Książki stycznia.

Jeśli czytelniczo ten rok będzie taki jak styczeń, to będzie naprawdę wyjątkowo. Ponieważ nie pojechaliśmy na Święta do Polski, musiałam na początku stycznia pobuszować w biblioteczce, żeby odnaleźć coś do czytania, a co jakimś cudem, gdzieś mi na moich pourywanych, podwójnie obłożonych półkach umknęło.  I znalazłam tam perełki. Trzymam się zasady, że nie zamawiam nowych książek, jeśli nie przeczytałam tych, które wcześniej kupiłam. Pojedyncze sztuki, od czasu do czasu, mogą się gdzieś jednak zapodziać. Na szczęście!

Bywają to książki woluminowo imponujące lub – wręcz odwrotnie, niepozorne formatem, dlatego łatwiej im umknąć przed błędnym spojrzeniem zaczytanej gapy. I kiedy cud-mąż odkrywał pozytywne strony czytnika ebooków, mnie zaczął ogarniać dyskomfort niepewności a poczucie zagrożenia sprawiało, że wierciłam się w moich przeróżnorakich czytelniczych pozycjach. Denerwowałam się, że zapasy się skończą, a książki nie dotrą.  Dzień bez książki… wiadomo…

Ale do rzeczy! Poniżej styczniowe zestawienie z happy endem 🙂

 

 

„Beatlesi” Lars Saabye Christensen, Wydawnictwo Literackie 2016

Ależ się chcichrałam (szczególnie na początku) w czasie tej lektury. Aż rodzina wyraziła zaciekawienie. Bardzo cenię i lubię styl Christensena. I spośród książek jego autorstwa przeczytanych dotychczas, tej przyznaję drugie, zaszczytne – bo tuż po genialnym i nie do pobicia „Półbracie”, miejsce. Zabawne losy szczenięcej, a potem dojrzalszej i już nieco bardziej mrocznej przyjaźni czwórki chłopaków z Oslo w latach 60 XX wieku, to gratka, dla dziewczyny, wychowanej w Polsce, urodzonej kilka lat po opisywanych wydarzeniach, a dziś – matki takich wyrostków. Oczywiście można by mieć zastrzeżenia tu i ówdzie, ale losy chłopaków, ich marzenia, aspiracje, wygłupy i pomysły oraz przyczajony za rogiem strach, a przede wszystkim lekkość i bezpretensjonalność opowiadania naprawdę mnie urzekły. Polecam gorąco!

 

„Miłość i cienie Isabel Allende, Wydawnictwo Muza 2002

Kiedy wzięłam do ręki tę niepozorną formatową książkę, westchnęłam na wspomnienie tego, jak ostatnimi laty pięknie wydaje się Allende (By wspomnieć tylko „Długi płatek morza”, „W samym środku zimy” czy wznowiony wreszcie, po latach „Dom duchów”). „Miłość i cienie” naprawdę nie narzuca się czytelnikowi. Ale i tak – na jej widok ucieszyłam się bardzo, bo Allende, jak wielu z Was zapewne wie, cenię sobie niezwykle, a tej pozycji nie znałam. Może czekała na ten moment? Bo kiedy autorka pisze o działaniach reżimu i propagandzie to skóra cierpnie na skutek refleksji, jak bardzo i porażająco to aktualne. Jest i historia miłosna, a jakże – jej nie może zabraknąć, ale tło historyczne – jak zwykle – arcyciekawe. Książka przeczytana nocą, oderwać się było nie sposób, powędrowała natychmiast do Ewy, której niniejszym dziękuję bardzo serdecznie za przywrócenie mnie do twórczości Allende.

 

„Kroniki beskidzkie i światowe” Andrzej Stasiuk, Wydawnictwo Czarne 2018

„O tym jest przecież biotechnologiczna i medyczna opowieść ostatnich lat. Już nie o leczeniu, ale o przedłużaniu życia. Nikt nie formułuje tego wprost, ale to naturalne, że zapragniemy doprowadzić rzecz do końca. Nie do powstrzymania jest ten gatunek w dążeniu i do samozagłady, i do przetrwania. O wszystko można nas podejrzewać, poza umiarem. Więc będziemy grzebać i gmerać w cudzie życia, aż przestanie być cudem. W komórkach, w organizmach, we krwi, w płynach i błonach, będziemy to mieszać, sklejać, podsycać, ożywiać i hodować. Aż samo zacznie rosnąć.”

Zaznaczyłam w tej książce wiele akapitów. Jak w każdej książce Stasiuka. Zmysł obserwacji i chłodny dystans, w którym jednak żarzy się pasja – za do cenię go niezwykle. I tak, jak to ktoś kiedyś powiedział – Wolę być naiwny niż cyniczny, myślę że Stasiuk funkcjonuje zawsze gdzieś pomiędzy tymi dwoma rejestrami.

Nie mogę nie zacytować tu jeszcze jednego dłuższego fragmentu, który przywiódł mi na myśl nasze smutne pandemiczne czasy.

„To dziwne uczucie, gdy przychodzimy do kogoś, wiedząc, że niebawem go nie będzie. Powinniśmy pytać go o rzeczy, które teraz tylko on wie. Na przykład jak to jest, że się już wie? Jak z tą wiedzą jest? (…) O czym się myśli? i co się widzi, co się wie z rzeczy, których się wcześniej nie widziało ani nie wiedziało? Czy są słowa, które się nadają do mówienia w tych ostatnich dniach? I czym jest samotność tych chwil, kiedy nie jesteśmy już tu, a jeszcze nie tam? (…) Nie wiem, czy to jest wstyd, czy strach. Wstyd, że jesteśmy jak dzieci i chcemy rozmawiać o rzeczach, których nie ma. O tym, że próbujemy czegoś oczekiwać, chociaż w to nie wierzymy. A może tej wiary jest tak mało, że nie starcza na rozmowę. Nie starcza na dwóch, na dwoje. Być może pielęgnujemy ognik gdzieś na dnie ciemności, lecz jest tak wątły, że jedno słowo albo nawet myśl mogą go zgasić. To jest nasz lęk i nasz wstyd. Że nie potrafimy odprowadzać umierających, a umierający nie potrafią wskazać nam drogi. Siedzimy naprzeciwko trochę wpatrzeni w siebie, trochę unikający wzroku. Jakbyśmy nie chcieli się nawzajem ranić. Oddzieleni, ale wspólnie wypatrujący znaków tego, co ma nadejść. Połączeni dziecięcą magią, według której niewypowiedziane, jak wilk z lasu, nie nadejdzie lub chociaż zwolni i zaczeka. I tylko to można zrobić: czekać wspólnie. To nie jest dużo, ale niewykluczone, że na razie to jest wszystko.”

Nagle okazało się, że pandemia odebrała nam tę właśnie możliwość wspólnego czekania, a w tym kontekście, odebrała to wszystko, co mamy.

 

„Jak zawsze” Zygmunt Miłoszewski, Wydawnictwo W.A.B 2017

Z tą książką wiąże się pewna historyjka. Natknęłam się na nią pierwszy raz jakieś 3 lata temu. Znalazłam ją w biblioteczce domu na Kaszubach, który w czasie wakacji wynajmowaliśmy. Pierwsze strony bardzo mnie wciągnęły. Ale zaraz dołączył cud-mąż, który książkę do lektury przejął. Wiedziałam już wtedy, że kiedyś jeszcze chciałabym do niej wrócić. Aż w końcu jakiś rok temu a może nawet dłużej, nie wiem, nieistotne, dostrzegłam ją na półce u koleżanki Asi, która pożyczyła mi ją z gorącym poleceniem. Jakimś cudem książka musiała odczekać kolejnych wiele miesięcy, co więcej – zapytana w końcu nią przez właścicielkę – zaparłam się faktu jej pożyczenia. Tymczasem, ja po prostu nie skojarzyłam tytułu, o który upomniała się jego właścicielka, z okładką, która zapadła mi w pamięć, a której zapalczywie poszukiwałam w pierwszych dniach stycznia, spragniona interesującej lektury. Co dowodzi jednej, trochę wstydliwej o mnie prawdy – słabą mam pamięć do tytułów.

Miałam okazję uczestniczyć w spotkaniu autorskim z udziałem Miłoszewskiego. Poszłam, ciekawa osobowości artysty, nie autora kryminałów, których nie czytam. I wtedy pomyślałam, że jeśli tylko popełni jakąś książkę, która kryminałem nie będzie – to może na mnie liczyć.

Sami wiecie, odbiór książki to rzecz absolutnie subiektywna, ale mną ta książka potrząsnęła. Uświadomiłam sobie wiele spraw, których istnienia do tej pory podejrzewałam ledwie. I poczułam, że muszę w drożyć w życie różne drobne i większe działania, które wciąż odkładałam na wieczne później, że nie ma czasu.

A potem jeszcze, przyszła radość z lektury i ciekawość, jak autor umyślił sobie poprowadzić wątek główny, wybrnąć z niego, doprowadzić do końca. W kontekście powyższych wdzięczna będę dozgonnie dwóm osobom – autorowi, że książkę, która szerzej otworzyła mi oczy i zmusiła do działania, napisał oraz koleżance, która swoją książkę mi powierzyła. (Asiu, dziękuję i  obiecuję, że wróci do Ciebie, jak tylko wszystko to wreszcie umożliwi nam spotkanie, w wyborowym jak zawsze – towarzystwie).

 

„Wielka samotność” Kristin Hannah, Wydawnictwo Świat Książki 2018

Jakoś tak się do tej pory z książkami Hannah mijałam. Zostawiałam je w myślach na czas wakacji, uznając za lekturę lekką, by finalnie o niej zapominać w moich urlopowych wyborach czytelniczych. Aż w końcu, ostatnio – poleciła mi jej książki czytelniczka. Postanowiłam spróbować, dać szansę autorce. Zamówiłam sobie „Wielką samotność” właśnie i „Zimowy ogród”, który zostawiłam sobie na później. I muszę przyznać, że jest w tej książce coś. Coś takiego, co sprawiło, że ponad tydzień po jej przeczytaniu moje myśli regularnie w ciągu dnia do niej wracają. Może to ta Alaska, z jej magią i całym okrucieństwem wymuszającym zwierzęcą niemal chęć przetrwania? Trzeba przyznać, że wizja tej Alaski nijak się miała do zabawnego i – to trzeba przyznać – wypranego z naturalizmu, obrazu Alaski, który utrwalił się mi po serialu „Przystanku Alaska” (podobieństwa też oczywiście są – by wspomnieć tylko alaskańskie łosie przechadzające się po ulicach czy wierzenia rdzennych mieszkańców). O głównym wątku chciałoby się powiedzieć – ale to już było. Być może jednak to te alaskańskie klimaty wyostrzają jeszcze jego krawędzie, zmieniając ogląd i wzbudzając zainteresowanie?

 

 

„Z niejednej półki. Wywiady” Michał Nogaś, Wydawnictwo Agora 2020

Zaczęłam lekturę tego opasłego tomu (tu pragnę złożyć zażalenie do wydawcy, że format książki jest wyjątkowo nieporęczny, mam trudności z utrzymaniem go w rękach w czasie lektury – żeby nie było, że wszystko mi się podoba) od wywiadów z moimi ulubionymi kobiecymi pisarkami. Tokarczuk, Strout, Atwood, Wassmo, Proulx, Munro, Masłowska… No i miałam poczucie, że uczestniczę w uczcie, dosłownie, tak smakowały mi te chwile obcowania z autorami inaczej, niż zwykle. Opowieści o zbieraniu materiałów do książki i powodach dla ich napisania (Proulx), samego sposobu pisania i szukania inspiracji w świecie otaczającym (Strout!) czy o tym – że tę całą tragiczną pandemię przepowiadała już w rozmowie z Nogasiem Margaret Atwood w 2017 roku – to coś naprawdę fascynującego dla wielbicieli twórczości autorów, z którymi redaktor Nogaś rozmawiał. Chylę czoła przed ogromem wykonanej pracy, a samo dzieło – dawkuję sobie jak tabletki z nikotyną dla rzucających palenie (gwoli ścisłości – nigdy nie paliłam, ale znam zasadę działania) regularne dawki każdego dnia mają utrzymać mnie w stanie nie narzucającym poczucia braku.

PS. Na początku, kiedy już dopuściłam do głosu i autorów, miałam trochę takie wrażenie, że dużo w tej książce Trumpa i polityki w ogóle – a przecież wszyscy chyba chcielibyśmy już o nim zapomnieć. Po zastanowieniu uznałam – że wynikało to zapewne z momentu, w którym rozmowy były przeprowadzane, a który był mocno naznaczony tą nieszczęsną prezydenturą. Jednocześnie – autorytety, także te z dziedziny literatury – muszą zabierać głos w sprawach, które w sposób pośredni i bezpośredni dotyczą nas wszystkich. Bo dają nam poczucie, że zabierają publicznie głos także w naszem imieniu. Nawet jeśli na czele państw czy – by nie szukać daleko – członkami rządu i na ich czele  stają osoby, które otwarcie przyznają się do nieczytania książek.

Drogi Panie Redaktorze!

Dziękuję bardzo serdecznie! I proszę o więcej, na świecie jest tak wielu pisarzy, którym może Pan jeszcze postawić kolejne ważne i ciekawe pytania…

 

 

„Holenderska dziewczyna” Marente de Moor, Wydawnictwo Relacja 2020

„Niemcy, 1936 rok. Naziści dochodzą do władzy. Janna, młoda Holenderka, zostaje wysłana przez ojca do rozgoryczonego arystokraty Egona von Böttichera, który ma ją trenować w szermierce. Złowroga atmosfera, moralne dylematy, szalone namiętności, wszystko to ujęte w pięknie wyrzeźbione zdania”. To tyle, jeśli chodzi o informacje od Wydawcy. Zgadzam się absolutnie ze wszystkimi. To także ten krótki opis zachęcił mnie do kupna książki. I muszę przyznać, że na początku lektury wpadłą w czytelniczą euforię – Boże – jak ona pisze! – myślałam sobie w niemym zachwycie. Potem, było już spokojniej, z epizodami zniecierpliwienia. Ale miała dla mnie ta książka jeszcze jedną dodatkową wartość ze względu na opisywane w niej miejsca i wydarzenia historyczne dotyczące społeczności żyjących na pograniczach.

„W bardziej dystyngowanej, oficjalnej części domu panowała cisza, która była wyjątkowo wyraźna, jako że wszystko bardzo tutaj hałasowało, kiedy ktoś odważył się postawić tu stopę. Sporadyczne ruchy witane były przez progi, podłogi i meble cała salwą odgłosów skrzypiącego drewna. Nikt nie miał ochoty słuchać tych trzasków (…) 

Schody niosły nas jak leciwe, juczne zwierzę pociągowe, skrzypiąc z podestu na podest. Na jednym z nich służący przystanął na chwilę, odstawił walizkę, ale za chwilę chwycił za poręcz i wywołując nową falę skrzypień, ruszył dalej, schodek za schodkiem.”

 

 

„Rozkoszne. Wegetariańska uczta z polskimi smakami” Michał Korkosz, Wydawnictwo Kraków 2020

Coraz mniej kupuję książek kucharskich. A jeśli już – to naprawdę muszę być przekonana, że będę z niej korzystać. Szczęśliwie te moje wybory okazują się trafne, a książki zalegają w kuchni, zagracając wolne kąty i zakamarki, bo zawsze muszą być pod ręką. Z Przepisami Michała Korkosza czytelnicy Addio mieli już okazję się zapoznać, od kupienia książki wypróbowałam już kilka z nich, głownie na słodkości i jestem pod wrażeniem wyrafinowanej prostoty, która według mnie jest znakiem rozpoznawczym Michała. Autor prowadzi blog rozkoszny.pl Polecam zaglądać i korzystać. Fajnie, że młodzi ludzie z pasją osiągają takie sukcesy jak Michał.

to be continued…

2 comments Add yours

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *