Światowy dzień książki, vol.2

Pomyślałam, że wydarzenie takie, jak ŚDK będzie dobrym momentem, by powrócić do mojego książkowego cyklu. Wpis o lekturach ostatnich 3 miesięcy podzielę na 3 części, bo zebranie ich w jednym tylko poście okazało się zajęciem karkołomnym, a i samego czytelnika wystawiającym na solidną próbę wytrzymałości. Czytałam ostatnio zdcydowanie mniej. Wiele czynników miało na to wpływ, ale wolałabym się skupić na książkach, teraz, kiedy w końcu udało mi się usiąść do komputera. Zapraszam do lektury części drugiej.

Książki lutego

„Nikt nie idzie” Jakub Małecki, Wydawnictwo SQN Originals, 2018

To w sumie jednak jest niesamowite, że Małecki z taką samą głebią i czułością tworzy postaci kobiet i mężczyzn. Że przemawiają do czytelnika swoją wiarygodnością losów prostych, zwyczajnych ludzi, których dziesiątki mijamy codziennie na ulicach. A każdy z nich niesie w sobie, jak Klemens w plecaku –  kolorowe balony, swoje utrapienia, poczucie braku, samotność, marzenia i namiętności czy słabość do fontann albo japońskiej ikonografii. Lubię Małeckiego tak bardzo, chyba głównie dlatego, że dzięki jego książkom uczę się czułości i uważności na każdy szczegół i detal w moim codziennym życiu. To dzięki jego książkom mam z tyłu głowy myśl, że nic i nikt nie jest takie, jak nam się wydaje – a najlepsze, co możemy zrobić to nie oceniać. Bo możemy nie tylko  bardzo się pomylić, ale przede wszystkim- wiele stracić…

”Olga zastanawiała się, czy będzie taka sama. Czy stanie się średnią arytmetyczną wszystkich kobiet w swoim wieku. Czy już jest kimś takim. Sądziła, że tak. Wyobraziła sobie siebie w wieku osiemdziesięciu, dziewięćdziesięciu lat, wyobraziła sobie, jak coraz słabszym wzrokiem obserwuje kolejne znikające możliwości: spacer do miasta, kieliszek wina wieczorem, kąpiel pod prysznicem na stojąco, przeniesienie herbaty z kuchni do pokoju bez jej rozlania po drodze. Coraz więcej rzeczy nagle poza zasięgiem. Wyobraziła sobie, że nie mając już żadnego życia, żyłaby tym, które miała wcześniej. Kaliszem, Warszawą, podróżami, wreszcie Wypiekarnią. Igorem. Dalszym ciągiem, którego ona sama jeszcze nie znała. Wszystko w życiu tamtej powolnej, coraz bardziej wystraszonej kobiety zależało od tego, co zrobi teraz ona, trzydziestodwuletnia Olga Lipska, stojąca na trawniku w Chrcynnie.

„Dobre wychowanie” Amor Towles, Wydawnictwo Znak Literanova 2021

„Większość ludzi ma więcej potrzeb niż pragnień. To dlatego wiodą takie życie, jakie wiodą. Ale światem rządzą ci, u których pragnienia górują nad potrzebami.

W sumie nie jestem pewna, czy po lekturze ledwie dwóch książek Towlesa byłabym w stanie skrytykować jakąkolwiek kolejną, która wyjdzie spod jego pióra. “Dżentelmen w Moskwie” zachwycił, a „Dobre wychowanie” jeszcze to wrażenie umocniło (w rzeczywistości to „Dobre wychowanie” było debiutem autora, co pozwala sądzić, że kolejne książki autora trzymają poziom lub wręcz – podnoszą poprzeczkę). Nowy Jork, późne lata 30 XX wieku. Katey Kontent wraz z przyjaciółką Evelyn odwiedza nowojorskie kluby jazzowe, eleganckie restauracje i salony Manhattanu, poznają młodego bankowca Tinkera Greya. Relację między trójką przyjaciół skomplikuje tragiczny wypadek. Książka ma wielu bohaterów, a jednym z nich jest Nowy York i jego złote lata poprzedzające Wielki kryzys. Ale to Katey zachwyciła mnie swoją prostolinijnością, siłą charakteru i klasą. (Taki to już chyba urok głównych bohaterów opowieści Towlesa). To jedna z tych książek, do których na pewno kiedyś wrócę. Już nie mogę się doczekać.

„Jednak dla mnie kolacja w eleganckiej restauracji była najwspanialszym luksusem. Szczytowym osiągnięciem cywilizacji. Bo czymże jest cywilizacja, jeśli nie wzniesieniem się intelektu ponad prozaiczną konieczność (schronienie, pożywienie i przetrwanie) ku sferze wyrafinowanego zbytku (poezji, torebek i haute cuisine)? Całe to doświadczenie było tak odległe od codziennego życia, że gdy wszystko przegniło do cna, elegancka kolacja potrafiła przywrócić człowiekowi ducha. Gdyby to mnie podarowano dwadzieścia dolarów, natychmiast zainwestowałabym je w wytworną godzinę, której nie można oddać w zastaw.”

„Mój ojciec nigdy za bardzo nie narzekał. (…) Ale pewnego wieczoru, pod koniec, kiedy siedziałam przy jego łóżku, próbując go rozbawić anegdotą o pewnym głupku, z którym pracowałam, nagle podzielił się ze mną refleksją, która zabrzmiała tak nielogicznie, że przypisałam ją agonii. Powiedział, że bez względu na wszystkie problemy, jakie go nękały, bez względu na to, jak beznadziejne i zniechęcające wydarzenia następowały w jego życiu, zawsze wiedział, że sobie poradzi, dopóki budząc się rano, będzie wyczekiwał pierwszego kubka kawy. Dopiero dziesiątki lat później zrozumiałam, że dawał mi wtedy radę. Cel nieuznający kompromisów i poszukiwanie wiecznej prawdy mają niekwestionowany powab dla ludzi młodych, o szczytnych ideałach. Ale kiedy tracimy zdolność czerpania przyjemności z przyziemnych spraw – z papierosa wypalonego a werandzie albo z ciasteczka imbirowego zjedzonego podczas kąpieli – to znak, że prawdopodobnie naraziliśmy się na niepotrzebne zagrożenie. Mój ojciec, zbliżając się do końca własnej drogi, próbował mi powiedzieć, że takiego ryzyka nie należy lekceważyć: trzeba być gotowym do walki o swoje proste przyjemności oraz do obrony ich przed elegancją, erudycją i wszelkiego rodzaju efektownymi pokusami.”

„Britt-Marie tu była” Fredrik Backman, Wydawnictwo Sonia Draga 2020

Znacie mnie już i wiecie, że przeczytam każdą książkę Backmana, bo wprost uwielbiam jego styl. I może „Britt-Marie” nie dorównuje „Miastu niedźwiedzia” (nie wierzę, że to piszę! Ja, która nienawidzi podobnych porównań w ramach twórczości jednego autora) ale pozostanie już chyba na zawsze w mojej pamięci. Britt-Marie wierzyła gorąco w pokrzepiającą moc czystych okien, jedynie słusznego porządku w szufladzie ze sztućcami, nieskazitelnej bieli koszul i odświeżonego proszkiem do pieczenia materaca. Wiele, jeśli nie – większość z jej wysiłków zmierzających do utrzymania bezwzględnej czystości i najwyższego porządku w najbliższym otoczeniu były wspierane użyciem sody oczyszczonej. Nie powiem, byłam już wcześniej świadoma, że soda może uratować różne, czasami nawet zupełnie beznadziejne sytuacje, materializujące się w postaci plamy po czerwonym winie na środku bieluśnego świątecznego obrusa. Ale o tak szerokim, jak prezentowany w książce zakres jej użycia, nie słyszałam. Od tego czasu zastąpiłam sodą i octem kilka kluczowych środków czyszczących w naszym domu z efektem równie zaskakującym, co imponującym i nie zamierzam przestać eksperymentować. Polecam więc oczywiście gorąco tę lekturę, tym razem nie tylko z powodu sympatii dla autora i jego stylu.  

”Kilka chwil. Człowiek, jakikolwiek, ma tak niewiele okazji, aby je przeżyć. Zapomnieć o czasie i skoczyć. Kochać coś bez opamiętania. Eksplodować z  namiętności. Kilka razy, kiedy jesteśmy dziećmi, może, jeśli nam to dane. Ale potem, ile oddechów bierzemy poza nami samymi? Ile czystych uczuć sprawia, że cieszymy się, śmiejąc się na głos bez wstydu? Ile mamy szans, żeby zostać pobłogosławionym utratą pamięci? Wszelka namiętność jest dziecinna. Jest banalna i naiwna. Nie jest wyuczona, jest instynktowna, zalewa nas. Powala nas. Oczyszcza nas. Wszelkie inne uczucia są ziemskie, ale namiętność jest kosmiczna. Dlatego jest tyle warta, nie z powodu tego, co nam daje, ale dlatego, że wymaga, abyśmy zaryzykowali. Naszą godność. Niezrozumienie innych i pobłażliwe potakiwania. ”

„Przewóz” Andrzej Stasiuk, Wydawnictwo Czarne 2021

W przypadku prozy Stasiuka mam podobnie jak z Małeckim. Muszę regularnie sięgać po kolejne jego książki, jakby była to wręcz organiczna potrzeba, która pomaga mi utrzymać się przy „czytelniczym” życiu. Może nie jest ona tak paląca, jak w przypadku autora „Dygotu”, ale daje o sobie znać w sposób nieznoszący sprzeciwu. Wobec wydarzeń ostatnich tygodni przypomniał mi się zakupiony wcześniej „Przewóz” i poczułam, że to będzie dobra lektura. Może nie do końca kojąca, ale jednak, wysycona nostalgią i poczuciem uniwersalności zdarzeń. Bardzo lubię i cenię mądrość i styl pisarstwa Stasiuka, jego wrażliwość i sposób w jaki postrzega świat. Nie ma złudzeń, ale zawsze jest wiara, że to, co najcenniejsze przetrwa, obroni się, pozostanie z nami w taki czy inny sposób.

”No więc jechałem dłużej niż zwykle. Być może odwlekając moment spotkania. Przedkładając bezpieczną przeszłość nad teraźniejszość, która okazywała się krucha i nie stanowiła żadnego oparcia. Przecież lepiej jest roić, niż patrzeć jak umieramy. Cienie minionego łagodnie rozstępują się przed nami, gdy wchodzimy do ich królestwa. A materia po prostu obumiera, staje się coraz cięższa i nie wiadomo, co z nią zrobić. ”

ciąg dalszy nastąpi…

2 comments Add yours
  1. Witaj Aniu – bardzo się cieszę , że wróciłaś – czekałam na te książkowe wpisy – codziennie spradzając czy już może wróciłaś . Małeckuego lubię i ja bardzo , a „Nikt nie idzie” pochłonęłam w jeden wieczór.
    Ściskam mocno 🤗
    Joanna – @colours_of_my_happiness

    1. Joasiu to Ty:-)
      dziekuje za ten mily komentarz.
      Malecki jest naprawde wyjatkowy, jedyny taki – a juz niedlugo nowa ksiazka. Nie moge sie doczekac…
      Pozdrawiam Cie bardzo serdecznie
      Ania

Skomentuj Addio pomidory Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *