środa, 31 sierpnia 2016

Bakłażan z pieczarkami , (chorizo), cieciorką i pomidorami.



I pomyśleć, że kiedyś nie przepadałam za bakłażanem… A dziś, na samą myśl o chrupiących pieczonych bakłażanach, oberżynie zapiekanej z pomidorami czy o mussace moje ślinianki wyrabiają 300 procent normy.

Oba wspomniane przepisy pojawiły się już na blogu, zdobywając spore uznanie. Zatem polecam! Podobnie jak i dzisiejszą propozycję – zacny, treściwy gulasz z bakłażanem. Kto musi dodać mięso, dodaje, reszta za mną. 

Bakłażan z pieczarkami , (chorizo), cieciorką i pomidorami

Składniki:
700 g dojrzałych pomidorów
1 duży bakłażan (ok. 350 g)
1 cebula
3 ząbki czosnku
sok z cytryny
oliwa
1 słoik cieciorki (lub 200 g ugotowanej)
500 g pieczarek
opcjonalnie* – 150 g chorizo lub wędzonego boczku (zależnie od dostępności)
sól, pieprz, cynamon, oregano lub zioła prowansalskie

Przygotowanie:
1. Na oliwie szklimy posiekaną drobno cebulę. Dodajemy pokrojony drobno czosnek. Przekładamy do garnka, w którym będziemy gotować nasz gulasz.
2. Na tej samej patelni umieszczamy pieczarki (najlepiej w całości, jeśli są małe, jeśli nie – pokrojone na połówki lub ćwiartki), skrapiamy je sokiem z cytryny, mieszamy i podduszamy, następnie przekładamy do garnka z cebulą.
3. Na tę samą patelnię przekładamy pokrojonego w dużą kostkę bakłażana, dusimy przez chwilę, umieszczamy w garnku.  
4. Pomidory sparzamy, obieramy ze skórki, kroimy w kostkę. Przekładamy do garnka.
5. Dokładnie mieszamy zawartość garnka i gotujemy do momentu, aż pomidory się rozpadną, a powstały z nich sos zgęstnieje.
6. Dodajemy cieciorkę i ewentualnie chorizo pokrojone w plasterki. Doprawiamy.
7. Podajemy oprószony parmezanem.

*przygotowuję sobie ten gulasz bez mięsa, ale tym, którzy wolą potrawy mięsne polecam wersję z chorizo lub boczkiem, w obu przypadkach mięso należy wcześniej wytopić na patelni i osuszyć na ręczniku papierowym.

Smacznego!

piątek, 26 sierpnia 2016

Ekspresowa granola z patelni. Rewelacja!



Nauczyłam się już przygotowywać owsiankę w 5 minut. Nieskromnie przyznam, że naprawdę nabrałam w tym wprawy. W chwilach największego porannego pośpiechu marzy mi się czasami granola, taka chrupiąca, orzechowa w smaku.

 I tak zrodził się pomysł na granolę z patelni. W pośpiechu się zrodził. Ale przetestowałam go już wielokrotnie. I zawsze udaje mi się zmieścić w kwadransie, a w nagrodę mam pyszną chrupiącą granolę, ośmielę się stwierdzić - że lepszą od tej z piekarnika. Spróbujcie koniecznie. Polecam gorąco!


Ekspresowa granola z patelni

Skladniki:
100 g płatków owsianych górskich
2 łyżki oleju kokosowego
2 łyżki syropu z agawy/syropu z daktyli/miodu/syropu ryżowego

Ponadto:
owoce
jogurt
orzechy i/lub ziarna*

Przygotowanie:
1. Na patelni o dużej powierzchni (min. 28 cm) wysypujemy płatki. Rozprowadzamy równomiernie. Pozostawiamy tak na ok. 10 minut, od czasu do czasu potrząsając patelnią.
2. W garnuszku rozpuszczamy olej kokosowy i syrop.
3. Płatki będą gotowe, kiedy zauważymy, że ładnie brązowieją i zaczynają pachnieć orzechami.
4. Wówczas wylewamy na patelnię olej z syropem. Mieszamy dokładnie, pozostawiamy na minutę na patelni, wyłączamy gaz. Odstawiamy na bok na czas przygotowania owoców i jogurtu. Podajemy przestudzone. Voilà. Granola w kwadrans gotowa!


*ziarna i orzechy możemy uprażyć razem z płatkami lub dodać je później.



Smacznego!

środa, 24 sierpnia 2016

Filety z kurczaka w pesto, z polentą.




Pamiętacie bajki z naszego dzieciństwa?(Zaraz się wyda, ile kto ma lat…) Urodzeni w latach siedemdziesiątych z pewnością kojarzą Delfina Uma, Załogę G i Panią Łyżeczkę?Moją największą sympatię w tym zacnym gronie wzbudzał od zawsze delfin Um i jego wesoła kompania - Marina, Janek, miś koala Raul i kruk Sebastian. O każdej porze dnia i nocy mogłabym zanucić piosenkę z filmu i niechybnie łezka by się w oku zakręciła narażając na szwank staranny makijaż.

Można nie pamiętać imion poszczególnych bohaterów, ale jedno z nich zostało w pamięci chyba wszystkim – Polenta! Tajemnicza kucharka, ukryta w czeluści bulaja.

(Czasami czuję się jak ta Polenta właśnie. Zajęta w kuchni, niewidoczna, acz dająca się usłyszeć postukiwaniami garnków).

Na propozycję polenty zawsze odpowiem: Si! A Wy?



Grillowane filety z kurczaka w pesto 

Składniki:
0,5 kg filetów z piersi kurczaka zagrodowego
kilka łyżek pesto
sól
odrobina soku z cytryny
odrobina oliwy do smażenia 

Przygotowanie:
1. Filety myjemy, dokładnie osuszamy, kroimy na mniejsze cząstki wedle uznania. Lekko nacieramy solą i skrapiamy sokiem z cytryny. Odstawiamy na czas przygotowania polenty.
2. Każdy kawałek smarujemy z obu stron porcją pesto.
3. Na patelni grillowej rozgrzewamy odrobinę oliwy, smażymy kurczaka z obu stron. Podajemy z sałatą i polentą. 

Polenta z oliwkami i szuszonymi pomidorami 

Składniki:
1 szklanka polenty (kaszki kukurydzianej)
3 szklanki bulionu lub gorącej wody
garść pokrojonych czarnych oliwek
garść suszonych pomidorów
garść tartego parmezanu
1 szalotka
2 ząbki czosnku
posiekane świeże oregano lub bazylia
sól, pieprz 

Przygotowanie:
1. Siekamy drobno szalotkę i czosnek, szklimy je na patelni.
2. Pomidory i oliwki kroimy.
3. Zagotowujemy bulion lub wodę w garnku. Wodę solimy. Polentę wsypujemy do garnka stopniowo, cały czas mieszając. Gotujemy na małym ogniu ok. 5 minut lub do mementu aż polenta zacznie odchodzić od brzegów garnka.
4. Polentę przekładamy na patelnię z cebulą, dodajemy pomidory, oliwki i zioła. Łączymy, rozprowadzamy i pozostawiamy do przestudzenia i zestalenia.
5. W tym czasie smażymy na grillowanej patelni przygotowanego wcześniej kurczaka w pesto.
6. Polentę przekładamy na patelnię grillową i grillujemy z obu stron. Kroimy, podajemy.

Smacznego!

piątek, 19 sierpnia 2016

Czekoladowa tarta ze śliwkami i figami.



Może jeszcze słowo o samej koncepcji Exki. Koncept zrodził się w głowach kilku przyjaciół, których łączyła pasja do kulinariów. Prosta idea, polegająca na umiejscowieniu lokali w bardzo dobrych lokalizacjach i serwowaniu w nich prostych, zdrowych i wysokiekiej jakosci posiłków, które można zjeść na miejscu lub zabrać ze sobą sprawdziła się doskonale. 

Kawa kupiona przed 11, na wynos to kwestia 1 euro, a za spożycie każdego z zamówionych produktów na miejscu trzeba dodatkowo zapłacić, zasady są proste i jasne, jak widać po porannych kolejkach i braku stolików podczas lunchu, sprawdzają się doskonale. A samo Exki ma dziś swoje lokalizacje na całym świecie.


Kiedy zdarza mi sie zajść tam po poranną kawę łakomym okiem w drodze do kasy omiatam pyszne tarty, wsród nich zaś szczególnie - tartę ze śliwkami i figami. Trudno się oprzeć, uwierzcie mi. 



Czekoladowa tarta ze śliwkami i figami

Składniki:
Na kruche ciasto:
220 g mąki pszennej (najlepiej typ 550)
30 g kakao
120 g masła dobrze schłodzonego
1 jajko
40 g cukru
szczypta soli

Ponadto:
800 g śliwek - najlepiej renklody czerwonej
1 łyżka mąki ziemniaczanej
350 g suszonych fig
2-3 łyżki rumu

Przygotowanie:
1. Przygotowujemy kruche ciasto. Do dużej miski wsypujemy mąkę, kakao wkładamy masło pokrojone na drobne kawałki. Podszczypując czubkami palców łączymy mąkę i masło, aż otrzymamy mieszankę o konsystencji piasku. Robimy dołek w cieście i do środka wkładamy jajko, wsypujemy cukier i sól. Szybko zagniatamy ciasto, tak by miało jednolitą konsystencję. Formujemy kulę i wstawiamy do lodówki, co najmniej na pół godziny lub nawet na cały dzień.
2. Po tym czasie wałkujemy ciasto i wykładamy nim formę do tart o średnicy 24-26 cm. Wystające ponad krawędzie formy ciasto ścinamy nożem. Nakłuwamy całe ciasto delikatnie widelcem. 
3. Nagrzewamy
 piekarnik do 180 stopni. Na ten czas wkładamy foremkę wyłożoną ciastem do lodówki, żeby się schłodziło.
4. Podpiekamy 20 minut.
5. W tym czasie przygotowujemy śliwki. Myjemy je, osuszamy, pozbawiamy pestek, kroimy na 8.  
6. Figi zalewamy rumem.
7. Śliwki osypujemy mąką, przekładamy na patelnię, lekko smażymy, nie powinny się rozpadać, tylko lekko zmięknąć. Dodajemy figi, mieszamy.
8. Przekładamy na podpieczony spód i pieczemy jeszcze 15 minut.

9. Podajemy posypane pistacjami lub płatkami migdałowymi. 



Smacznego!

środa, 17 sierpnia 2016

Zupa krem z kopru włoskiego i pomidorów.



Jak każdego roku mniej więcej o tej właśnie porze zasiadam przed komputerem z lekką pustką w głowie. Może inni tę umiejętność posiadają, mi jest dość trudno napisać kilka/kilkanaście tekstów do bloga na raz, z wyprzedzeniem.

Wszystko dokładnie rozplanowane, sesje przygotowane, zdjęcia obrobione, dwie publikacje w tygodniu, tylko skąd wytrzasnąć polot do tych wszystkich tekstów???

Wspomnieniami kieszenie wypchane, w kapturze myśli poczochrane, w nogawkach spodni piasek znad morza, marzenia pod wstążką słonecznego kapelusza schowane, to może ten polot - z rękawa wytrząsnąć?

Wyjeżdżasz w sierpniu, czy pod koniec miesiąca będzie słońce? Może będzie lało? I co wtedy? Przydałby się i optymizm ukryty między wersami, albo może raczej - chłód rzeczowej konstrukcji zdań? Kto wie? A co z początkiem września? Pisać DZIŚ? o powrocie do szkoły? No, naprawdę…!

Jeśli więc, Drogi Czytelniku, poczujesz dziwną niespójność, sztampa uwierać Ci będzie jak piasek w sandałach, z góry proszę o wybaczenie! Rękawy za krótkie miałam, jak to latem bywa, polotu więc tyle, co kot napłakał (oby nie uciekł, kiedy nas nie będzie…)

Przedstawioną poniżej zupę  najlepiej jest podać z serem feta, uprażonym sezamem i świeżym oregano. Polecam!

Szukacie przepisów na koper wloski? Polecam faszerowane bulwy lub prosty i szybki przepis na dorsza zapiekanego z fenkułem



Zupa krem z kopru włoskiego i pomidorów

Składniki:
2 bulwy kopru (700 g – waga przed obraniem)
4 pomidory
1 cebula
1 żółta papryka
1 łyżka oregano
sól, pieprz
1 łyżeczka soku z cytryny
szczypta Colombo (można pominąć)
oliwa z oliwek
ok. 200 ml bulionu warzywnego lub wody

Przygotowanie:
1. Cebulę siekamy, szklimy na oliwie w garnku z grubym dnem.
2. Koper i paprykę kroimy w dużą kostkę, dodajemy do cebuli, podlewamy odrobiną wody, odajemy oregano, mieszamy, przykrywamy i dusimy ok. 10 minut.
3. Pomidory sparzamy, pozbawiamy skórki. Kroimy w dużą kostkę, dodajemy do kopru.
4. Warzywa dusimy jeszcze przez chwilę, aż pomidory się rozpadną. Miksujemy, podlewamy bulionem lub wodą, doprawiamy.

Smacznego!

piątek, 12 sierpnia 2016

12 filmów na wakacje.



"Przed wschodem słońca" ("Before Sunrise")
reż. Richard Linklater
Austria, Szwajcaria, USA 1995

Tak jak lubię czasami wracać do moich ulubionych książek (zestawienie znajdziecie tutaj) kartkując je i czytając wybrane fragmenty, tak lubię wrócić do kadrów, które zapadły mi w pamięć. Tę szczególną potrzebę przejawiam zwłaszcza latem, ot taki sentymentalny nawyk. Nie mam już czasu, by oglądać po raz kolejny wybrany film w całości, ale choćby kilka scen, zwiastun i wspomnienia wracają. 

Mam świadomość, że lista proponowanych dziś filmów, może być przez wielu uznana za mało atrakcyjną. Zapewne bowiem dużą część z nich już obejrzeliście. Tyle, że akurat do tych lubię powracać od czasu do czasu, w określonych okolicznościach przyrody. Może i Wy tak macie? 

Ale żeby nie było tak słodko, sielsko, anielsko i z łezką w oku – jako ostatni w zestawieniu – film zatytułowany "Destrukcja", może nie najwyższych lotów, jednak ma w sobie coś, nawet jeśli trudno mi jest określić, co takiego konkretnie…



"Przed zachodem słońca" ("Before Sunset")
reż. Richard Linklater
USA 2004



"Przed północą" ("Before Midnight")
reż. Richard Linklater
USA 2013



"Lolo" ("Lolo")
reż. Julie Delpy
Francja 2015


"Dobry rok" ("Good year")
reż. Ridley Scott
USA, Wlk. Brytania 2006



"Noce w Rodanthe" ("Nights in Rodanthe")
reż. George C. Wolfe
USA, Australia 2008


"Zanim się rozstaniemy" ("Before we go")
reż. Chris Evans
USA 2014


"Dla Ciebie wszystko" ("The best of me")
reż. Michael Hoffman
USA 2014



"Wiek Adaline" ("The Age of Adaline")
reż. Lee Toland Krieger
Kanada, USA 2015


"Najdłuższa podróż" ("The longest ride")
reż. George Tillman Jr.
USA 2015


"Listy do Julii" ("Letters to Juliet")
reż. Gary Winick
USA, 2010


"Destrukcja" ("Demolition")
reż. Jean-Marc Vallée
USA 2015


POLECANE DO TEJ PORY:


Do przemyśleń i dyskusji:
"Locke" ("Locke")
"Droga do szczęścia" ("Revolutionary road")
"Dzikie historie" ("Relatos salvajes")
"Amores perros" ("Amores perros")
"W lepszym świecie" ("In a better world"/"Hævnen")
"Wszystko w porządku" ("The kids are all right")
"Musimy porozmawiać o Kevinie"("We need to talk about Kevin")
"U niej w domu" ("Dans la maison")
"Wierny ogrodnik" (The Constant Gardener)
"Wino truskawkowe"
"Zeszłej nocy" ("Last night")
"Wątpliwość" ("Doubt")
"Chce się żyć"
"Biegnij, chłopcze, biegnij" ("Lauf, Junge, Lauf")
"Zakochany Paryż" (Paris, je t'aime)

Obyczajowe:
"Rozumiemy się bez słów" ("La Famille Bélier")
„Za jakie grzechy, dobry Boże? ”( „Qu'est-ce qu'on a fait au Bon Dieu”)
"Między wierszami" (The words)
"Siostra twojej siostry" ("Your Sister's Sister")
"Dzien, który odmienił twoje życie" ("Le premier jour du reste de ta vie")
"Hotel Marigold" ("Marigold Hotel")
"Moja matka" ("Mia madre")
"Obsługiwałem angielskiego króla" ("Obsluhoval jsem anglického krále")
"W kręgu miłości" (The Broken Circle Breakdown)
"Brooklyn" ("Brooklyn")
"To skomplikowane" ("It's complicated")
"Dwoje do poprawki" ("Hope springs")
"Matka i dziecko" ("Mother and child")
"Barany. Islandzka opowieść"("Hrutar")
"Jedz i pij, mężczyzno i kobieto" ("Eat Drink Man Woman")
"Pociąg do Darjeeling" ("The Darjeeling Limited")
"Spódnice w górę" (Sous les jupes des filles)
"Henri, Henri" ("Henri, Henri")
"Witaj, muszę lecieć" (Hello I Must be Going)
"Kryzys to nasz pomysł" ("Our Brand Is Crisis")
"Lucy" ("Lucy")
"Ta nasza młodość" (While we're young)

Romantycznie:
"Kocha, lubi, szanuje" ("Crazy, Stupid, Love")
"Zacznijmy od nowa" (Begin again)
"Wypisz, wymaluj... miłość" (Words and pictures)
"Projektantka" ("The Dressmaker")
"Czas na miłość" ("About time")
"Połów szczęścia w Jemenie" ("Salmon Fishing in the Yemen")
"Karmel" ("Caramel")
"Ostatnia miłość pana Morgana" ("Mr. Morgan's Last Love ")
"Debiutanci" ("Beginners")
("I'll see you in my dreams")
"Odważ się zdobyć faceta" ("Man up")
"500 dni miłości" ("500 Days of Summer")

Kulinarnie
"Smak curry" ("The Lunchbox") 
"Szef" ("Chef'")
"Kwiat wiśni i czerwona fasola" ("An")
"Tylko Marta" ("Mostly Martha")

Rodzinnie:
"McFarland" ("McFarland")
"Trener" ("Coach Carter")
"Droga sławy" ("Glory road")
"Wszystko za życie" ("Into the Wild")
"Choć goni nas czas" ("The Bucket List")
"Życie jak dom" ("Life as a house")
"Ze wszystkich sił" ("De toutes nos forces")

to be continued...

środa, 10 sierpnia 2016

Portugalska tarte de pessego.




Brzoskwinie znikają w tajemniczych okolicznościach. Ile bym ich nie kupiła, dzień, dwa – nie ma…

- Widzę, że Ci posmakowały? – mówię do cud-męża, który właśnie zjada kolejną. Złapany inflagranti, może tylko pokiwać głową w pierwszym odruchu.

-Są jak jabłka…

Coś w tym jest, może stąd i moje dla nich uwielbienie?


Czas wreszcie nadszedł, by się spakować i wyjechać. Jeszcze tylko ostatnie porządki w garażu (z gatunku tych, co czekają, aż znajdziesz wolną chwilę)

- Kochanie, nie mógłbyś powkładać tych rzeczy, tak jak te tutaj, do pudełek?
- Nie! Muszę mieć kontakt wzrokowy z maszynami przez cały czas.

(To by było na tyle w kwestii porządków na lewej stronie garażu, prawa jakby moja J)

Teraz, kiedy chłopcy wyjechali nadal kibicujemy naszym tyle, że przez telefon.
- Oglądacie? – pytamy w słuchawkę.
- Akurat gramy w ping-ponga, kto przegra ogląda judo.

Kolarze, siatkarze, wioślarze tak, ale już judo – ku rozpaczy ojca (trenował kiedyś), jednak nie…

Już za kilka dni rodzina będzie w komplecie. Rodzina? Drużyna…

Kto lubi ciasta o konsystencji flanu zapewne zasmakuje w portugalskiej tarte de pessego.





Tarte de pessego 

Składniki:
3 jajka
150 g mąki tortowej
90 g cukru
275 g mleka
łyżka likieru brzoskwiniowego lub rumu
szczypta soli
3 brzoskwinie 

Przygotowanie:
1. Nagrzewamy piekarnik do temperatury 180 stopni.
2. Foremkę o średnicy 22-24 cm smarujemy masłem i posypujemy mąką.
3. Jajka ubijamy do uzyskania puszystej konsystencji.
4. Dodajemy mąkę, mleko, sól, cukier i alkohol. Mieszamy do dokładnego połączenia. Masa będzie dość rzadka.
5. Brzoskwinie myjemy, osuszamy, kroimy w ósemki.
6. Ciasto przelewamy do przygotowanej formy, układamy brzoskwinie.
7. Pieczemy ok. 30 minut. Studzimy w foremce. Podajemy.







Smacznego!

piątek, 5 sierpnia 2016

Luang prabang i "Projekt Prawda".



"Po pierwsze, przyjaciele. A poza tym: chcieć niezbyt wiele. Wyzwolić się z kultu młodości. Cieszyć się pięknem. Nie dbać o sławę. Wyzbyć się pożądliwości. Nie mieć pretensji do świata. Nie pouczać. Nie szukać szczęścia. Nie wierzyć w sprawiedliwość świata. Z zasady ufać ludziom. Nie skarżyć się na życie. Unikać rygoryzmu i fundamentalizmu."

Mam takie poczucie, że właściwie nie powinnam dodawać nic ponadto. Zacytowałam słowa Leszka Kołakowskiego z książki Mariusza Szczygła "Projekt prawda". Napiszę jeszcze tylko tyle, że według mnie, powinno się ją mieć zawsze przy sobie i sięgać w każdej wolnej chwili, czytać fragmentami i powracać do prawd zebranych, czerpać garściami, dumać, snuć refleksje, szukać własnych odpowiedzi i nie wstydzić się łez i wzruszeń, które - przy lekturze tej książki są nieuniknione. Sięgnijcie po "Projekt" koniecznie.

Piszę Wam o nim także ze względu na wspomniany w niej przez autora przepis na sałatkę luang prabang. Pozostało mi jedynie dopracować proporcje a przepisem i cytatem z książki podzielić z Wami tutaj.





Sałatka luang prabang

Składniki: na 2 porcje
2 pomidory
½ ogórka szklarniowego
duża garść sałaty (mieszanki salat)
posiekane białko z 3 ugotowanych jajek
1 ząbek czosnku
świeża mięta
garść orzeszków ziemnych
 
Na sos:
3 ugotowane żółtka
sok z 1 limonki
cukier trzcinowy (ok. 1 łyżeczki)
odrobina wody (2 łyżki)
1 łyżeczka oliwy lub oleju kokosowego
 
Przygotowanie:
1. Gotujemy jajka na twardo. Zalewamy zimną wodą, odstawimy do ostygnięcia. Obieramy.
2. Białka siekamy w kostkę. Przekładamy do salaterki.
3. Drobno posiekany ząbek czosnku szklimy na patelni z odrobiną oliwy. Przekładamy na papierowy ręcznik.
4. Ogórki kroimy w plasterki, pomidory w ćwiartki a potem jeszcze w ósemki. Pokrojone warzywa przekładamy do salaterki, dodajemy porwane liście sałat.
5. Posypujemy orzeszkami ziemnymi i posiekaną miętą. Delikatnie mieszamy.*
6. Żółtka ucieramy na gładko z sokiem z limonki. Sos ma być płynny. Dlatego podlewamy go jeszcze odrobiną wody i dodajemy oliwę. Kiedy już uzyska płynną konsystencję, dosładzamy do smaku. Podajemy.
 
* warzywa możemy równie dobrze po prostu poukładać na liściach sałaty, bez mieszania, wedle uznania.




Smacznego!

środa, 3 sierpnia 2016

Prosta zupa krem z bobem i cukinią.



Bób to zdecydowanie jedno z moich ulubionych warzyw. Niezmiennie kojarzyć mi się będzie z rzędami łodyg sięgających pół uda na działkowych grządkach. Zrywałam z nich nabrzmiałe strąki. To był stały punkt letniego scenariusza. A lato wtedy nigdy nie zawodziło…

Kiedy bardzo tęsknię za latem, kupuję sobie mrożony bób i piekę. Łuskanie bobu to przecież także rytuał, z którym to niewiele innych, z gatunku tych relaksujących, może się równać i od razu mi lepiej. W przypadku bobu także nigdy nie kombinuję z przyprawami. Sól, pieprz i oliwa, do tego koperek i sok z cytryny, to wystarczające towarzystwo, by nie zgasić wrażenia głównego składnika.

Dzisiejsza propozycja to naprawdę ekspresowe dzieło. Po powrocie z pracy włączacie piekarnik, w tym czasie przygotowujecie warzywa, wstawiacie do pieczenia. Dobry kwadrans dla siebie na ogarnięcie domowej przestrzeni i jeszcze tylko minuta na zmiksowanie całości.

Zupę możecie podać z chorizo, boczkiem, prażoną cebulką lub kleksem kwaśnej śmietany, wedle uznania i zapotrzebowania. Polecam gorąco!



Prosta zupa krem z bobem i cukinią

Składniki: na 2 porcje
400 g bobu
600 g cukinii
2-3 łyżki oliwy
2-3 łyżki posiekanego koperku
ok.125 ml bulionu (najlepiej warzywnego lub wody)
1 łyżka soku z cytryny
sól, pieprz


Przygotowanie:
1. Nagrzewamy piekarnik do temperatury 180 stopni.
2. Bób (jeśli używam mrożonego, często jest już obrany)* skrapiamy oliwą na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.
3. Cukinie myjemy, osuszamy, odkrajamy końcówki. Kroimy na mniejsze kawałki. Również skrapiamy oliwą, układamy obok bobu. Pieczemy do miękkości, ok. 20 minut z nawiewem.
4. Upieczone warzywa umieszczamy w misie miksera, dodajemy koperek. Miksujemy, podlewamy bulionem lub wodą do uzyskania pożądanej konsystencji. Doprawiamy solą, pieprzem i sokiem z cytryny. Podajemy.


Uwagi:
*jeżeli bób jest świeży i młody pieczemy go w łupinach i w łupinach miksujemy. Jeżeli nie, po upieczeniu obieramy go i dopiero miksujemy.


Smacznego!

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

„Gastrobanda. Wszystko, co powinieneś wiedzieć, zanim wyjdziesz cos zjeść.” - recenzja.





Jakuba Milszewskiego i Kamila Sadkowskiego mogłabym swobodnie wyobrazić sobie jako mocno posuniętych w latach, bezzębnych jegomościów, gdyby nie ich zdjęcia umieszczone na obwolucie książki. Z całą pewnością na gastronomi zjedli zęby. I to się czuje. Właśnie dlatego ta książka wciąga. „Gastrobanda” jest mimo wszystko lekkostrawna, choć niektóre jej fragmenty mogą być trudne do przełknięcia – na pewno jednak -nikomu nie zaszkodzi. A z całą pewnością może pomóc. Komu? O tym za chwilę.


„Gastrobanda” kipi od anegdot, historii, opowiastek i horrorków, z których dla czytelnika (choć nie tylko dla niego) wynikają liczne przestrogi. Może dlatego i ja winna Wam tu jestem na samym początku przestrogę, jakiej we wstępie udzielili autorzy – zachowajcie dystans i przymrużone oko, wy którzy zasiadacie do lektury „Gastrobandy” klnie się tutaj i używa wulgaryzmów z szewską pasją, która - jak tłumaczą autorzy jest powszechna nie tylko w gastrobranży. Wszędzie, gdzie ciśnienie rozsadza gwizdek klnie się bez opamiętania. To może przeszkadzać na początku lektury (mnie przeszkadzało), ale też trzeba przyznać – być może bez tego książka z całym jej przekazem straciłaby wiarygodność, szczególnie w oczach męskiej części czytelników. (Sorry, Batory – czasami miałam wrażenie niepotrzebnego epatowania wulgaryzmami).

Jaki jest ten przekaz? W skrócie mówiąc – Kliencie restauracji/pubu/baru/knajpy – bądź świadom! (I trochę – porzuć złudzenia.) A Ty – facecie po trzydziestce, który marzysz o otwarciu własnej knajpy - w szczególności! Porzuć (przynajmniej na chwilę) marzenia o jej założeniu, przeczytaj sobie „Gastrobandę” a potem sprawę jeszcze raz przemyśl.

Dla kogo jest „Gastrobanda”? Przede wszystkim dla Klientów wszelakich gastroprzybytków, ale też dla: kandydatów na kucharzy, barmanów, kelnerów, pomywaczy, właścicieli restauracji, dostawców, hurtowników oraz nauczycieli w szkołach kucharskich. Podkreślam – kandydatów, bowiem Ci, którzy już są częścią bandy, są świadomi jej, nazwijmy to – uroków. (Zakładam także, że oni już tę książkę przeczytali). Książka została skomponowana tak, by poświęcić każdemu, specyfice jego pracy i charakterystycznym bolączkom, osobny fragment, od pomywacza, na szefie kuchni kończąc. Przemyślana kompozycja jest mocną stroną tej książki. Choć muszę tu przyznać, że mnie, jako przeciętnego bywalca restauracji niektóre części książki niespecjalnie zainteresowały (szczególnie rozdział trzeci poświęcony dostawcom). Lekki styl autora i zabawne opowieści nie pozwoliły mi jednak odmówić sobie ich lektury.

Dlaczego wśród szefów kuchni jest tak mało kobiet? Na to pytanie autorzy mają naprawdę wiarygodną teorię. I wiecie co? Będę się nią od teraz posługiwać. Padają dwie przyczyny, przychylam się w pełni i z sympatią do tej pierwszej. Jeśli chcecie poznać drugą – zapraszam do lektury książki.

„Mnie się jednak wydaje, że to raczej kwestia życia rodzinnego. Kobiety wolą więcej czasu poświęcić dzieciom, domowi. Trudno jest im tak po prostu zniknąć na kilkanaście godzin w pracy. Nie chcą oddać się robocie do tego stopnia. Facet poświęci się pasji albo idei bez reszty – widać to choćby na wojnach, ale także na kibolskich ustawkach. Są tacy, którzy twierdzą, że kobiety po prostu gorzej gotują, ale to bzdura. Panie potrafią świetnie gotować i na dobrą sprawę większość z nas wychowała się na domowym jedzeniu, które przyrządzała matka. I wielu do dziś uważa, że tamtym smakom z dzieciństwa nic nie dorówna.” Trudno odmówić racji takim argumentom, prawda? Choć mam wrażenie, że i to się zmienia. Dla coraz większej ilości kobiet kariera, gwiazdki, laury są ważniejsze niż życie rodzinne i potrafią się nim poświęcić, osiągając sukcesy.

Wiedzieliście, co jest dla kelnera największą obrazą? Albo też, co wkurza obsługę restauracji czy też - jakie jako klienci restauracji mamy prawa? Część z Was odpowie zapewne, jak ja – zasadniczo tak, ale… No właśnie, dobrze jest pozbyć się wątpliwości i nabyć pewności, które mogą uczynić nasz pobyt w restauracji przyjemniejszym dla obu stron. Konfliktu? Miałam chwilami wrażenie, że relacje klient-restauracja przedstawiane były właśnie w takim kontekście. Zgoda, i przyznają to autorzy, pisanie o sytuacjach idealnych byłoby pozbawione tych smaczków, dla których sięga się po tę książkę. Przecież to właśnie w ich poszukiwaniu sięga się po opowieść o kulisach Polski restauracyjnej. Dystans, dystans potrzebny od zaraz.

Ciekawym fragmentem „Gastrobandy” był ten opowiadający o typach gości restauracyjnych, naprawdę bardzo fajnym „Marzenia o posiadaniu knajpy”, gorzkim – ten o stanie edukacji kulinarnej. Środowisko kulinarne już od jakiegoś czasu sygnalizuje konieczność głębokich zmian w tym temacie.

Porównania z „Kill grillem” Anthony Bourdain’a są chyba nieuniknione. Przyznać muszę jednak, a nie zdarza mi się to prawie wcale - „Kill grilla” nie przeczytałam do końca ani też nie sięgnęłam po jego kontynuację. Siłą „Gastrobandy” jest jej osadzenie w polskich realiach, głęboka znajomość tychże i styl opowieści. Okraszone - czasami kpiną, sarkazmem, ironią, żartem, złośliwością.
Na koniec nie mogłam podarować sobie zacytowania Wam jednego jeszcze fragmentu. Chwilami, zwłaszcza tam – gdzie autor nie posługuje się wulgaryzmami, spod jego pióra wychodzą perełki takie jak ta poniżej. Smakowitej lektury!


„Restauracja to nie jest biznes, dzięki któremu po trzech tygodniach od otwarcia zajedziesz na Stadion Dziesięciolecia jaguarem i w butach z krokodyla pastowanych tak, że widać w nich sens życia tak, wiem, że Stadionu Dziesięciolecia już nie ma, ale jakoś mi pasował do ogólnej koncepcji nowobogackiego restauratora".

„Gastrobanda. Wszystko, co powinieneś wiedzieć, zanim wyjdziesz cos zjeść.”
Jakub Milszewski, Kamil Sadkowski, Wydawnictwo Smak Słowa, Sopot – Warszawa 2016