tym, że polskojęzyczna literatura dla dzieci charakteryzuje się o wiele bogatszym, barwniejszym słownictwem, rozbudowaną składnią, podczas gdy książeczki holenderskie pisane są językiem prostym, zdaniami głównie pojedynczymi, dosłownie branymi z ulicy, z życia codziennego. Oczywiście nie oznacza to, że taki sposób pisania nie jest w stanie oddać emocji targających bohaterami.
A najtrudniejsze tłumaczenie to Pluk, choć bynajmniej nie z powodu ograniczonego słownictwa, tylko dużej ilości neologizmów.

– Jak dokonujesz wyboru tekstu do przetłumaczenia?
– Samodzielnie wyboru dokonałam w dwóch przypadkach: „Minu” Annie MG Schmidt oraz „Małej szansy” („Een kleine kans” ) Marjolijn Hof. Pierwsza książka należy do kanonu niderlandzkiej literatury dla dzieci, wybór nie był zatem trudny… Zachwyciła mnie swą bezpretensjonalnością oraz humorem. Zaczęłam się rozglądać za wydawcą w Polsce i tak trafiłam do wydawnictwa Hokus-Pokus.
O drugiej zaś wiedziałam , że właśnie została nagrodzona Złotym Rysikiem, najwyższym odznaczeniem przyznawanym autorom książek holenderskojęzycznych. Przeczytałam i się zachwyciłam.

– Pisarz, który staje się tłumaczem, to zdarza się często a odwrotnie? Tłumacz, który zostaje pisarzem? Myślałaś o napisaniu własnej książki?
Mam wrażenie, że wielu tłumaczy marzy czasami o wyjściu z cienia i napisaniu własnej książki … Na przykład doskonała tłumaczka literatury francuskojęzycznej, pani Joanna Guze, wyznała w jednym z wywiadów, że nie miała dość odwagi, by zacząć pisać… Ja też nie mam… Na razie…

– Ulubieni tłumacze? O którym z nich powiesz śmiało – kongenialny?
– Zdecydowanie Zofia Chądzyńska, która otworzyła mi/nam oczy na zjawiskową literaturę iberoamerykańską, przede wszystkim Borgesa oraz Cortazara. Ostatni to mój ulubiony pisarz. Nie wyobrażam sobie, jak wyglądałby mój świat bez jego postaci, ich błyskotliwych zdań i metafizycznych spostrzeżeń, które pani Zofia tak doskonale nam przekazała. Wtajemniczeni twierdzą, że jej tłumaczenia pod pewnym względem przewyższają nawet oryginał. Niestety, nie znam hiszpańskiego, nie jestem więc w stanie zweryfikować tej wypowiedzi.
Chylę też czoło przed panem Piotrem Cholewą, tłumaczem literatury angielskiej. Jego przekłady książek z serii opisującej świat dysku to prawdziwe perełki. Język Pratchetta obfituje w wymyślne słownictwo, teksty utkane są z żartów słownych, przenośni, aluzji. Pan Piotr z niesłychaną łatwością przenosi te lingwistyczne karambole na nasz rodzimy język, mimo fleksyjnej oraz słowotwórczej przepaści dzielącej języki słowiańskie od germańskich…

– Co najbardziej cenisz w literaturze holenderskiej?
– Bezpretensjonalność, prostotę, skupienie na detalach składających się na codzienność, ogromny ładunek emocjonalny osiągany za pomocą bardzo oszczędnych środków wyrazu, powściągliwy humor. Wszystkie te cechy charakteryzują też w mniejszym lub większym stopniu mieszkańców Królestwa Niderlandów. Literatura doskonale wydobywa je na światło dzienne, czasami też w sposób karykaturalny ( w czym celowała Annie M.G.Schmidt).

– Z którego z dotychczasowych tłumaczeń jesteś najbardziej dumna?
Z Pluka. Holendrzy z niedowierzaniem spoglądali na mnie, gdy wspominałam o zamiarze przetłumaczenia tej książki, która obfituje w gry słowne, imiona, nazwy na pierwszy rzut oka nieprzetłumaczalne na język obcy. Jak do tej pory była to moja najbardziej kreatywna praca na polu translatorskim.

– No właśnie. Jaką jesteś tłumaczką? Jakie podejście jest Ci bliższe: matematycznie wierne czy kreacyjne? Fredzia Phi-Phi czy Kubuś Puchatek?
– Ha , literatury nie możemy porównywać do nauk ścisłych – tu nie istnieją gotowe formuły, jak w matematyce czy chemii, więc samo pojęcie matematycznej wierności w ogóle nie ma tu zastosowania… Dobre tłumaczenie wymaga, moim zdaniem, kreatywności. Jednakże w swym twórczym zapale muszę uważać, by nie przekraczać pewnych granic wyznaczonych przez autora. W poszukiwaniu odpowiednich słów oraz zdań , brzmiących jak najbardziej naturalnie w naszym rodzimym języku, uważam by pozostać wierną stylistyce autorki, jej intencjom. (Jak dotąd dziwnym zrządzeniem losu tłumaczę jedynie powieści, które wyszły spod pióra kobiet…). Co do „Winnie- the–Pooh”, to zdecydowanie wolę tłumaczenie pani Ireny Tuwim, mimo jej silnych ingerencji w tekst oryginału. Efekt końcowy usprawiedliwia wszelkie cięcia i przeróbki, jakich dokonała. Potrzeba ogromnego talentu i wyczucia, by móc tłumaczyć, tak jak ona.

– Nad czym pracujesz w tej chwili? O przetłumaczeniu jakiej książki marzysz teraz najbardziej?
– Zakończyłam niedawno pracę nad tłumaczeniem kolejnej książki Marjolijn Hof. Tytułu na razie nie zdradzę, lecz zapewniam, że jest równie ciekawa i emocjonująca jak „Mała szansa”. A marzenia… Chciałabym w najbliższym czasie przetłumaczyć jeszcze parę książek Annie M.G.Schmidt, trwają rozmowy z wydawcą polskim na ten temat. Więc być może marzenie to spełni się już wkrótce! Poza tym mam na oku pewną autorkę niemiecką, również piszącą dla dzieci i młodzieży. Ciekawa jestem, czy zdołam zainteresować nią jakieś polskie wydawnictwo…

Asiu, dziękuję Ci za tę rozmowę i wiele innych…

Joanna Borycka-Zakrzewska – absolwentka filologii germańskiej , jak o sobie mówi : zamężna wciąż szczęśliwie, mama dwóch wspaniałych chłopców, tymczasowa emigrantka , wyznająca filozofię otwartości na to, co niesie dzień…
Dotychczasowe tłumaczenia (wszystkie ukazały się nakładem wydawnictwa Hokus-Pokus)
Annie M.G. Schmidt: „Minu” („Minoes”) 2005, „Julek i Julka 5” („Jip en Janneke”) 2006, „Pluk z wieżyczki” („Pluk van de Petteflet”) 2008
Marjolijn HofMała szansa” („Een kleine kans”) 2010

11 comments Add yours
  1. Amber,
    bardzo celnie to ujelas, Ci ktorzy mieli okazje poznac Joanne osobiscie, istotnie moga potwierdzic Twoje slowa, piekna postac…
    Dziekuje i usciski serdeczne sle,
    Anna

  2. Kuchareczko,
    nie wiem czy i w jakim wieku masz dzieci ani czy sa to dziewczynki czy chlopcy. Powiem tak, Pluka przeczytalismy wszyscy, rodzice, dzieci, dziadkowie, babcie, na glos, wszyscy byli oczarowani, synek pierwszy lat 7 najbardziej te lekture przezywal. Minu jest przepiekna, pod jej wrazeniem byla 10 letnia wowczas corka pierwsza, ktora wlasnie czyta Mala szanse, bo to ksiazka dla niej (i dla mnie takze, a moze przede wszystkim?) Julka i Julki polecac chyba nikomu nie trzeba, to byla lektura dla synka drugiego (5 lat). Jak widzisz, dla kazdego cos sie znajdzie…
    Pozdrawiam serdecznie
    Anna

  3. Aniu, pomysł z rozmowami przy kawie wspaniały!
    I cieszę się, że to właśnie Pani Joanna była pierwszą bohaterką rozmów. Bardzo lubię książki Annie M.G. Schmidt [sama z siebie dla siebie, bo dzieci jeszcze nie mam :)] i niezwykle miło było poznać trochę bliżej Kogoś, kto odpowiada za to, że mogę przeczytać o Pluku w naszym ojczystym języku 🙂

  4. Skoro jest takie zainteresowanie i ciekawe rzeczy tutaj sie dzieja, wiec i ja wpisuje sie na liste, dołączam do Klubu!
    Wywiad bardzo ciekawy, aplaus dla Joanny,to sympatyczna dziewczyna.

  5. Anno, kiedy publikowałaś rozmowy przy kawie mój komputer był zbuntowany. Przez to ten post przeoczyłam…:(. Przeczytałam go teraz, przy herbatce, z wielkim zainteresowaniem. Bardzo sympatyczna postać z Twoje Joanny:) . Bardzo miło się czytało i sama nabrałam ochoty na Pluka i wszystkie pozostałe historie. Bardzo lubię dobrą literaturę dziecięcą:)
    Z radością będę czekać na więcej:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *