„Wielki ogarniacz kuchni” – recenzja.

W jednej z tych równie pięknych, co ciężkich książek Gordon Ramsay ku pokrzepieniu serc pisze tak: „Gotowanie powinno sprawiać nam przyjemność, a nie być przykrym obowiązkiem. Czego tu się bać? Uczymy się na własnych błędach, więc gotowania nie należy się obawiać. Ja również popełniam błędy i uczę się nowych rzeczy – to mnie nie powstrzymuje przed gotowaniem i Ciebie też nie powinno. Próbuj gotować tak długo, aż twój strach zniknie”. Ja sobie te słowa bardzo wzięłam do serca, bo bardzo bym chciała, żeby to w końcu przestało być przykrym obowiązkiem.

Nawet już nie chodzi o przyjemność. Mnie w mojej relacji z gotowaniem wystarczy chłodna obojętność. Przyjemność to ja czerpię z innych rzeczy. Na przykład z jedzenia.” („Wielki ogarniacz kuchni”, Pani Bukowa, Pan Buk, Wydawnictwo Znak 2021)

Można by sądzić, że książka pt. „Wielki ogarniacz kuchni” praktykującemu bloggerowi kuchennemu jest absolutnie niepotrzebna. Kiedy Wydawnictwo Znak zaproponowało mi jej zrecenzowanie postanowiłam poczytać sobie najpierw, o co z tym ogarnianiem chodzi (jako marny użytkownik FB nie bardzo orientowałam się w sukcesie wydawnictw Pani Bukowej i Pana Buka). Zdecydowałam się ją przeczytać z 3 powodów.

  1. Potrzebowałam jak ryba wody lektury lżejszej, gwarantującej uśmiech na twarzy.
  2. Byłam szczególnie ciekawa realizacji konceptu ogarniania kuchni.
  3. Pomyślałam, że to z całą pewnością będzie dobra lektura nie tylko dla mnie ale i dla moich dorastających dzieci i osobistej siostry, która – mam wrażenie wciąż stoi na progu kuchni i się waha 😉

No i się nie zawiodłam. Zaserwowano mi lekturę lekkostrawną i ciekawie skomponowaną, okraszoną – niczym babcine pierogi, skwarkami  (znaczy – salwami śmiechu) jak się patrzy.

Wyobraźcie sobie kogoś, kto kuchnię omija szerokim łukiem i żywi się głównie tym, co przyniesie dostawca pizzy. Kogoś, dla kogo zbilansowana dieta oznacza pięć posiłków dziennie – kanapki z dżemem, kanapki z szynką, kanapki z salami, kanapki z serem żółtym, kanapki  z serem topionym … Otóż pewnego wieczoru Beata unosi się honorem (choć – trzeba to przyznać – ilość wypitego wcześniej alkoholu nie jest tu bez znaczenia) i zakłada się z sąsiadem, że wytrzyma przez 2 miesiące „bez zamawiania żarcia, gotowców w mrożonkach i sosów ze słoików”… W ten sposób z czytelnika przeistoczyłam się w kibica 🙂

Książkę przeczytałam w jeden wieczór. Jak już się do niej zasiądzie, to nie sposób odejść od stołu 😉 Kulinarny geek ma kłopoty ze zrozumieniem, że są na tym świecie ludzie, których naprawdę nie kręci gotowanie. (To prawdopodobnie jeden z grzechów głównych każdego neofity). Ta książka to szansa na osiągnięcie porozumienia z kulinarnymi debiutantami. Z całą pewnością pomaga obu stronom odnaleźć potrzebny dystans.

 

 

Historię obserwujemy z perspektywy Beaty i Adriana, jej partnera, co pogłębia efekt komiczny niektórych sytuacji. Autorzy pióro mają lekkie a kreskę w sam raz. Zabawne cytaty z internetów nie tylko prowokują uśmiech, bywa że czasami dają do myślenia. Tak jak i niektóre spostrzeżenia Beaty – choćby te dotyczące zdrowej żywności. Jeśli bowiem jeden tylko regał w wielkim markecie spożywczym oznakowany jest jako zdrowa żywność, to czym jest reszta produktów oferowanych w tym sklepie?

 

 

A i przepisy są! ( w dodatku – do wykorzystania w najbliższej przyszłości).

Listy składników prezentowane są w formie piktogramów. Jeden ogarniający rzut okiem i wszystko wiadomo – zresztą, same składniki to właściwie produkty pierwszej potrzeby. Przepisy zaś są proste i szybkie w wykonaniu. Sposób przygotowania – klarowny. Jeśli więc komuś, przy okazji lektury, przyjdzie do głowy coś sobie ugotować (co, po lekturze książki oceniam jako wysoce prawdopodobne) – naprawdę niewiele wystarczy. Może się okazać, że gotowanie to rzeczywiście kwestia do ogarnięcia, dla każdego. „Wielki ogarniacz kuchni” przekazuję dalej moim dzieciakom i siostrze, jako się rzekło i wszystkim innym chętnym znajomych królika, bo to naprawdę lektura, która bawi i cieszy (niektórych może także nauczyć tego czy owego;-) Wszak „W życiu każdego dorosłego człowieka w końcu przychodzi taki moment, że musi sobie odpowiedzieć na pytanie: Co dziś na obiad?”

 

 

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Znak. Dziękuję! I polecam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *