Książki czerwca.

Może się wydawać, że ostatecznie porzuciłam gotowanie na rzecz czytania książek. I tkwi w tym sporo prawdy, nawet jeśli jest chwilowe i wymuszone okolicznościami remontowymi. Wszystko toczy się zgodnie z planem, szczęśliwie bez opóźnień i na dwa najbliższe dni zapowiadana jest instalacja nowej kuchni. A w niej – wreszcie – płyta grzewcza (jak ja marzę o jajecznicy i naleśnikach) i piekarnik parowy (domowe ciasto!!! i chleb z chrupiącą skórką!) Jak widzicie, wszystko jest na dobrej drodze. Tylko jeszcze urlop, który zbliża się wielkimi krokami…

Zapewne zatem jeszcze przez chwilę na Addio pojawiać się będą głównie wpisy książkowe. Wydaje mi się, że pośród książek przeczytanych w czerwcu (a był to znowu bardzo udany czytelniczo miesiąc) mogę już teraz wytypować moją faworytkę na najlepszą książkę roku. I to od niej rozpocznę moje czerwcowe zestawienie.

 

Chimamanda Ngozi Adichie „Amerykaana”, Wydawnictwo Zysk i S-ka 2019

Nie wiem, czy bardziej poruszyła mnie opowieść, czy sama jej bohaterka. Nie będę rozstrzygać – zasadniczo świadczy to o sile tej książki. „Amerykaana” ma moc otwierania oczu. Skłania, by wytężać wzrok daleko poza horyzont własnych wyobrażeń, pogłębiać je, wychodzić ze strefy komfortu, by jednocześnie – uświadomić sobie, jak bardzo złożone jest to, co uważało się dotąd po prostu za czarno-białe. Odwaga bohaterki, by żyć według własnych zasad, dokonywać trudnych, nieoczywistych wyborów, iść pod prąd, a przecież w zgodzie z tym, co podpowiada serce, jest imponująca. Siłą książki jest w pewnym sensie szkatułkowość opowieści – bohaterka prowadzi blog, którego fragmenty czytelnicy mają okazję śledzić (pozwoliłam sobie zacytować fragment poniżej) oraz jej aktualność. Absolutnie świetna książka!

„Żeby czarni nie-Amerykanie mogli zrozumieć Amerykę: amerykańska plemienność

W Ameryce plemienność ma się bardzo dobrze i kwitnie. Dzieli się na cztery rodzaje – klasa, ideologia, region i rasa. Najpierw klasa. Bardzo proste. Bogaci i biedni.

Następnie ideologia. Liberałowie i konserwatyści. Nie tylko nie zgadzają się w kwestiach politycznych, ale jedni uważają drugich za wcielenie zła. Odradza się mieszane małżeństwa, a w rzadkich sytuacjach, kiedy do nich dochodzi, uważa się je za coś niezwykłego. Po trzecie, region. Północ i Południe. Obie strony toczyły ze sobą wojnę i jej ślady wciąż są widoczne. Północ patrzy na Południe z góry, a Południe nie lubi Północy. Wreszcie rasa. W Ameryce jest drabina hierarchii rasowej. Biali są zawsze na szczycie, zwłaszcza biali anglosascy protestanci, znani też jako WASP, a amerykańscy czarni zawsze na samym dole, natomiast to, co jest pomiędzy, zależy od czasu i miejsca. (…) Amerykanie zakładają, że każdy tę plemienność rozumie. Ale trzeba czasu, żeby się w niej połapać. Na przykład do college’u przyjechał uczony z gościnnym wykładem i jedna studentka szepnęła do drugiej: „O mój Boże, straszny Żyd” i zadrżała, dosłownie zadrżała. Jakby Żyd to było coś złego. Nie mogłam tego zrozumieć. Dla mnie ten człowiek był biały, niczym się od tej studentki nie różnił. Dla mnie Żydzi byli czymś niepojętym, biblijnym. Ale szybko się nauczyłam. Widzicie, na amerykańskiej drabinie rasowej Żydzi należą do białych, ale jednak stoją kilka szczebli niżej od białych. Trochę to było niejasne, ponieważ znałam jasnowłosą, piegowatą dziewczynę, która powiedziała mi, że jest Żydówką. Skąd Amerykanie wiedzą, kto jest Żydem? Skąd ta studentka wiedziała, że ten facet był Żydem? Przeczytałam gdzieś, że w amerykańskich college’ach pytali dawniej kandydatów o nazwisko panieńskie matki, żeby się upewnić, że nie są Żydami, bo Żydów nie przyjmują. Więc może  w ten sposób można ich rozpoznać? Po nazwiskach? Im dłużej się tu jest, tym więcej się rozumie.”

 

Jaume Cabre „Agonia Dźwięków”, Wydawnictwo Marginesy 2017

Do Cabre wróciłam po kilku dobrych latach. Kiedy po lekturze „Wyznaję” sięgałam po kolejno wydawane na polskim rynku książki autora, aż do przesytu. Wiadomo również, że nie wszystkie są równe i w sumie – żadna tak doskonała, jak „Wyznaję” (pisałam o niej tutaj), ale z sentymentem po latach wróciłam na ścieżki kreślone piórem mistrza. Ścieżki, których topografia jest mi doskonale znana.

 

David Sedaris „Calypso”, Wydawnictwo Filtry 2020

Rodzina. Można o niej pisać na setki sposobów. I każdy może być dobry. Bo każda jest inna. I może być uznana za dziwną. Sedaris, z humorem, dystansem, sarkazmem i ironią opisuje swoją rodzinę i człowiek myśli sobie – naprawdę??? Jest w tym pisaniu spora doza dezynwoltury, która z łatwością mogłaby przesłonić dające się dostrzec mimo wszystko problemy: odrzucenia, braku akceptacji, potrzeby miłości, straty i tęsknoty. Muszę przyznać, że barwna to książka.

 

Daisy Johnson „Pod powierzchnią” Wydawnictwo Świat Książki 2019

Chyba nie mogę polecić Wam tej książki. Przynajmniej nie tak z czystym sumieniem. Przeczytałam ją, ale mnie nie przekonała, nie rozumiałam niektórych decyzji narracyjnych, a szczególnie niepotrzebnego zaplątania, pogmatwania i zabiegów czasowych, które lekturę utrudniały a od książki wręcz odstręczały. Wymęczyła mnie, choć widziałam opinie pełne zachwytu. A więc – czytacie na własną odpowiedzialność 😉

PS. Z dwu książek w czerwcowym zestawieniu, poruszających kwestie relacji matka – córka, zdecydowanie bardziej przemawiają do mnie „Przywiązania” niż „Pod powierzchnią”.

 

Brit Bennet „Moja znikająca połowa”, Wydawnictwo Agora 2020

Ooo, a tu z kolei zaskoczenie. Bo zasadniczo – książka przyzwoita, dobrze napisana, bardzo wciągająca. I jednocześnie – otwierająca oczy na istnienie świata, o którego istnieniu nie miało się do tej pory pojęcia. A więc – zasadniczo – super. Oczekiwałam chyba jednak więcej. Miałam poczucie, że szansa na książkę wybitną autorka zmarnowała. Nazbyt gładko autorka prześlizgnęła się po kwestiach poszukiwania tożsamości, dokonywanych w związku z tym wyborów i ich konsekwencji. Czegoś mi tu jednak zabrakło. Dobra książka. Tylko tyle i aż tyle.

 

Denis Johnson „Sny o pociągach”, Wydawnictwo Czarne 2021

Książka, do której będę miała szczególny sentyment. Króciuteńka, kameralna, przypominająca mi „Pieśń koguta” (pisałam o niej tutaj), choć to może dziwne zestawienie. Smutna, zostająca w pamięci.

 

Marie Aubert „Zabierz mnie do domu”, Wydawnictwo Pauza 2021

To zbiór opowiadań, po każdym z nich miałam lekki niedosyt i poczucie, że mogłoby mieć zdecydowanie większą objętość, ba -rozrosnąć się do samodzielnej powieści. Marie Aubert – ma zatem ogromny potencjał i pióro, które lubię. Oszczędne, trafiające w punkt, nieoceniające, a czerpiące obficie z uważnej, skupionej obserwacji drugiego człowieka. Jego obraz może się wydać zasmucający i pesymistyczny, ale i tak – warto.

 

Vivian Gornick „Przywiązania”, Wydawnictwo Filtry 2021

Czytam większość książek polecanych przez redaktora Nogasia. I nigdy się nie zawodzę. Kiedy jakiś czas temu usłyszałam, jak mówi o „Przywiązaniach”, od razu wpisałam je na listę zakupową. Cóż to za książka! Mocna, bolesna. Prawdziwa. Świetnie napisana. Rewelacja.

„Nie mogąc liczyć na to, czego chciała od życia, czego we własnym mniemaniu potrzebowała i co jej się należało, mama zniknęła za chmurą nieszczęścia. W tej chmurze czuła się bezradna, krucha i godna współczucia. Gdy się jej powiedziało, że ta uporczywa melancholia jest udręką dla osób zmuszonych ją oglądać, robiła zdziwioną minę. Z błyskiem żalu i gniewu mówiła wtedy: „Nic na to nie poradzę. Właśnie tak się czuję. Nie mogę udawać, że jest inaczej”. Skrycie uważała swoją depresję za oznakę wrażliwości, uczuciowej i duchowej głębi. Nie dopuszczała do siebie myśli, że jej zachowanie szkodzi innym, nie uznawała też istnienia pewnego minimum komunikatywności, poniżej którego nikt nie ma prawa schodzić. Nie rozumiała, że jej uparte trwanie w nieszczęściu było oskarżeniem i oceną. „Ty? – zdawało się mówić każde jej ciężkie westchnienie. – Nie, to nie ciebie potrzebuję. Ty nie zdołasz mnie ukoić, rozchmurzyć, uzdrowić. Ale jesteś najdroższą mi osobą, twoim zadaniem jest rozumieć, twoim przeznaczeniem żyć na co dzień ze świadomością, że nie potrafisz wyleczyć mnie z bólu po mojej stracie.”

 

Sigrid Nunez „Sempre Susan”, Wydawnictwo Pauza 2021

Prawdopodobnie przeczytam wszystko co wyjdzie jeszcze spod pióra Sigrid Nunez. Po genialnym „Przyjacielu” (tutaj) i „Pełni miłości” (tutaj) przyszedł czas na „Sempre Susan” – choć akurat po tę pozycję sięgnęłam także ze względu na bohaterkę, a nie samą autorkę. I chylę czoła wobec tej opowieści, jakże uczciwej i szczerej. A przecież pokusie – by przekroczyć cienką linię dyskretnej, niemal beznamiętnej choć miejscami – czułej obserwacji wielkiej artystki, Nunez mogła ulec i byłoby to jej wybaczone. Chylę czoła wobec maestrii autorki – odmalowała portret Susan Sontag używając do tego wszelkich możliwych środków, odcieni, barw i perspektywy uczciwie, bez retuszu i wnikliwie.

 

Jesmyn Ward „Zbieranie kości”, Wydawnictwo Poznańskie 2020

Siedzisz w domu z książką na kolanach. Za oknem burza, nagła, potężna, zalewająca okoliczne pola, centrum, domy, restauracje i piwnice, zmieniające krajobraz przed domem w rwący strumień. Poczucie bezpieczeństwa ledwie połechce niepokój. Bo jesteś w środku. Bo przecież masz dach nad głową, którego nie porwie huragan. I w tym samym czasie czytasz o Katrinie, która rozpędza się do piątej kategorii, pustosząc z niepojętą mocą całą okolicę.

Obwiążę kawałki szkła sznurkiem i powieszę odpryski nad łóżkiem, żeby świeciły w ciemności i opowiadały o Katrinie – o matce, która przetoczyła się przez Zatokę i wyrżnęła swoje dzieci. Jej rydwanem był huragan tak silny i czarny, że Grecy uznaliby, że ciągnęły go smoki. Była morderczą matką siekącą do kości, ale pozwoliła nam przeżyć, choć pozostawiła nas gołych, zdumionych, pomarszczonych jak niemowlęta, ślepych jak szczeniaki i wygłodniałych słońca jak świeżo wyklute małe węże. Zostawiła nam ciemną Zatokę i spalony od soli ląd. Kazała nam nauczyć się raczkować. Nauczyła nas zbierać. Jest matką, którą zapamiętamy, póki nie nadejdzie następna o wielkich, nieznających litości dłoniach spragnionych tylko krwi.

Absolutnie poruszająca i przejmująca to opowieść o potrzebie miłości, osieroceniu, rodzinie, braku szans na lepsze życie i wykluczeniu społecznym. Przepiękna. Chyba nawet lepsza od opisywanej tutaj „Śpiewajcie, z prochów śpiewajcie”. Polecam gorąco!

 

to be continued…

2 comments Add yours
  1. Dziękuję!!!! W końcu udało mi się znaleźć, w którym polecane są mądre książki (niekoniecznie tylko te gratisowo przekazywane blogerkom przez wydawnictwo i zawsze zachwalane jako superowskie).

    1. Droga Asiu,
      ja tylko staram się starannie dobierać lektury, a potem piszę o swoich wrażeniach z nimi związanych. To oczywiście bardzo subiektywne, ale jeśli służy komuś jeszcze jako wskazówka – to bardzo się cieszę. Witam Cię bardzo serdecznie, cieszę się, że tu jesteś. Pozdrawiam, Ania

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *